Na wyspach Bałamutach
„Bałamucą małolatów internety”. Objaśniamy nowe słowa
Coś się wydarzyło 1 lutego. Płaski wykres zainteresowania czasownikiem „bałamucić” w Google Trends nagle wystrzelił w górę, a w mediach społecznościowych przed walentynkami o bałamuceniu mówiono na okrągło. Co się wtedy stało? Jedna z dziennikarek Kanału Zero, proamerykańska w postawie, przekonywała, że nowo upublicznione akta sprawy Epsteina to groch z kapustą, a żeby o tym przekonać, rzuciła na platformie X: „Serio, »w dokumentach znajduje się« i Donald Tusk, i Andrzej Duda, i Lech Wałęsa... co nie znaczy, że któryś z nich bałamucił małolaty na wyspie Epsteina”. I w tym wyjątkowym przypadku uwagi komentujących nie zwróciły nazwiska (padające przypadkowo wśród milionów upublicznionych dokumentów), tylko słowo „bałamucić”, które w kontekście kontaktów erotycznych w słownikowej definicji oznacza „starać się pozyskać czyjeś względy” (za słownikiem PWN), podczas gdy oskarżenia wobec Epsteina dotyczyły wykorzystywania seksualnego nieletnich i handlu nieletnimi w celach seksualnych.
„Kupienie lizaka dwunastolatce przez obcego, dorosłego mężczyznę jest – powiedzmy – dwuznaczne i niestosowne, i to można byłoby określić jako bałamucenie” – komentowano. A ironiczni internauci proponowali autorce wpisu, żeby jeszcze zamiast „pedofil” pisała „uzależniony od dzieci”. Rzadko z taką mocą publiczna dyskusja odwołuje się do słownikowych definicji (te pozostałe to „wprowadzać kogoś w błąd” lub „marnować czas”), a jeszcze rzadziej – tak nagle wraca do łask stare słowo.
Czytaj też: Unc-unc może puszczać jakiś unc.