Tkaniny z kokosów i bananów, czyli recykling w modzie

Odziani w pomarańczę
Buty ze starych opon, torebki z grzybni, ubrania z owoców. Recykling stał się jednym z głównych trendów mody XXI w.
Tkanina z pomarańczy, czyli Orange Fiber.
Salvatore Ferragamo

Tkanina z pomarańczy, czyli Orange Fiber.

But firmy Nae z materiałów z recyklingu.
NAE

But firmy Nae z materiałów z recyklingu.

Torebka ze skóry uzyskanej z grzybni zaprezentowana przez Stellę McCartney.
materiały prasowe

Torebka ze skóry uzyskanej z grzybni zaprezentowana przez Stellę McCartney.

Polscy projektanci też potrafią – ten kostium firmy Bodymaps powstał z recyklingowanego poliestru.
Michał Polak

Polscy projektanci też potrafią – ten kostium firmy Bodymaps powstał z recyklingowanego poliestru.

audio

AudioPolityka Michał Zaczyński - Odziani w pomarańczę

Trampki z dwutlenku węgla? Brzmi jak science fiction, ale powstały naprawdę. Opracowała je firma 10XBeta. Głównego winowajcę efektu cieplarnianego przerobiono na polimery, z których następnie utworzono granulat i uformowano z niego podeszwę oraz cholewkę. Jakby tego było mało, wyemitowane podczas tego procesu CO2 także zamieniono w ciało stałe. I również ono posłużyło jako materiał do stworzenia trampek. Tym samym buty nie tylko zredukowały istniejące zanieczyszczenia, ale i „posprzątały” po sobie.

Od małych start-upów i lokalnych zapaleńców po wielkie odzieżowe koncerny świat mody stara się znaleźć sposób na pozyskanie i ponowne wykorzystanie raz użytych surowców. Powodem, po pierwsze, jest nieustannie wzrastający popyt przy coraz bardziej ograniczonych źródłach tradycyjnych naturalnych tkanin. Dość wspomnieć, że roczne światowe zasoby wełny wystarczyłyby zaledwie na dwie pary skarpet dla każdego Chińczyka. Po drugie, ludzkość przyzwyczaiła się kupować tanio. Firmy, jeśli nie chcą stracić klientów, muszą utrzymać niskie ceny, a jednocześnie oferować produkt przyjemny w dotyku i przyjazny dla ciała. Stąd wyścig w opracowywaniu technologii pozwalających na produkcję atrakcyjnych tkanin za grosze. Po trzecie zaś, nasz glob tonie w śmieciach. Można albo w nieskończoność je składować, albo zacząć przerabiać. Możliwe, że kiedy to drugie okaże się tańsze i efektywniejsze, moda przestanie być drugim największym po przemyśle wydobywczym trucicielem na świecie.

Brzmi paskudnie, efekt ładny

Wrogiem numer jeden ekologów, a zarazem coraz bardziej łakomym kąskiem dla branży odzieżowej, jest plastik. Składowany przez lata na wysypiskach (i tam nierzadko palony – tylko w tym roku, po tym jak Chiny przestały przyjmować plastikowe odpady z Europy, spłonęło 70 polskich składowisk) albo wrzucany do oceanów. Żółwie zaplątane w foliowe siatki, ptaki zadławione rurkami do napojów – to znane choćby z internetu efekty gospodarki tymi odpadami. Jeszcze w latach 50. świat produkował dwa miliony ton plastiku rocznie, obecnie zaś – 330 mln. Szacuje się, że w ciągu kolejnych 30 lat dobijemy do miliarda. Chyba że zmienimy nawyki.

Plastik oraz przedmioty w wykonanych z niego opakowaniach kupujemy na potęgę. Ile dokładnie? Nawet 4,5 tys. przedmiotów rocznie – jak pokazał Daniel Webb, autor głośnego „muralu” ustawionego w brytyjskim miasteczku Margate, skomponowanego z opakowań po przedmiotach, które nabył w ciągu 12 miesięcy: po chipsach, lekach, napojach, włoszczyźnie, ale też z klawiatury do komputera, wkładek do butów, klamerek do bielizny czy sztućców.

Tymczasem wiele z tych rzeczy można łatwo przerobić. Przodują firmy popularne. H&M przetwarza już na potrzeby swoich ubrań ponad 100 mln butelek PET rocznie. Szwedzka sieciówka sprzedała też pierwsze ubrania z przetworzonych śmieci zebranych z morskich brzegów. Zaledwie trzy lata temu Adidas wraz z organizacją Parley for the Ocean (której ambasadorką jest m.in. Anja Rubik) opracował prototyp butów ze śmieci wyłowionych u wybrzeży Malediwów. W ubiegłym roku natomiast ogłosił, że sprzedał ich milion par. To nadal zaledwie ćwierć procent produkcji Adidasa, jednak tempo produkcji jest imponujące. Elementy z recyklingu znajdziemy też w klasycznym modelu tenisówek Authentic marki Vans. Z odzysku pochodzą cholewka, sznurówki i metalowe kółka wokół dziurek.

Radzą sobie także małe, niezależne firmy. Z odzyskanego korka, plastikowych butelek i starych kartonów portugalska marka Nae szyje mokasyny, traperki czy eleganckie derby. Kalifornijskie Indosole koncentruje się na projektach z opon. Co roku 1,5 mld z nich trafia na wysypiska; często w krajach Trzeciego Świata, gdzie podczas pór deszczowych zamieniają się w wylęgarnie insektów roznoszących malarię i dengę. Opony nie ulegają biodegradacji, ale można je wielokrotnie przerabiać. Stąd marka dogadała się z jednym ze składowisk opon w Indonezji i dała pracę okolicznym mieszkańcom, którzy teraz wycinają z nich japonki. Brzmi paskudnie, ale efekt końcowy – jak w przypadku niemal wszystkich takich inicjatyw – jest po prostu ładny.

Z opon, tym razem wyciągniętych właśnie z oceanów, podeszwy butów produkują też Hiszpanie z Ecoalf. Dogadali się z miejscowymi rybakami, którzy złowionych w sieć śmieci nie wyrzucają z powrotem do wody, tylko oddają projektantom. Reszta buta również jest ekologiczna: to płótno z organicznej bawełny lub trawy. Gwiazdą niezależnej ekomody jest też duet Vin + Omi. Do swoich projektów przekonali już m.in. Lady Gagę i Michelle Obamę. Ze zrecyklingowanego plastiku przygotowali również kostiumy na ostatnią trasę koncertową zespołu Blondie. Clou kolekcji: peleryna dla wokalistki Debbie Harry z wielkim napisem „Stop fucking the Planet” (w dyplomatycznym tłumaczeniu: przestańcie wykorzystywać planetę). Ich projekty wyróżnia zdumiewająca jakość tkanin. W niedawnej rozmowie z „Guardianem” wspominali, że ludzie często pytają, czy ich T-shirty są z jedwabiu. „Nie, z jedenastu małych butelek po wodzie Evian” – odpowiadają zwykle.

Producenci sprzątają po sobie

Do ekologicznego nurtu włączyło się wiele polskich autorskich marek. Bodymaps i Imprm, dla przykładu, tworzą kostiumy ze zrecyklingowanych sieci rybackich. There Is No More przerabia stare, zapomniane spódnice na plecaki i worki. Piel z kolei robi torby z odrzutów skór. Mieszkający od kilku lat w Londynie projektant biżuterii Marcin Giebułtowski stworzył natomiast kolekcję z… 1,5 tys. plastikowych butelek po mleku. – To był ogromny wysiłek logistyczny: zbierać je przez pół roku, wstępnie umyć, przechować, pociąć na drobne „blaszki”, znowu umyć, posegregować, przygotować do użycia i połączyć ich elementy. Ale opłaciło się; kolekcja się spodobała, miała kilka pokazów i została użyta w kilkudziesięciu sesjach zdjęciowych – mówi Giebułtowski.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną