Ludzie i style

Miej mniej

Jak żyć „zero waste”?

Niewielki tygodniowy zbiór odpadów z tworzyw sztucznych rodziny z Singapuru. Niewielki tygodniowy zbiór odpadów z tworzyw sztucznych rodziny z Singapuru. Feline Lim/Reuters / Forum
Kiedyś w modzie było „eko”, dziś na fali jest idea „zero waste”, czyli ograniczanie produkcji śmieci we własnym zakresie. Pytanie 2019 r. brzmi tak: czy zmieniając nawyki, pojedynczy człowiek może ocalić planetę?
Trzyosobowa rodzina z Singapuru, ograniczająca konsumpcję zgodnie z naukami buddyzmu.Feline Lim/Reuters/Forum Trzyosobowa rodzina z Singapuru, ograniczająca konsumpcję zgodnie z naukami buddyzmu.

Artykuł w wersji audio

Jak ludziom uświadomić, że zmiany klimatyczne faktycznie zachodzą? Jak ich przekonać, że ponoszą za ten stan rzeczy niemałą odpowiedzialność? I jak namówić do modyfikacji nawyków, które szkodzą im i środowisku wokół? „Zrób z tego sprawę osobistą” – radzi amerykański magazyn „Wired”, dodając, że popularne poglądy negujące globalne ocieplenie czy szkodliwość plastiku świadczą dobitnie o dość już powszechnej ignorancji. Ludzkość, niestety, nie zaśmieca sobie głowy śmieciami.

Z tezą magazynu „Wired” mogliby się zgodzić autorzy portalu Nauka o Klimacie (z dopiskiem „dla sceptycznych” w podtytule). W jednym z tekstów dr Adrian Wójcik z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu tłumaczy, że wiara w zmiany klimatu to jedno, a świadomość, że dotkną nas osobiście – to drugie. Zagadnienia z tego zakresu, skomplikowane nawet dla ekspertów, dla ogółu wciąż są abstrakcyjne i trudne do przełożenia na zwyczajną codzienność. Polsce przecież nic nie zagraża, poza smogiem inne współczesne zarazy trudno dostrzec gołym okiem. A czy kogoś porusza, że średnia temperatura Ziemi się podnosi i jest najwyższa od 125 tys. lat? Albo że gdzieś na dalekim Pacyfiku dryfuje sobie wyspa odpadków o powierzchni pięciu Polsk?

Praktyków filozofii zero waste z pewnością tak. Sami zabierają się do sprawy niejako od drugiej strony: porządkują najbliższe otoczenie i działają lokalnie, żeby w efekcie przysłużyć się planecie. A przynajmniej nie szkodzić jej tak, jak to robi jej statystyczny mieszkaniec.

Pierwsze zielone pokolenie

Idea zero waste – ujmując rzecz obrazowo – polega z grubsza na tym, żeby własne śmieci z całego roku pomieścić w jednym małym słoiku. To wariant najbardziej radykalny i najtrudniejszy. Stąd „zero” – nic, a przynajmniej prawie nic się nie marnuje. I jest to wyczyn, zwłaszcza gdy ma się świadomość, że Polak generuje rocznie trochę ponad 300 kg śmieci i tendencja jest rosnąca. W 2017 r. tylko 56,6 proc. odpadków trafiło potem do odzysku (za GUS). Festiwal marnotrawstwa odbywa się rytualnie po świętach Bożego Narodzenia (czasem to nawet 30 proc. wszystkich rocznych śmieci), kiedy potrzeby – głównie spożywcze – zazwyczaj się przeszacowuje.

Dane globalne wcale nie są weselsze ani drastycznie odmienne. Bank Światowy policzył, że do 2050 r. będziemy wyrzucać ok. 3,4 mld ton śmieci, czyli 70 proc. więcej niż jeszcze w 2016 r. To skutek przeludnienia, urbanizacji i konsumowania na potęgę, widoczny już w biedniejszych rejonach świata, ale też – co ciekawe – w rozwiniętych, bogatszych, takich, którym zielone idee teoretycznie są bliskie. Przykładem kraje Skandynawii.

Zejść z 300 kg nawet do setki to duża sztuka i sporo wyrzeczeń. Nic dziwnego, że pragnący zbliżyć się do zera mówią o „reżimie”, pilnowaniu się i uważnym studiowaniu etykiet. A tak się składa, że etykiety „zero waste” – wzorem „eko” sprzed lat – są coraz częściej spotykane, mimo że nie zawsze mają z tą ideą coś wspólnego. Przed uczciwymi wyznawcami zero waste podwójnie trudne zadanie: najpierw starają się gruntownie przemyśleć zakupy (czy w ogóle tego i owego potrzebuję?), a potem dokładnie je sprawdzić (czy to i owo na pewno nie zaszkodzi środowisku?).

Modę na zero waste, jak się uważa, napędza pokolenie milenialsów. To paradoks – generacja podejrzewana o rozrzutność i lekkoduchostwo najpilniej śledzi trendy w szeroko rozumianej branży ekologicznej i szczególnie się troszczy o środowisko, gotowa pójść w proteście, blokować wycinkę Puszczy Białowieskiej, zrezygnować z mięsa, uprawiać własny ogródek na balkonie, stawiać w miastach ule z książką Simony Kossak pod pachą itd. O milenialsach w tym kontekście mówi się, że to pierwsze tak „zielone pokolenie”, wyczulone na to, co, gdzie i od kogo kupuje, czym się otacza, co zjada i co nosi. Pokolenie młodsze (nazywane generacją Z, netgeneracją albo postmilenialsami) przejmuje i jeszcze doskonali te wzorce.

Nawet jeśli zieloni są tylko niektórzy, to sam trend trudno bagatelizować. Zwłaszcza że twarda reguła rynku – popyt kształtuje podaż – obowiązuje i w tym sektorze. „Nie lekceważcie młodych – jesteśmy kluczem w walce ze zmianami klimatu” – przekonuje na łamach „Guardiana” Daisy Kendrick, aktywistka, która w wieku 23 lat założyła kolektyw We Are The Oceans (WATO), edukujący poprzez muzykę, gry i media społecznościowe. WATO koncentruje się na problematyce zaśmiecania wód tworzywami sztucznymi, nie przynosi zysków, jest organizacją nonprofit. Kierowaną przez młodych i skierowaną do młodych. „Jakkolwiek nas nie nazwać – pokoleniem Z, netgeneracją – to my jesteśmy konsumentami, pracownikami, przyszłymi pracodawcami i liderami, i to my jako pierwsi odczujemy niszczycielskie skutki zmian klimatu” – zauważa Kendrick.

To niezupełne prawda, bo skutki zmian klimatu odczuwamy już dziś wszyscy. W Krakowie odsłonięto niedawno pomnik ofiar smogu – trudno o wymowniejsze świadectwo powagi zagrożenia.

Zrób sobie audyt

Inspiracją dla młodych Amerykanek – i nie tylko Amerykanek – stała się Bea Johnson z Kalifornii, dziś 44-letnia blogerka, autorka książki o długim i wiele obiecującym tytule: „Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas” (książka ukazała się w Polsce w 2017 r., w oryginale – cztery lata wcześniej). Johnson żyje bez marnotrawstwa już od pełnej dekady, doskonaląc opracowaną przez siebie strategię pięciu „R”: Refuse (odmów sobie), Reduce (ogranicz), Reuse (użyj ponownie), Recycle (poddaj recyklingowi) i Rot (poddaj rozkładowi). Kolejność ma znaczenie i należy się jej trzymać.

Zero waste często, jak u Johnson, idzie w parze z potrzebą minimalizmu, też ostatnio modną. Z domu znika więc nie tylko to, co szkodzi środowisku, ale i szeroko pojęty balast, wszystko, co nie jest już potrzebne, a wala się po kątach i kurzy. – Gdy robiłam czystki w swoim domu – a od tego radzą zacząć wszyscy minimaliści – okazało się, że mam multum niepotrzebnych rzeczy – opowiada Katarzyna Wągrowska, autorka bloga „Ograniczam Się” oraz książki „Życie Zero Waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej”. – Ale nikt nie wytłumaczył, co z nimi robić dalej. Zaskoczyło mnie to brakujące ogniwo.

Część przedmiotów, ubrań i książek znalazła nowych właścicieli, głównie w domach opieki społecznej, ale całą resztę trzeba było wyrzucić. Idea zero waste ten problem wyklucza, bo przedmioty zużywa się do cna. Mniej się kupuje, więcej wypożycza i wymienia. – Minimalizm wpuszcza do głowy dużo fajnej przestrzeni – mówi Wągrowska. – Do człowieka dociera, że za dużo gromadzi. Najpierw powinien więc zrewidować swój stan posiadania. Potem nauczyć się zdrowej asertywności, sztuki odmawiania sobie i innym. A na koniec wziąć odpowiedzialność konsumencką: wybierać przedmioty wielokrotnego użytku, wykonane z łatwo przetwarzalnych surowców itd.

„Śmieciowy audyt domu” – tak Wągrowska nazywa ten pierwszy etap – u przeciętnego Polaka z dużą dozą prawdopodobieństwa nie wypadnie pozytywnie. Proszę sobie zrobić uczciwy rachunek sumienia. Papier toaletowy? Zapewne jest. Szczoteczka do zębów razem z tubką pasty? Szampon do włosów? Mydło w płynie do rąk? Butelka wody, soku, mleka? Waciki? Podpaski? Kosmetyki? Środki czystości? Worki na śmieci? Puszka z karmą dla psa czy kota? Wszystko to na ogół zapakowane w tworzywa sztuczne. To dlatego brytyjski słownik Collinsa wybrał „single-use” (ang. jednorazowy) wyrazem 2018 r.

Nie marnuj!

Życie w stylu zero waste to nieustanne poszukiwanie alternatyw dla przedmiotów codziennego użytku, na ogół niezbędnych do funkcjonowania – jak te wyżej wymienione. Butelki z plastiku wymienia się na przykład na szklane. Słomki plastikowe na słomki ze stali. Plastikową szczoteczkę – na szczoteczkę z bambusu. Podpaski czy tampony – na kubeczki menstruacyjne. Zamiast przechowywać żywność w foliówkach czy plastikowych pojemnikach, owija się ją w papier z wosku pszczelego. A na zakupy rusza się z własnymi woreczkami i w miarę możliwości kupuje to, co leży w sklepach luzem.

Najtrudniej dostać niezapakowane w plastik środki czystości – przyznaje Wągrowska. – Zresztą staram się być samowystarczalna. Umiem sobie zrobić kosmetyki, mydło, proszek do prania i płyn do mycia szyb – wszystko z prostych surowców dostępnych w papierze albo szkle. Dzięki temu wiem, że za bardzo nie naśmiecę.

Żeby za bardzo nie naśmiecić, trzeba się wysilić. I pilnować. Wystawionych na świecznik blogerów od zero waste chętnie napominają czytelnicy, często neofici. Kathryn Kellogg, autorka bloga „Going Zero Waste”, słyszy, że nie powinna podróżować samolotem, bo to nieekologiczne. Weganie mają jej za złe, że je jajka (a nie jest weganką!). Inni – że nie używa szarej wody (pochodzącej np. ze zmywania i wykorzystywanej potem raz jeszcze m.in. do spłukiwania toalety, podlewania roślin itd.). Jeszcze inni – że używa papieru toaletowego (co akurat jest nieprawdą; Kathryn korzysta z bidetu). – W silnej polskiej społeczności zero waste też zdarzają się głosy, powiedziałabym, fanatyczne – mówi Joanna Ryfka, popularna autorka bloga lifestylowego „Szafa Sztywniary” (25 tys. fanów na Instagramie). – To zraża nowicjuszy, którzy pokazują w sieci woreczek na zakupy, a dostają – za przeproszeniem – zjebkę za to, że został kupiony w sklepie, a nie uszyty ze starego prześcieradła. Każdy ruch ma swoje ekstremalne skrzydła.

Ryfkę do modyfikacji stylu życia zachęciła książka Wągrowskiej, choć już wcześniej bliskie jej były ekoideały. – Ludziom się kiedyś wydawało, że ekologia jest dla ekstremistów, świrów, dziwnych ludzi, którzy przykuwają się łańcuchami do drzew, oblewają futra farbą itd. A ja się staram pokazać, że to coś normalnego i da się tak żyć bez wyrzeczeń. Czasem podpowiadam zupełnie banalne rozwiązania. Ludzie piszą mi potem: „Wow, nie wpadłbym na to, że worki kurierskie można wywrócić na drugą stronę i wysłać raz jeszcze albo użyć jako worka na śmieci”.

Mniej rygorystyczna niż zero waste jest idea less waste. Chodzi o to, żeby chociaż trochę się konsumencko i śmieciowo ograniczyć. – Podchodzę do sprawy zdroworozsądkowo – mówi Ryfka. – Jeśli w sklepie znajdę brokuły zapakowane w folię, to nie pofatyguję się na drugi koniec miasta po brokuły bez folii. Jeśli już trafię do McDonalda, to kładę kawę na ławę, piszę moim obserwatorom: trudno, zdarza się, nie jestem idealna.

Życie w stylu zero waste jest mało wygodne, i to jest w nim najtrudniejsze – zgadza się Areta Szpura (70 tys. fanów na Instagramie). – Trzeba wyjść wcześniej z domu, żeby dotrzeć gdziekolwiek komunikacją miejską i nie brać taksówki. Trzeba pamiętać, żeby zabrać z domu bidon, woreczki… – wylicza. Szpura współzakładała popularną firmę modową Local Heroes, którą upodobał sobie nawet gwiazdor pop i bożyszcze nastolatek Justin Bieber. – Przez lata mieszkałam w Kalifornii, gdzie świadomość well being generalnie jest duża. Otworzyły mi się oczy. Dotarło do mnie, że świat mody to po prostu ładne przybranie. To nie węgiel, który już na pierwszy rzut oka wygląda podejrzanie. Szpura porzuciła ten interes na rzecz ekologii.

Jak tłumaczy Anna Sierpińska, członkini zespołu portalu „Nauka o Klimacie”, branża odzieżowa jest jednym z najbardziej zanieczyszczających środowisko przemysłów. – Rocznie emituje 1,2 gigaton ekwiwalentu dwutlenku węgla (czyli 1,2 mld ton CO2e), co odpowiada, powiedzmy, emisjom z międzynarodowych lotów i przewozów statkami. Jeśli ktoś kupuje używane ubrania, to w jakimś stopniu nie przykłada ręki do tego procederu.

Piękne w zero waste jest to, że hakujemy system, szukając rozwiązań – mówi Szpura. Największą bolączką dla praktyków zero waste jest właśnie niewielka oferta łatwo dostępnych alternatyw. W Polsce działa tylko jeden producent od mleka w szkle. Mlekomaty albo wspólne osiedlowe kompostowniki to rzadkość. Manufaktury kosmetyczne, które pakują swoje produkty w szkło, to niewielki segment rynku, nisza. Tak jak miejskie wymieniarki garderoby.

Sama branża eko, paradoksalnie, ładuje produkty w plastik i jednorazowe tetrapaki. Wegetarianie czy weganie, na ogół ecofriendly, z trudem znajdą inaczej zapakowane tofu, seitan czy mleka roślinne. A drogie produkty z metką „eko” sprzedawcy internetowi wysyłają zazwyczaj owinięte grubą warstwą folii. – Dlatego zero waste w ujęciu instagramowym wydaje się działką dla uprzywilejowanych ludzi z dużych miast – stwierdza Ryfka. – To pożyteczna moda, ale dla wielu jest czystą abstrakcją. Jeśli ktoś myśli głównie o tym, żeby mu wystarczyło do pierwszego, to nie będzie szukał ekoproduktów. A nie chodzi przecież o to, żeby zero waste było zabawą dla świrów czy elit.

Zerowasterzy – tak o sobie mówią – działają oddolnie, lobbują na rzecz małych zielonych przedsiębiorców, popierają polityków, którzy troszczą się o środowisko, albo sami stawiają w miastach giveboxy, szafy z przedmiotami, ubraniami do wymiany. W Poznaniu otworzyła się niedawno Po-Dzielnia, lokal z rzeczami używanymi i dostępnymi za darmo. Coraz powszechniejsza w polskich miastach jest idea sharing economy – ekonomii współdzielenia.

Więcej niż zero

Działania te i postulaty należałoby jednak wesprzeć systemowo. Tymczasem, zamiast definitywnie wycofać foliówki, wprowadza się w Polsce opłaty recyklingowe, a zarazem zostawia się w spokoju tzw. foliówki zrywki, dostępne zwykle przy działach warzywno-owocowych, mało wytrzymałe i szybko wyrzucane do śmieci. O ambitniejszych zamiarach naszych władz, które znacząco wpłyną na środowisko – choćby wycofywaniu się z wykorzystania odnawialnych źródeł energii – nie wspominając.

Zerowasterzy zdają sobie sprawę, że ich działania są niewystarczające. Ale przynajmniej coś robią. – Żyjąc zero waste, jesteśmy zalążkiem zmiany społecznej, pokazując, że bezrefleksyjna konsumpcja nie musi być najważniejszą wartością – tłumaczy Sierpińska. – Nowy raport IPCC [Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu ONZ – red.] pokazuje, że aby zahamować katastroficzną zmianę klimatu, konieczne są zmiany w zachowaniach i stylu życia. Świadome podejście do konsumpcji zapewne mieści się w tak określonym celu.

Głównie dlatego – dodaje – że ogranicza zużycie zasobów wiążące się z emisją gazów cieplarnianych. Do produkcji plastiku wykorzystuje się m.in. ropę naftową, a potem jest on transportowany i utylizowany, co generuje jeszcze więcej zanieczyszczeń i kosztów. Zero waste ogranicza marnotrawstwo żywności. – Według raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa z 2011 r. emisje wynikające z marnotrawstwa żywności to ok. 3,6 gigaton ekwiwalentu dwutlenku węgla, czyli więcej niż w 2011 r. wynosiły emisje dwutlenku węgla Indii – dodaje Sierpińska. Nawet jeśli ruch zero waste tej statystyki znacząco na razie nie poprawił, to samym zerowasterom poprawia samopoczucie. Bo masa – jak przekonuje Arleta Szpura – składa się z jednostek. A mało to zawsze więcej niż zero.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną