Storytelling, nie suffering
Storytelling, nie suffering. Jak się promują inne kraje? Da się to zrobić dobrze
Gdyby trendy w Google przekładały się na PKB i popularność, Polska już byłaby potęgą. Samo hasło „Mróz-Gorgoń”, czyli nazwisko byłej pełnomocniczki rządu ds. promocji marki Polski, zaliczyło 5000-procentowy wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem. Na reputację kraju trzeba jednak bardziej zapracować. Pocieszające zarazem, że po publikacji raportu „Polaków portret własny” i klipu Polskiej Organizacji Turystycznej („Polska. Więcej, niż się spodziewasz”) chyba trudno wymyślić coś mniej rzeczowego i błyskotliwego. Ktoś w sieci proponuje zwykłą czarną planszę. „Jeśli lektorem będzie Filip Kosior, to można ten klip puścić nawet bez obrazu” – radzi jeden z internautów (dodajmy autopromocyjnie, że Filip Kosior gościł niedawno w jednym z podkastów „Polityki”).
Można się też zainspirować. A jest czym. Na przykład Szwajcaria też postawiła na duże nazwiska, ale wyszło mniej topornie. Jesse Eisenberg i Robert Lewandowski mieli do zagrania dużo mniej niż Robert De Niro i Roger Federer, którzy w klipie rozmawiają przez telefon: słynny aktor odmawia słynnemu tenisiście udziału w kampanii Szwajcarii, bo „za mało tu dram”, ludzie są zbyt mili i nic się nie dzieje, tylko krowy się pasą. Hasło: „Potrzebujesz wakacji bez dram. Potrzebujesz Szwajcarii”.
Z kolei Szwecja w serii zabawnych filmików instruuje, jak ją odróżnić od innych miejsc występujących w świecie pod nazwą „Sweden” (ponoć jest ich osiem, kilka w Ameryce). Dania chwali się swoim „zen”, Australia wyśmiewa swój akcent. Chyba najambitniej podeszli do zadania Brytyjczycy – w klipie wyreżyserowanym przez Toma Hoopera (Oscar za „Jak zostać królem”) grają sławy, m.