Nauka

Wielka plama

Platforma zagraża Ameryce

Wyciek z Deepwater Horizon próbuje się zatrzymać wszelkimi możliwymi sposobami Wyciek z Deepwater Horizon próbuje się zatrzymać wszelkimi możliwymi sposobami Forum
Katastrofy ekologicznej w Zatoce Meksykańskiej prawdopodobnie można było uniknąć, wydając 500 tys. dol. na dodatkowy zawór bezpieczeństwa, na którym koncern BP zaoszczędził. Przy aprobacie amerykańskich władz.

Platforma wiertnicza Deepwater Horizon zasłynęła jesienią ub.r., kiedy koncern BP obwieścił o odkryciu ogromnych zasobów ropy naftowej w złożach Tiber w Zatoce Meksykańskiej. Do surowca prowadził najgłębszy odwiert w historii przemysłu naftowego – sięgający do 10 685 m. To spektakularne osiągnięcie miało potwierdzić, że hasło przemysłu wydobywczego „drill, baby, drill” (wierć, kochanie, wierć) jest nieustannie najlepszą odpowiedzią na problemy tego świata. Ropy naftowej nie brakuje – tyle tylko, że trzeba po nią sięgać coraz głębiej, bo łatwe do eksploatacji złoża konwencjonalne nieodwracalnie się wyczerpują.

O ukrytych głęboko w ziemi zasobach wiadomo dzięki nowoczesnym technologiom badania struktur geologicznych, m.in. tomografii sejsmicznej, w której za pomocą specjalnie wzbudzanych fal prześwietla się podziemne warstwy, a wyniki opracowuje za pomocą komputerowych technik wizualizacji trójwymiarowej. Dzięki temu wiadomo nie tylko, gdzie jest ropa, lecz także gdzie wiercić, by się do niej dobrać.

Wskazanie miejsca eksploracji jest kwestią kluczową. Wiercenie głębinowe kosztuje nawet pół miliona dolarów dziennie, a przygotowanie szybu produkcyjnego wymaga nakładów rzędu 50 mln. Dopóki ceny ropy na światowych rynkach utrzymywały się na poziomie 20–30 dol., koncerny naftowe odkładały drogą eksploatację złóż głębinowych na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ta nadeszła szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał; gdy notowania za baryłkę latem 2008 r. zbliżyły się do 150 dol., nadszedł czas na nową epokę naftową.

Platformy XXI wieku

Przepustką do nowych źródeł surowca są platformy wiertnicze nowej generacji, takie jak Deepwater Horizon. Należą one do wyspecjalizowanych firm wydobywczych. Deepwater Horizon powstała w 2001 r. w koreańskiej stoczni Hyundai na zamówienie korporacji Transocean, która wydzierżawiła BP platformę do 2013 r. Ta supernowoczesna konstrukcja umożliwiała prowadzenie robót wiertniczych w akwenach do głębokości 2400 m. System dynamicznego pozycjonowania wykorzystujący satelitarne określanie pozycji GPS zapewniał, że platforma nie odpływała ze wskazanego miejsca robót nawet w trakcie silnych sztormów. Z kolei system e-drill umożliwiał zdalne obserwowanie i sterowanie pracą maszyn wiertniczych. Choć w chwili wybuchu na platformie pracowało 126 osób, to najważniejszymi jej funkcjami zarządzali operatorzy siedzący przy komputerach w centrum dowodzenia w Houston.

Wszystkie te technologiczne cuda na miarę XXI w. okazały się bezużyteczne, gdy 20 kwietnia doszło do eksplozji i pożaru. Po dwóch dniach platforma, po nieudanych próbach jej ugaszenia, zatonęła. BP miał już podobne problemy w 2005 r., kiedy omal nie stracił w Zatoce Meksykańskiej największej na świecie platformy wydobywczej Thunder Horse. Wówczas jednak skończyło się tylko na awarii, kosztownej, lecz mieszczącej się w scenariuszach zarządzania kryzysowego. Żaden scenariusz nie przewidywał tego, co stało się 20 kwietnia.

BP ubiegając się o licencję na eksplorację głębinową, musiał przedstawić amerykańskim władzom szczegółową analizę potencjalnych zagrożeń, wynikających m.in. z zatopienia platformy lub eksplozji w miejscu odwiertu. Eksperci uznali, że nawet w wyniku tak ponurych wydarzeń zadziała system zabezpieczeń, czyli zawór odcinający wypływ ropy z wywierconego szybu. Zawór jednak nie zadziałał i od 20 kwietnia wody Zatoki Meksykańskiej oraz wybrzeże USA zatruwa strumień nieustannie płynącej z głębi ziemi ropy.

Potrójny wyciek

Pierwsze, dość optymistyczne, szacunki mówiące o wycieku 2 tys. baryłek dziennie trzeba było skorygować do poziomu 5 tys. baryłek, co i tak nie zadowoliło wielu ekspertów – badacze z amerykańskiej National Oceanic and Atmospheric Administration stwierdzili, że z odwiertu może wydobywać się nawet 25 tys. baryłek ropy dziennie. Oznaczałoby to, że katastrofa Deepwater Horizon przebije skalą skutki katastrofy tankowca Exxon Valdez u wybrzeży Alaski w 1989 r., kiedy do morza wydostało się 260 tys. baryłek ropy.

Niezależnie od tego, czyje szacunki są prawdziwe, operacja ratunkowa rozwija się na kilku frontach. Zadanie główne, to jak najszybciej zablokować wypływ ropy. Dlatego niemal od razu po eksplozji, gdy okazało się, że zawór awaryjny nie zadziałał, ruszyły w jego kierunku podwodne roboty z zadaniem zakręcenia kurka. Niestety, próby te przez pierwsze dwa tygodnie kończyły się niepowodzeniem. Sytuację komplikuje fakt, że ropa wycieka z trzech miejsc. 5 maja przedstawiciele BP poinformowali, że udało się zatrzymać wypływ z jednego z otworów, co jednak nie zmniejszyło wypływu ropy.

Z tego też względu realizowane są wszystkie inne możliwe strategie. W przypadku, gdy nie uda się zamknąć zaworu awaryjnego, kolejnym najbardziej obiecującym rozwiązaniem jest przykrycie miejsca wycieku specjalnie skonstruowaną, ważącą 100 ton, stalową kopułą. Zbierającą się w niej ropę można następnie odpompowywać do znajdującego się na powierzchni statku. Problem w tym, że nikt jeszcze nie testował podobnego rozwiązania na głębokości 1,5 km.

Metoda, która powinna przynieść pewny skutek, choć najbardziej czasochłonna, polega na przygotowaniu nowego odwiertu, który ma się wgryźć w szyb (wiercenia rozpoczęły się 2 maja). Po dotarciu w ten sposób do miejsca awarii można wypływ ropy zablokować. Ale cała operacja może potrwać nawet trzy miesiące.

Jednocześnie robi się wszystko, by zmniejszyć skutki ekologiczne wycieku. Główny element strategii w tym przypadku polega na zwiększeniu stopnia, w jakim ropa miesza się z wodą poprzez dodawanie specjalnych substancji chemicznych. Substancje te, tzw. dyspersanty, powodują, że cząsteczki ropy zbierającej się na powierzchni wody w postaci grubej oleistej warstwy przylegają do siebie z mniejszą siłą. Dzięki temu ropa ulega szybszemu rozproszeniu. Dyspersanty są wpompowywane w pobliże źródła wycieku oraz rozpylane z samolotów na powierzchnię rosnącej plamy ropy. Do zadania włączyło się amerykańskie lotnictwo wojskowe, użyczając do tej operacji potężnych samolotów C-130 Hercules.

Groźne lekarstwo

Bezprecedensowa skala tego przedsięwzięcia wywołuje wiele problemów. Już w tej chwili BP wykupił blisko połowę światowych zapasów substancji dyspergujących i jeśli wyciek będzie trwał nadal, to grozi szybkie wyczerpanie rezerw. Nawet jednak jeśli firmy chemiczne zdołają nadążyć za wzmożonym awaryjnym popytem, to na alarm już biją ekolodzy zwracający uwagę, że lekarstwo może okazać się bardziej szkodliwe niż sama choroba. Dyspersanty nie są substancjami obojętnymi dla środowiska i nadmierne ich stężenie w wodzie może również doprowadzić do katastrofalnych skutków środowiskowych.

Ratownicy chwytają się wszystkich możliwych środków, by zmniejszyć ciągle jeszcze nieznane skutki katastrofy. Władze stanu Luizjana zdecydowały się na otwarcie zapór przeciwpowodziowych, licząc, że wypływająca z lądu słodka woda odepchnie plamę ropy od brzegu. Załogi setek zaangażowanych w operację statków otaczają rozlewającą się plamę pływającymi zaporami. Dotychczas skutek był jednak ograniczony ze względu na sztormową pogodę. W repertuarze działań ratunkowych jest jeszcze kontrolowane wypalanie ropy unoszącej się na powierzchni morza.

Operacja ratunkowa angażuje tysiące pracowników BP i służb cywilnych oraz kilkanaście tysięcy ochotników działających na lądzie. Z rozlewającą się ropą walczą setki statków i samolotów. Cała akcja według wstępnych szacunków kosztuje koncern BP 6 mln dol. dziennie. Zatopiona platforma to kolejne 560 mln. W eksplozji zginęło 11 osób. Tysiące stracą źródło utrzymania. Przywrócenie równowagi ekologicznej zajmie wiele lat, jeśli w ogóle to się uda. Choć przygotowanie pełnego bilansu potrwa pewnie długo, już dziś widać, że rachunek opiewać będzie na wiele miliardów dolarów.

Pokusa oszczędzania

Wobec takiej skali zniszczeń i kosztów pytania nie chcą czekać. Dlaczego doszło do katastrofy? Wielu analityków sugeruje, że do eksplozji mogły przyczynić się nieumiejętnie prowadzone prace polegające na cementowaniu miejsca odwiertu w ramach jego przygotowań do eksploatacji przemysłowej. Minerals Management Service (MMS), agenda Departamentu Spraw Wewnętrznych USA odpowiedzialna za kontrolowanie prac wydobywczych, doliczyła się 39 eksplozji podczas prac wydobywczych w Zatoce Meksykańskiej od 1996 r., 18 z nich spowodowanych było niechlujstwem podczas prac cementowych.

Kolejne pytanie: dlaczego, skoro już do wybuchu doszło, nie zadziałał zawór awaryjny? W końcu, dlaczego platforma nie była zaopatrzona w dodatkowy system bezpieczeństwa, zawór uruchamiany zdalnie – zabezpieczenia takie stosowane są obligatoryjnie na platformach norweskich i brazylijskich?

To techniczne pozornie pytanie otwiera polityczną puszkę Pandory. Okazuje się, że amerykańskie platformy wydobywcze także miały być wyposażone w takie zawory. W 2003 r. wspomniana Minerals Management Service uznała jednak, że są one zbyt kosztowne, a praktycznie nie zwiększają bezpieczeństwa eksploatacji i wydała negatywną rekomendację. W 2008 r. wyszło na jaw, że MMS była organizacją na wskroś skorumpowaną i działała bardziej w interesie przemysłu naftowego niż państwa. Lista zarzutów wobec urzędników MMS nie ograniczała się jedynie do brania łapówek. Śledztwo, szeroko relacjonowane m.in. w „The New York Timesie”, ujawniło, że stałym elementem współpracy MMS z koncernami naftowymi były spotkania, podczas których urzędnicy państwowi raczyli się narkotykami i korzystali z usług seksualnych sponsorowanych przez szczodrych nafciarzy.

Ten niechlubny fragment historii MMS znalazł finał w sądzie; niestety, przy okazji nie zakwestionowano wielu podjętych pod wpływem naftowego lobby decyzji. Deepwater Horizon pracował bez dodatkowych zabezpieczeń. Zaoszczędzono 500 tys. dol.

 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Tabletka na HIV przyczyni się do ograniczenia nowych zakażeń?

Osobom prowadzącym ryzykowne życie seksualne marzenie o szczepionce na AIDS zastąpiła praktyka regularnego przyjmowania tabletki.

Paweł Walewski
25.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną