Tyrania pracy nad sobą
Tyrania pracy nad sobą. Po co nam samorozwój? Przekłuwamy balonik z nadętym ego
Stajemy się sami dla siebie najważniejszym polem do pracy, troski i niepokoju. I czujemy odpowiedzialni za wszystko, co nas spotyka. Jeśli jesteśmy nieszczęśliwi, to znaczy, że za mało się staramy. Jeśli nasze relacje są niesatysfakcjonujące, to znaczy, że nie potrafimy stawiać granic. Jeśli nie odnosimy sukcesów – widocznie nie rozwinęliśmy właściwego „mindsetu”. A wystarczyłoby nad sobą popracować.
Jak twierdzą w książce „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” psycholożka Kama Wojtkiewicz i jej rozmówcy, obsesja nieustannego samodoskonalenia bierze się z wpajanego nam od lat przekonania, że praca nad sobą poprawia jakość życia. Wpadamy w ten ślepy zaułek, tym bardziej że współczesny rynek samorozwoju działa według logiki podobnej do innych rynków: sprzedaje. Kursy, warsztaty, coaching, praktyki duchowe, mindfulness, biohacking… Wszystko to w założeniu ma prowadzić do większej kontroli nad życiem i w efekcie – do szczęścia. Tak się jednak nie dzieje. Kolejne procesy terapeutyczne, warsztaty rozwojowe czy koncepcje psychologiczne, owszem, pozwalają jasno nazwać problem, ale niekoniecznie go rozpracować.
Jeśli wszystko interpretujemy przez pryzmat własnych emocji i potrzeb, to jak mamy dostrzec – i docenić – złożoność relacji i życia? Widać to w języku. Łatwiej dziś kogoś „zdiagnozować”: narcyz, toksyk, border, trudniej przyjąć, że relacje są niejednoznaczne, a ludzie pełni sprzeczności. Dlatego zwrot ku samodoskonaleniu i obsesji pracy nad sobą warto też rozpatrywać w kontekście rozpadu więzi i poczucia wspólnotowości – wyjaśniają w „Sobą zajętych” socjolog prof. Tomasz Sobierajski i filozof Tomasz Stawiszyński. W świecie, w którym coraz trudniej o stabilne instytucje, wspólnoty czy poczucie sensu, człowiek zostaje sam ze sobą i zaczyna traktować własną psychikę jak projekt do nieustannego ulepszania.