Ludzie i style

„Fortnite” kontra Apple, czyli wojny korporacji

„Fortnite” „Fortnite” Joshua Hoehne / Unsplash
Epic Games, twórcy niezwykle popularnej gry „Fortnite”, wypowiedzieli wojnę platformom mobilnym. Co to oznacza dla użytkowników?

To historia jak z „Gwiezdnych wojen”, a dokładnie „Mrocznego widma”, gdzie na początku widzowie oczekujący pojedynków na miecze świetlne i kosmicznych pościgów muszą wysłuchać nudnej narracji o wojnie celnej. Bo właśnie o to poszło w sporze między Epic Games, twórcami „Fortnite”, a Apple. O wynoszącą 30 proc. opłatę od każdej transakcji, jaką pobiera firma. Zaraz jednak – jak w „Gwiezdnych wojnach” – robi się wesoło. Epic Games do swojej walki postanowił zaangażować nie tylko prawników, ale także graczy.

To właśnie do fanów gry skierowana jest reklama „Nineteen Eighty-Fortnite” i hasztag #FreeFortnite. Czarno-biały filmik przedstawia postacie siedzące przed gigantycznym monitorem, z którego bełkocze dyktator z głową w kształcie nadgryzionego jabłka. W stronę ekranu biegnie kolorowa postać, którą gonią opancerzeni policjanci. Postać w tęczowej koszulce to Brite Bomber, jedna z wielu bohaterek kultowej gry. W ręce dzierży specjalny młot w kształcie ikonicznej lamy-jednorożca, zamachuje się i niszczy ekran.

To oczywiste nawiązanie do słynnej reklamy „1984” komputera Apple Macintosh, w dodatku użyto orwellowskiej estetyki, aby pokazać firmę Apple jako wojownika o wolność z dominacją szarych i nudnych pecetów. Tylko teraz tym złym jest firma z jabłkiem w logo.

Ty pobierasz, Apple też

„Fortnite Battle Royale” to komputerowa strzelanina, w której na raz może walczyć nawet sto osób. Jest pełna przemocy, ale ujętej w kolorowy, karykaturalny nawias, więc w przeciwieństwie do brutalnych pozycji przeznaczonych dla dojrzałych odbiorców gra w nią głównie młodsza młodzież. Gra stała się nie tylko miejscem zabawy, ale przestrzenią społecznościową – są w niej urządzane wirtualne koncerty popularnych wykonawców, takich jak Marshmello (obejrzało go 10 mln użytkowników), a gracze wracają do niej często pod wpływem presji rówieśniczej – skoro grają koledzy, gram i ja.

Czytaj też: Gry wideo. Biznes na ten czas

Gra jest darmowa – ale podobnie jak w innych grach tego typu zawiera mechanizmy zachęcające do wydawania pieniędzy. Nowe stroje czy warianty broni można kupować walutą zwaną V-Bucks. Można ją zdobyć, wykonując zadanie w grze (co oznacza żmudną pracę) albo po prostu kupując ją za prawdziwe pieniądze.

I właśnie od tej transakcji Apple pobiera 30 proc., wykorzystując swoją pozycję monopolisty. Na przykład na komputerze z Windows można zainstalować program dowolnego pochodzenia, pobrany z sieci – natomiast Apple nadzoruje wszystkie aplikacje i usługi, które są dostępne na platformach z systemem iOS.

Czy 30 proc. to uczciwa stawka? Można polemizować, ale faktem jest, że Apple zbudowało – i utrzymuje – cały skomplikowany ekosystem, dzięki któremu firmy mają możliwość zarabiania na swoich treściach. Zbudowało go od zera – przy pomocy iTunes i iPoda nauczyło użytkowników wydawać drobne sumy na legalną muzykę, aby w 2008 r. przedstawić sklep z aplikacjami na iPhone’a. Przez wiele lat deweloperzy odczuwali, że użytkownicy smartphonów Apple’a są skłonni płacić, a użytkownicy konkurencyjnej platformy Android – niekoniecznie.

Czytaj też: Google i Apple w obronie prywatności?

Równi i równiejsi. Epic Games pozywa

Epic Games jest dużym graczem, ale znacznie mniejszym niż Apple czy Amazon – zwróciło więc uwagę, że te dwie platformy porozumiały się na zupełnie innych warunkach. Nie wiadomo, jak wyglądały zakulisowe rozmowy między Epic i Apple, ale cała akcja z „Fortnite” wygląda na przemyślaną prowokację. Oto wraz z nową aktualizacją gry pojawiła się możliwość zakupu pakietu V-Bucks bezpośrednio od Epica. Kupując wirtualne dolce za pośrednictwem Apple, miało się płacić 9,99 dol., a w sklepiku Epic Games – tylko 7,99. Apple uznało to za złamanie warunków licencji i usunęło grę ze sklepu. W odpowiedzi Epic pozwał Apple – i wyemitował reklamę, w której korporacja wygląda jak zły Wielki Brat, ponury monopolista, a także komunikat do graczy: „zobaczcie, to przez podatek Apple’a musicie tyle płacić za V-Bucksy, my chcemy dla was dobrze!”.

Czytaj też: Zaangażowane gry komputerowe

Propaganda wycelowana była w Apple, ale podobny konflikt – zakończony wyrzuceniem i pozwem – miał miejsce w androidowym sklepiku Google Play. Gra zniknęła też z androidowego Galaxy Store prowadzonego przez Samsunga – ale w przeciwieństwie do iPhone’a smartfony z Androidem umożliwiają instalację gry bezpośrednio od Epic Games.

Sympatia użytkowników zdaje się być po stronie Epic Games – jak płachta na byka podziałało słowo „podatek” (chyba najgorsza rzecz, jaką mogą wyobrazić sobie fani gier komputerowych), brzydko pachnie też słowo „monopol” i „działania antykonsumenckie”. Niektórzy przypominają, że nie ma się co angażować emocjonalnie w rozgrywkę między dwiema korporacjami. Epic Games cieszy się złą sławą za umieszczanie gier na peceta na wyłączność w swoim sklepie. A obecna bitwa toczy się o to, kto zgarnie część dochodów z mikrotransakcji, które uważane są za negatywne zjawisko współczesnej branży growej. Zamiast zapłacić raz na zawszę za grę, gracze poddawani są psychologicznym manipulacjom, które mają zachęcić ich do wydawania drobnych sum. Drobne sumy mają zaś to do siebie, że mogą zsumować się w poważną kwotę.

Czytaj też: Co jest pociągającego w starych grach wideo?

Ma być tanio czy bezpiecznie?

Problem ten jest istotny zwłaszcza w grach dla dzieci. Po kilku aferach związanych z impulsywnymi zakupami dokonanymi przez nieletnich Apple wprowadziło przeróżne mechanizmy zabezpieczające rodziców przed wyczyszczeniem karty kredytowej na wirtualne przedmioty. Z punktu widzenia konsumenta istotniejsze wydaje mi się bezpieczeństwo korzystania z aplikacji. Żmudny proces akceptacji przez Apple jest może niewygodny dla deweloperów, ale ukraca ich praktyki – zdarzyło się, że Apple blokowało pomysły Facebooka na śledzenie danych użytkowników; w nowej wersji systemu iOS monitoring zachowania aplikacji ma być transparentny – dowiemy się, kiedy np. jakaś aplikacja (jak TikTok) zajrzy do schowka. Podobnie działa mechanizm opłat na portalu eBay – płaci się przez system Paypal, który ma wiele wad, ale zapewnia bezpieczeństwo użytkownikom.

Być może sąd, rozpatrując pozew Epic Games, weźmie właśnie pod uwagę, że chociaż Apple wykorzystuje dominującą pozycję na szkodę konkurencji, niekoniecznie odbywa się to ze szkodą dla użytkownika. Brak nadzoru nad płatnościami i aplikacjami otwierałby drogę do oprogramowania wyłudzającego pieniądze, np. na subskrypcje (takie próby zdarzają się już teraz). Mogłoby też dojść do praktyki, że aplikacje są udostępniane za darmo, a za odblokowanie funkcji płaci się bezpośrednio u dewelopera. Wtedy właściciel platformy nie zobaczyłby ani centa.

Czytaj też: Czy gry komputerowe wywołują agresję u dzieci?

Pamiętać należy, że takimi zamkniętymi ogrodami są np. konsole takie jak Nintendo Switch czy Playstation. Również pobierają znaczne opłaty od wydawców i dokładnie nadzorują treści zamieszczane w swoich sklepach. W zamian, podobnie jak Apple, dostarczają bazę użytkowników i sieć dystrybucji.

Wojna korporacji

Tyle z interesów konsumentów. W przypadku innych firm sytuacja jest bardziej klarowna. Apple zbudował ekosystem, który daje mu przewagę nad konkurencją, zwłaszcza gdy dostarcza podobne usługi. Serwis streamujacy muzykę Spotify znajduje się w gorszej pozycji niż analogiczny Apple Music; promując swój serwis z grami Apple Arcade, firma nie wpuściła na platformę usług streamowania gier xCloud (Microsoft) i Stadia (Google), tłumacząc się brakiem nadzoru nad oferowanymi treściami (jednocześnie nie mając problemu z tym, by strumieniować na iPhone’y gry z Playstation czy platformy Steam).

Z jednej strony są więc międzykorporacyjne gierki, które zostaną być może rozstrzygnięte w sądzie (czy dojdzie do postępowania antytrustowego, jakie w przeszłości spotkało np. Microsoft?); z drugiej – sfrustrowani użytkownicy, którzy z ich powodu nie mogą okładać się po głowach tęczowymi jednorożcami. Jedyne, o czym warto pamiętać, to że nie jest to spór między dobrem i złem – a między interesami wielkich firm, dla których interes użytkownika jest na szarym końcu listy zmartwień.

Czytaj też: Google, Apple, FB i Amazon w pandemii zbierają żniwa

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną