Nauka

Ruszmy z posad bryłę nauki

Czy nauka potrzebuje reform?

Polscy naukowcy pracują z nieco mniejszym zaangażowaniem niż ich zagraniczni koledzy. Polscy naukowcy pracują z nieco mniejszym zaangażowaniem niż ich zagraniczni koledzy. PantherMedia
Rozmowa z prof. Maciejem Żyliczem, biologiem, prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, o tym, po co nam te reformy.
Instytut PAN lub Uniwersytet może zbankrutowac jeśli będzie żle zarządzany.Miłosz Poloch/Reporter Instytut PAN lub Uniwersytet może zbankrutowac jeśli będzie żle zarządzany.

Edwin Bendyk: – Czy Polska rzeczywiście potrzebuje nauki na światowym poziomie? Niewiele jest krajów, których gospodarka od kilkunastu lat rozwija się bez recesji. W ubiegłym roku odnotowaliśmy wzrost PKB o 3,8 proc. To wszystko osiągnęliśmy przy niskich nakładach na badania i słabej innowacyjności.
Prof. Maciej Żylicz: – Zawsze przestrzegam przed takim inżynierskim, skrajnie pragmatycznym podejściem do nauki, które oczekuje szybkich i bezpośrednich efektów w gospodarce. Nauka to jest inwestowanie w przyszłość, czasami bardzo odległą. Oczywiście, jeśli społeczeństwo nie chce przeznaczać na ten cel więcej, niż przeznacza, czyli 10 razy mniej na mieszkańca niż unijna średnia...

W Polsce ok. 20 euro na głowę, we Francji 260...
...to ma do tego prawo. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że z takimi nakładami nigdy nie będziemy krajem tworzącym własne, oryginalne technologie. Musimy natomiast pilnować, by nie stracić zdolności do „czuwania technologicznego”. Innymi słowy, potrzebujemy nauki choćby po to, żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie, jakie technologie są rozwijane, by umieć je wybierać i kupować. Należy też pamiętać, że bez wysokiego poziomu nauki nie można mówić o wysokim poziomie kształcenia. Wykładowcy wyższych uczelni zdobywają kompetencje w laboratoriach i prowadząc badania, a nie tylko z książek. Musimy także dbać o to, by najzdolniejsi nie wyemigrowali za granicę. W końcu – musimy pamiętać o kulturotwórczej roli nauki, która tworzy wzory racjonalnego i krytycznego myślenia, będącego podstawą funkcjonowania nowoczesnych społeczeństw.

Wydaje się, że dotychczasowy system nauki dość dobrze te zadania spełniał, biorąc pod uwagę niskie finansowanie. Po co więc podejmować reformy, które wywołały tyle niezdrowych emocji, a bez znaczącego wzrostu nakładów nie zmienią i tak sytuacji?
Reformy są potrzebne, by nawet te niewielkie pieniądze lepiej wydawać. Walczę o to od wielu lat, od kiedy jeszcze byłem w Komitecie Badań Naukowych. Obecna reforma uszczelnia system, choć prace nad ustawami znacznie osłabiły jej pierwotne, bardziej radykalne założenia. Na szczęście nastąpiły jednak zasadnicze zmiany systemowe, reforma wyraźnie rozdziela badania poznawcze, które będzie finansować Narodowe Centrum Nauki, od badań aplikacyjnych, za które odpowiada Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Taka zmiana zwiększa konkurencyjność i jednocześnie ogranicza pole do działania hochsztaplerom, którzy pod pozorem wielkiej praktycznej wagi swoich projektów zdobywali poparcie polityczne, by pozyskać pieniądze z budżetu.

Gdzie ostrze reform zostało stępione najbardziej?
Obecnie 64 proc. budżetu nauki idzie na tzw. działalność statutową jednostek badawczych. Zgodnie z pierwotnymi założeniami reformy, budżet miał jedynie gwarantować ich utrzymanie w sensie technicznym, natomiast reszta pieniędzy na badania i płace miała być zdobywana w drodze konkursów z niezależnych agencji, Narodowego Centrum Nauki i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Niestety, nie udało się, bo wtedy dyrektorzy instytutów i dziekani straciliby realną władzę. W tej chwili, dysponując pieniędzmi na działalność statutową, zawsze mogą wspomóc kolegów, którym nie udało się zdobyć grantu w konkursie. Tę ofiarność łatwo zamienić na kapitał polityczny w trakcie wyborów do władz wydziału. W rezultacie w systemie, który z założenia miał zwiększać konkurencyjność, pozostawiono jednak bufor umożliwiający zachowanie status quo.

Krytycy podawali inne argumenty: że likwidacja dotacji na działalność statutową zmniejszy szanse młodych naukowców, że stracą na tym wieloletnie projekty badawcze, mające z definicji mniejsze szanse w konkursach.
To nieprawda. Po pierwsze, nie chodziło o likwidację dotacji statutowej, lecz o wyraźne przesunięcie akcentów, tak żeby przynajmniej połowa pieniędzy na naukę była dzielona w konkursach. Poza tym Narodowe Centrum Nauki z zasady musi 20 proc. pieniędzy na granty przeznaczać na konkursy adresowane do młodych badaczy. Nie mylmy faktów z grą o interesy.

Reforma wzbudziła jednak niezadowolenie nie tylko naukowego establishmentu. Powstał ruch obywatelski pracowników naukowych instytutów Polskiej Akademii Nauk, protestujących przeciwko skandalicznie niskim pensjom i brakowi jakiejkolwiek systemowej ochrony przed pauperyzacją.
Nie zgadzam się z tym. To dobrze, że w systemie płacowym instytutów PAN nie ma pensji minimalnej, bo w zmianach systemowych chodzi o to, żeby w końcu zacząć dobrze płacić dobrym naukowcom. W tej chwili w najlepszych nawet instytutach gros dorobku badawczego jest wynikiem pracy co najwyżej jednej trzeciej zespołu. Nie ma powodu, żeby utrzymywać na siłę obijających się i jednocześnie głodzić pracujących. Na razie wszyscy zarabiamy bardzo mało, co wielu skłania do poszukiwania pracy na kilku etatach. Nie lepiej pracować dobrze za dobre pieniądze na jednym?

Nowy system stwarza szanse na zmiany?
Owszem, jeśli zaczniemy wybierać dobrych szefów. Żeby zaś tak było, musi również pojawić się świadomość, że jednostka badawcza, np. instytut PAN lub uniwersytet, może zbankrutować, jeśli będzie źle zarządzana.

Prezydent podpisał niedawno ustawy reformujące szkoły wyższe.
Rozpoczynają one długotrwały proces koniecznych zmian. Najważniejsze problemy naszego szkolnictwa wyższego to zarządzanie uczelniami publicznymi i finansowanie edukacji. Obecnie uniwersytety są federacjami wydziałów, a rektorzy są często praktycznie ubezwłasnowolnieni. Nowe prawo wprowadza opcjonalnie możliwość wyboru rektora przez Konwent, czyli coś w rodzaju rady nadzorczej. Nie wierzę, by w najbliższym czasie którakolwiek z uczelni publicznych dobrowolnie skorzystała z tej opcji, ważne jednak, że się ona pojawiła.

Sprawa druga to finansowanie dydaktyki. System, w którym 60 proc. studentów musi płacić za naukę, jest niesprawiedliwy. Na dodatek istniejący sposób finansowania nie sprzyja podnoszeniu jakości kształcenia. Inna sprawa, że z podobnymi problemami zmaga się cała Europa.

Realizacja postulowanych przez pana rzeczywistych zmian systemowych wymaga dziesiątków lat...
Zdaję sobie z tego sprawę i cieszę się, że zostały one rozpoczęte. Bardziej niepokoi mnie, że nawet dość proste i oczywiste rozwiązania natrafiają na opór środowiska. Myślę np. o obowiązkowej rotacji kadry naukowej. Dlaczego nie możemy – jak Niemcy – wprowadzić obowiązku zmiany instytutu lub uczelni po zakończonym doktoracie? Nowe prawo porusza ten problem delikatnie, zachęcając do mobilności kadry naukowej, nie wprowadza jednak przymusu.

Przeciwko przymusowi podaje się wiele argumentów. Jeden z wybitnych polskich historyków przypomniał, że to relacje mistrz–nauczyciel były podstawą największych szkół naukowych. Z kolei młodzi naukowcy podkreślają, że mobilność jest fikcją przy obecnym poziomie pensji, który uniemożliwia wynajęcie mieszkania i życie poza rodzinnym miastem.
Cóż, jako biolog wiem, że różnorodność jest z reguły lepsza od chowu wsobnego, i dlatego właśnie mobilność kadry jest regułą w świecie nauki poza Polską. Argumentu drugiego nie można pominąć, lecz jest on łatwiejszy do pokonania niż bariery mentalne. W Warszawie istnieją od wielu lat tuż obok siebie dwa instytuty zajmujące się badaniami biologicznymi. Nie pamiętam, żeby wymieniały się kadrą, choć to nie wymaga przecież nawet zmiany sposobu dojazdu do pracy.

Czy tę mentalność zmienią bardziej zdecydowane przepisy ustawowe?
Nie łudźmy się, najlepsze nawet przepisy mogą zostać zneutralizowane przez ludzi. Zmiana polskiej nauki i szkolnictwa wyższego zależeć będzie w równym stopniu od zmian systemowych, co od standardów narzuconych przez środowisko akademickie. A tu, niestety, jest, jak jest. Mówiąc wprost, ciągle panuje duch PRL. Prawdziwe zmiany nastąpią dopiero wówczas, gdy akademickie struktury przejmą ludzie młodzi – dlatego moją idée fixe jest wspomaganie procesów tworzenia się masy krytycznej najlepszych młodych naukowców.

W programie Start, prowadzonym od wielu lat przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej, na tysiąc zgłoszeń wybieramy ok. 150 stypendystów. Zrobiliśmy niedawno badania ich karier i okazało się, że „startowiec” zostaje profesorem przeciętnie 10 lat wcześniej, niż wynosi polska akademicka średnia. W ciągu 20 lat istnienia FNP różnego rodzaju wsparcie, nie tylko stypendia Start, uzyskało przeszło 6 tys. osób. Uruchamiamy teraz program Skills z myślą, żeby nasi podopieczni nie tylko osiągali sukcesy w nauce, lecz także poznali się nawzajem i zaczęli ze sobą współpracować. Tylko w ten sposób można rozbić skostniały polski system akademicki. Działania odgórne dadzą niewiele.

A jeśli ci najlepsi, zamiast walczyć z systemem, uciekną za granicę?
Z naszych analiz wynika, że około 70 proc. objętych naszym badaniem Polaków pracujących naukowo za granicą deklaruje chęć powrotu do kraju. Powstrzymują ich przed tym nie niskie pensje, lecz słaba motywacja do pracy naukowej panująca w polskich ośrodkach badawczych. Mimo że nie można już narzekać na warunki i wyposażenie laboratoriów, a nawet na pieniądze, pracujemy z mniejszym zaangażowaniem niż koledzy w dobrych placówkach zagranicznych. Na tę atmosferę nakłada się system negatywnej selekcji – słabi profesorowie dobierają sobie słabych współpracowników i jest to powszechnie akceptowane. W efekcie zdarzają się przypadki, że profesorami tytularnymi zostają osoby, które nie powinny być nawet doktorami.

A co z umiędzynarodowieniem polskiej nauki? Poza pańskim Międzynarodowym Instytutem Biologii Molekularnej i Komórkowej niewiele się w Polsce w ostatnich dekadach wydarzyło. A mogłoby to służyć promowaniu innych standardów.
Od lat 90., kiedy zacząłem działać w Komitecie Badań Naukowych, zawsze napotykałem polityczny opór przed tworzeniem takich instytucji. Zawsze bardziej opłacało się dać pieniądze jednostkom już istniejącym, niż tworzyć nowe, przewracające system. Podobny opór towarzyszy zatrudnianiu zagranicznych uczonych w Polsce. Nowe prawo, na szczęście, zmienia reguły gry, choć znowu na efekty trzeba będzie długo czekać.

Próbuje być pan optymistą...
Jestem optymistą. Zmiany systemowe w nauce i szkolnictwie wyższym mogłyby pójść dalej, ale nawet te zneutralizowane wersje ustaw wymuszają zmianę myślenia. A prawdziwych zmian dokona nowe pokolenie.

 

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną