Ludzie i style

Hetera i gąbki

Justyna Kowalczyk szuka następczyni

Justyna Kowalczyk podczas zgrupowania reprezentacji polskich biegaczek narciarskich w Zakopanem. Justyna Kowalczyk podczas zgrupowania reprezentacji polskich biegaczek narciarskich w Zakopanem. Grzegorz Momot / PAP
Justyna Kowalczyk już nie walczy o medale. Zamiast tego trenuje młode pokolenie biegaczek i szuka kogoś, kto będzie mógł ją zastąpić.
Marit Bjoergen ogłosiła zakończenie kariery w kwietniu 2018 r. Na fot.: Justyna Kowalczyk, Marit Bjoergen, Therese Johaug w Val Di Fiemme, Włochy 2013.Irek Dorożański/Edytor.net/Newspix.pl Marit Bjoergen ogłosiła zakończenie kariery w kwietniu 2018 r. Na fot.: Justyna Kowalczyk, Marit Bjoergen, Therese Johaug w Val Di Fiemme, Włochy 2013.

Artykuł w wersji audio

Pożegnanie mistrzyni z zawodową rywalizacją odbyło się ponad pół roku temu, na olimpijskich trasach w Pjongczangu. Sumienne przygotowania według zaplanowanego w najdrobniejszych szczegółach planu tym razem nie zaowocowały, Justyna Kowalczyk nie liczyła się w walce o medale. Po jednym ze startów, w nastroju rozczarowania (ze strony mistrzyni) oraz pełnego zrozumienia (ze strony mediów), padło pytanie: czy widzi się być może w roli trenerki przyszłych pokoleń? Odpowiedziała krótko, że się nie widzi, bo jeśli chodzi o bieganie na nartach, jest heterą stawiającą wysokie wymagania. Trudną do zniesienia dla siebie, a co dopiero dla innych.

Zasłużona bezczynność – czyli wielkie wakacje – nie wchodziła w jej wypadku w grę. Nie ten typ. Zatraciła się trochę w ambitnej turystyce wysokogórskiej, ale nie na tyle, by zerwać całkowicie z biegami po śniegu. – Nie lubię zmian, nie są mi do niczego potrzebne, ciągłość daje mi poczucie bezpieczeństwa – nawet jeśli jest nią tak typowe dla sportowca życie na walizkach – mówi. Ten stan równowagi jest ważny, bo kilka lat temu, już po drugim olimpijskim złocie, wyznała, że jej – kobiecie sukcesu, ogólnopolskiej idolce, siłaczce – życie usuwało się spod nóg: cierpiała na depresję, stany lękowe, ataki paniki, wyczerpującą bezsenność. – Ze spaniem wciąż mam kłopoty, ale to najmniejszy z problemów, który mnie prześladował. A czarnego psa depresji skutecznie zaszczekuje mój maltańczyk Maniek – śmieje się.

Mądrzy ludzie znający się na tym, jak wrócić na życiową prostą, mówią jej, że jest dobrze, bo złapała perspektywę. – Spoglądam wstecz i sama się dziwię, że mogłam się do takiego stanu doprowadzić. Te wszystkie czarne myśli, które mnie wtedy osaczały, wydają się dziś niedorzeczne.

Dobrą zmianę odczuwa w prozaicznych czynnościach – choćby czytając, bo już nie musi koncentrować się na tym, by być skoncentrowaną, po prostu chłonie treść. Zmianą – po chwilowym namyśle dodaje, że również na lepsze – jest też to, że już nie dusi w sobie emocji. – Widać, kiedy się cieszę, denerwuję albo wzruszam. Potrafię nagle się rozpłakać, co mi się wcześniej nie zdarzało – wyznaje mistrzyni.

W nowej roli może mieć niemało okazji, by wyrzucać z siebie emocje. Krajobraz w polskich biegach bez Kowalczyk jest tak nijaki, że tylko usiąść i płakać. Opcja numer dwa to budować od podstaw. Odnowa ma się dokonać z udziałem dzisiejszych juniorek, obecnych na placu boju po tym, jak karierę skończyła nie tylko Kowalczyk, ale inne reprezentantki z jej pokolenia, świecące światłem odbitym, trzymające się kurczowo biegów w nadziei, że z Justyną w sztafecie albo w drużynie sprinterskiej uda się dobiec na mistrzowskiej imprezie do miejsca w pierwszej ósemce, gwarantującego ministerialne stypendium.

Ta perspektywa pracy z juniorkami jest i dobra, i zła. Dobra, bo nie ma presji czasu – pierwsze, ostrożne szacunki mówią, że godnych wyników należy spodziewać się na igrzyskach w Pekinie za nieco ponad trzy lata. Zła, bo praca z młodzieżą wymaga odpowiednich kwalifikacji. Pedagogicznego podejścia, swoistej wiedzy – kiedy prośbą, a kiedy groźbą.

Kowalczyk, sama siebie kwalifikująca jako hetera, i do tego jeszcze niecierpliwa, przyznaje, że na pedagoga się nie nadaje. Uzgodnili więc z trenerem Aleksandrem Wierietielnym, że tę rolę weźmie na siebie on. A Justyna będzie złą policjantką. Pedantycznie pilnującą szczegółów, takich jak odpowiednia dieta, regeneracja, odpoczynek oraz prewencja w temacie stanu zdrowia, co oznacza w praktyce, że dziewczyny mają zakładać czapki na mrozie i nie pomykać przez zaspy w sportowych butach na cienkiej podeszwie. Ich niedawna idolka jest więc teraz od upominania, pilnowania, przestrzegania oraz hamowania, jeśli chodzi o wybór życiowych przyjemności w rodzaju spotkań z przyjaciółmi albo skoków w bok – po słodycze.

Ponadto, jako wciąż aktywna biegaczka, trenuje ramię w ramię ze swoimi podopiecznymi, kontrolując jakość zaordynowanych im ćwiczeń. Wtedy też jest czas na pilnowanie szczegółów, takich jak zakaz rozmów. Po pierwsze – można się przeziębić, po drugie – pogaduchy nie sprzyjają koncentracji. Obecność mistrzyni na treningach ma również wymiar mobilizujący. Jako rywalka swoich obecnych podopiecznych czuje się zresztą o wiele lepiej niż jako postać z pomnika. Trener Wierietielny chętnie ją też w tej roli obsadza, ku niezadowoleniu oraz zawstydzeniu obsadzanej. – Nie lubię być wzorem, najchętniej siedziałabym sobie cicho w kąciku. Zawsze, gdy mój trener powtarza: Justyna to, Justyna tamto, bierzcie z niej przykład – to się po prostu czerwienię i wychodzę.

Jeśli już stawia się jako punkt odniesienia, to na korzyść swoich podopiecznych. – Widzę na treningach tę naszą piąteczkę juniorek i wiem, że gdybym miała ich czucie nart, koordynację, taką swobodę pokonywania zakrętów i zjazdów, to miałabym dwa razy więcej medali. W stylu łyżwowym byłam typowym harpaganem, podbiegi robiłam na prostych nogach, moją siłą była siła. Wirtuozką byłam, ale w klasyku – kwituje Kowalczyk.

Przez pierwsze miesiące wspólnej pracy miał miejsce test gąbki. Polegał na empirycznym sprawdzeniu, jakie dawki treningu zniosą młode organizmy biegaczek. Gąbki okazały się całkiem chłonne. Ostatnie tygodnie przed początkiem sezonu Kowalczyk i Wierietielny spędzili z dziewczynami w Finlandii. Sporo czasu zabierały tam podróże, był czas na rozmowy. – Dziewczyny mówiły mi: u was wszystko jest proste. Jak mamy w planach trzygodzinny trening biegowy, to trzy godziny biegamy. Jak siłownia – to siłownia. Kiedyś dwugodzinny trening biegowy wyglądał u nich tak, że mieściła się w tym rozgrzewka, potem jakieś przyśpieszonka, na koniec rozciąganie. Nie tędy droga – uważa Kowalczyk.

Trener Wierietielny wychodzi z założenia, że kluczowa w biegach narciarskich wytrzymałość tlenowa jest banalnie prosta do wytrenowania, choć jednocześnie piekielnie trudna do trenowania. Wierietielny uważa też, że ciężki trening wytrzymałościowy jeszcze nikogo, w sensie sportowym, nie zabił. W przeciwieństwie do treningu interwałowego, czyli bardziej urozmaiconego, charakteryzującego się zmienną intensywnością. W obronionym niedawno na katowickiej AWF doktoracie Kowalczyk analizowała obciążenia, jakim poddawane są polskie biegaczki. – W szczycie kariery wychodziło mi 1300 godzin. Dziewczyny robiły do tej pory co najwyżej pięćset. Ale w tym sezonie dobijemy do ośmiuset.

Jarosław Hulawy, trener klubowy MKS Istebna, skąd wywodzi się jedna ze świeżo upieczonych kadrowiczek Eliza Rucka, mówi, że odkąd Eliza wyjechała na zgrupowanie, przepadła. – Kiedyś odpisała mi tylko, że nigdy nie trenowała na takich obrotach, że jest ciężko – mówi Hulawy. Pokusa, by do tego samego celu dojść mniej wyboistą drogą w tak morderczym sporcie, jak biegi narciarskie, jest wielka. Kowalczyk wspomina, że kwestionowanie metod Wierietielnego było na porządku dziennym – dochodziły do mistrzyni postronne głosy zdziwienia, podszyte dobrymi radami, a może nawet próbami wrogiego przejęcia: po co ona tak te żmudne kółka goni? Albo wlecze tę oponę za sobą? Mniej treningowych godzin, za to bardziej urozmaiconych, sprawiłoby, że Bjoergen by się przy Justynie schowała. Ale ona była lojalna. O Wierietielnym nie mówi inaczej niż „mój Trener”. – Wyciągnął mnie z marazmu, doprowadził do mistrzostwa. Zaczynał ze mną, gdy byłam jeszcze juniorką. Więc praca z takimi rocznikami to dla niego nie pierwszyzna.

Uczciwie jednak przyznaje, że materiał ludzki jest, jaki jest. Dziewczyny mają za sobą badania wydolnościowe, są pod stałym monitoringiem fachowców z Instytutu Sportu. – Wyniki nie rzucają na kolana, żadnego damskiego Józefa Łuszczka wśród nich nie ma. Ale dzisiejsze biegi są bardzo urozmaicone – zarówno jeśli chodzi o trasy, jak i o dystanse. Również te dziewczyny z nieco gorszym VO2max (wskaźnik maksymalnego poboru tlenu – red.) nie stoją na straconej pozycji – uważa Kowalczyk.

Wiesław Cempa, były trener kobiecej kadry, jest jednak pesymistą: – Na mistrzostwach Polski juniorów startujących można policzyć na palcach. W Norwegii każdy rocznik ma swoje mistrzowskie zawody. Tam podstawą selekcji do kadr narodowych jest właśnie współczynnik VO2max, gdyby u nas wziąć za punkt wyjścia norweskie normy, reprezentacje trzeba by było rozwiązać.

Fenomen Kowalczyk tłumaczy się jej perfekcjonizmem, tytaniczną pracą oraz zadziwiająco szybką regeneracją organizmu. – Przez jakiś czas trenowali z nią Janusz Krężelok i Maciek Kreczmer. Mówili, że nieraz nie mieli sił na popołudniowy trening, a Justyna biegła jak na skrzydłach – opowiada Cempa. Nieumiejętność skorzystania z opracowanej przez nią, wraz z trenerem Wierietielnym, złotej formuły, była jednak irytująca. Przez ponad dekadę jej stałej obecności w światowej czołówce nie znalazł się w polskich biegach nikt, kto skutecznie skopiowałby ich metody i wkleił do prowadzonej przez siebie grupy. Trener Cempa, na którego konto idzie pasmo niepowodzeń polskich biegaczek, winny się nie czuje. – Dawki Justyny mogłyby się okazać nie do wytrzymania dla innych. Same godziny na nartach, czyli klasyczna wschodnia szkoła, nie załatwiają sprawy. Gdyby to było takie proste, każdy mógłby być trenerem – broni się.

Do odpowiedzialności nie poczuwa się również prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner. – Każdy trener miał swoje metody. Są różne szkoły, zawodniczki z różnym potencjałem. A ja nie siedziałem w tym aż tak głęboko – przyznaje szczerze. Nie ukrywa jednocześnie, że siłą pociągową naszego narciarstwa klasycznego są skoki, Stochowi i spółce niczego nie może zabraknąć. Justyna, wyemancypowana swoimi tytułami oraz rokująca dla PZN medalowo, również zasługiwała na ekipę serwismenów oddelegowanych tylko na jej potrzeby. Dziś jednak na takie luksusy nie można już liczyć: serwismenów jest trzech, a zawodniczek siedem.

Nawet z profesjonalnym sztabem u boku Kowalczyk czuła się jak manufaktura przy fabrykach, przede wszystkim norweskiej. A dziś tych fabryk przybywa – Justyna mówi, że podczas pucharowych zawodów na parkingu imponuje już nie tylko wypasiony norweski tir z wszystkimi cudami tamtejszego know-how, są też inne: szwedzki, amerykański, rosyjski, francuski. – Nie można się tym zniechęcać, tylko starać się wygrać: doświadczeniem, sprytem, perfekcyjnym przygotowaniem. Ja nie miałam się od kogo uczyć, więc podglądałam, co robią rywalki, niekiedy pytałam, przełamując wstydliwość. Teraz przyszła pora, by podzielić się tą wiedzą z dziewczynami.

Na razie sztab Wierietielny-Kowalczyk ma obietnicę prezesa Tajnera, że jeśli wyniki będą satysfakcjonujące, ekipa serwisowa się powiększy. Poziomu prezesowskiej satysfakcji nie określono, ale Justyna obiecała dziewczynom, że jeśli zasłużą na doposażenie w siły i środki, to mają za sobą taką jedną twardą babę, która się o spełnienie tych obiecanek dla nich upomni. Działacze znają ją od tej strony aż za dobrze.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną