„Tu spoczywa bumelant” – głosiło jedno z najbardziej znanych haseł z plakatów z lat 50. Obok na rysunku widoczny był odpoczywający robotnik i jego wbity w trawę szpadel. Hasło opisywało ludzi wymigujących się od pracy, a dokładniej – od budowy socjalizmu. „Bumelant to dezerter z frontu walki o pokój i silną Polskę” – wytykało inne hasło ówczesnej propagandy. A że tożsamość Polski doby PRL budowano na związku z ZSRR, jako sztandarowy odpowiednik obiboka przyjęto słowo pochodzenia niemieckiego. Bo wzięło się od niemieckiego czasownika bummeln (włóczyć się, wałęsać, guzdrać) i rzeczownika der Bummelant określającego leniucha lub wagarowicza. Choć być może po prostu cały kraj przejął te słowa z Ziem Odzyskanych, gdzie używano ich w sposób naturalny. A później przypominano przy okazji przemówień i świąt ludzi pracy, gdy trzeba było zrzucić na kogoś niepowodzenia, piętnując np. „szkodników i bumelantów planu sześcioletniego” (określenie za Polską Kroniką Filmową).
Czytaj też: Świat zalewa szlop i cyfrowa breja. Objaśniamy nowe słowa
Tyle że bumelant wcale nie spoczął i z języka nie zniknął. Przeciwnie – już po 1989 r. wrócił jak bumerang, przechowany w gwarze szkolnej, bo hasłem „bumel” („bumelek”) opisywano przez lata wagary, ucieczkę z lekcji. To, co na plakatach z lat 50. było praktyką piętnowaną, dla uczniów okazało się atrakcją. I przetrwało, balansując na krawędzi dobrych i złych postaw. Całkiem pozytywne wydawało się, kiedy Włodi rapował w utworze „1996”: „Taki mam styl: miejski bumelant z duszą hipisa/ Chcę palić filisa, wrażanie opisać i cała reszta mi zwisa” („filis” to skręt z marihuaną – bo zielona, skojarzona przez grecką Phyllis).