Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Ludzie i style

Od dziury do katastrofy, czyli legenda o powstaniu Sosnowca

Legenda o Sosnowcu Legenda o Sosnowcu Marek Maruszczak/AI / •
Ucieszył się Stachu ogromnie, bo wiedział, że państwo za węgiel zawsze zapłaci. I ogłosił, że zakłada miasto.

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy jeszcze nikt nie wstydził się mówić, że jest z Sosnowca (bo go nie było), w małej chałupie obok lasu sosnowego żył sobie drwal Stanisław. Stachu nie był młody, nie był też stary, ale to ostatnie bezobjawowo, bo był na swoje nieszczęście szlachetny i pracowity.

Stachu wstawał codziennie skoro świt, szedł do żabki po bułkę i kabanosy, wypijał to na hejnał i myk do roboty. Uwielbiał przebywać między drzewami. Wybrał więc zawód, który polegał na ich wycinaniu. Mało tego, koleś kochał las do tego stopnia, że gdy wracał do domu i rozwalał się na fotelu, to marzył o tym, aby zostać górnikiem. Tylko proszę mi tutaj nie zarzucać braku logiki. Jeżeli ktoś zajmuje się wymyślaniem legend, to raczej nie studiował matematyki.

Być może Stacha skusiła wizja deputatu węglowego. A może nie wiemy o nim wszystkiego i w jego duszy tlił się mrok i zepsucie ponad wszelką miarę, a on sam planował karierę górniczego związkowca? Tego się już raczej nie dowiemy, bo Stachu zmarł był w okolicznościach tragicznych. Zanim do tego przejdziemy, wróćmy do Stacha, kiedy jeszcze dychał, chrapiąc przy okazji okrutnie, bo zasnął po całodziennym rąbaniu drewna i wieczornym obalaniu bułek.

Czytaj też: Waligóra i Wyrwidąb, czyli kradzież z pobiciem na narodzie polskim

Stach posłuchał Kościuszki

Stachu miał sen. Ale nie taki zwykły, że człowiek boso ugniata dżem truskawkowy. Sen był proroczy, a wszyscy wiemy, że z nich nigdy nic dobrego nie wychodzi. Stachowi przyśnił się głos:

– Stachu, mordo, zostaniesz górnikiem!

To był Tadeusz Kościuszko, pierwszy Polak na work & travel w Stanach Zjednoczonych. Owszem, linia czasowa się trochę rozjeżdża, ale poczekajcie, aż się dowiecie, kto mu odpowiedział.

– Stachu, nie bądź debilem! – stanowczo zaoponowała Margaret Thatcher, znana z ostrożnego podejścia do pracy w przemyśle wydobywczym.

No i co? Stachu nie posłuchał pani Thatcher. Głównie dlatego, że nie kumał po angielsku.

Swoją drogą wiedzieliście, że Kościuszko studiował fortyfikacje w Szkole Rycerskiej? Stachu i tak miał szczęście, że nie wylądował na wojnie.

Czytaj też: Dzieje polskiego MLM, czyli legenda o Borucie i będzińskim zamku

Pochowany pod sosnami

Wylądował natomiast u sąsiada, do którego popędził czym prędzej po przebudzeniu i zawinął mu kilof z szopy na narzędzia. Stachu razem ze swoim kradzionym kilofem pobiegł na pobliskie pole szukać miejsca na kopalnię. No i kopie Stachu, ile sił, ziemię twardą i spękaną jak pięty znanego podróżnika Wojciecha C., co boso przez świat chodzi. Już miał rzucić robotę w cholerę, a przynajmniej w Kościuszkę, gdyby drania, werbownika, znowu spotkał. Aż tu nagle TRACH.

Kilof trafił w coś innego. Schyla się więc Stachu i podnosi czarne grudki do oczu. Najpierw podejrzliwie, bo godzinę wcześniej nieopatrznie zaczął pracę w okolicach wygódki, ale nie. To prawdziwy węgiel z wnętrza, tym razem, ziemi.

Ucieszył się Stachu ogromnie, bo wiedział, że państwo za węgiel zawsze zapłaci, i ogłosił, że zakłada miasto. Stachu ewidentnie miał lepsze gadane niż pomysły, bo na jego ogłoszenie odpowiedziała cała banda marzycieli, śmiałków i innych wykolejeńców, a w miejscu, w którym kopał, powstała kopalnia, a potem całe miasto.

Niestety, jak to bywa z kopalniami, i ta się zawaliła, i to prosto Stachowi na głowę. Pozostali górnicy oraz ich rodziny odbudowali jednak kopalnię i nazwali miasto na cześć sosen, pod którymi pochowano Stacha stachanowca. I taka jest historia Sosnowca, miasta ludzi twardych i nieustępliwych, którzy nie kumają nawet tak bezpośrednich sygnałów od mamy natury jak krajobraz walący im się na głowy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną