Nauka

Wyjaśniamy, dlaczego tak trudno ugasić pożary w Australii

Przerażające są obrazy poparzonych lub spalonych koali czy kangurów w Australii. Przerażające są obrazy poparzonych lub spalonych koali czy kangurów w Australii. Saeed Khan / EAST NEWS
Od tygodni wstrząsające wiadomości na temat pożarów w Australii są newsami we wszystkich stacjach i w internecie. Zwłaszcza gdy palą się i giną zwierzęta. Przerażające są obrazy poparzonych lub spalonych koali czy kangurów. Jak to wszystko się skończy?

Ludzie dobrze znający Australię, np. australijscy globtroterzy, którzy przemierzali samochodami ten kontynent wzdłuż i wszerz wiele razy, mają jedną dość ważną radę dla nowych chętnych na taką przygodę. Jeśli jedziesz terenowcem przez busz albo po stepach Australii Południowej lub Wschodniej latem, nie możesz się zatrzymać w dowolnym miejscu, czyli gdzie ci się żywnie podoba. Jeśli zatrzymasz samochód na terenie trawiastym lub krzaczastym – zginiesz. Spalisz się. Dlaczego?

Bo rozgrzana rura wydechowa natychmiast wywoła zapłon wysuszonej na wiór ściółki i pożar ogarnie w kilka sekund wielometrowy obszar wokół samochodu. Pożar będzie natychmiastowy i tak gwałtowny, że kompletnie stracisz orientację. Nie będziesz wiedzieć, w którą stronę uciekać, by się ratować. W najlepszym wypadku stracisz samochód. Jeśli musisz zatrzymać auto, możesz to zrobić tylko w łożysku wyschniętej rzeki, gdzie nie ma traw, ściółki i krzewów, albo na terenie, gdzie istnieją duże obszary pustej lub kamienistej ziemi. Patrz dokładnie, gdzie stajesz!

Bogata Australia nie radzi sobie z kryzysem

Sorry za ten groźny wstęp, ale w tym kraju po prostu tak jest. Trzeba o tym pamiętać. Najważniejsze pytania o obecne straszne pożary w Australii dotyczą tak naprawdę dwóch kwestii. Pierwsza to pytanie: dlaczego pożary w Australii są tak trudne do opanowania, że nawet wielki, cywilizowany, bogaty i dobrze rozwinięty – także technicznie – kraj nie jest w stanie dać sobie z nimi rady?

Druga kwestia i drugie pytanie jest jeszcze ważniejsze: dlaczego Australia coraz częściej płonie? Pożary są tam bardzo częste. Sami Australijczycy już zdołali się do nich przyzwyczaić. Bywały zresztą nawet groźniejsze od obecnych, np. w stanie Wiktoria w 1939 r., gdy spłonęło 2 mln ha buszu i łąk i zginęło prawie 80 osób. Stracono kilka tysięcy domów. Pożar również poprzedziły bardzo wysokie temperatury – ok. 45 st. C – i silne wiatry. Ostatnio jednak niemal rok w rok australijskim latem – czyli naszą zimą – słyszymy, że gdzieś w Australii się pali i to mocno.

Czytaj także: Fakty, nie fejki. Co o pożarach w Australii wiemy na pewno

Dlaczego tak trudno ugasić pożary w Australii

Zacznijmy od pierwszej kwestii: dlaczego te pożary są tak trudne do opanowania. Otóż dlatego, że latem w południowej i południowo-wschodniej Australii zwykle trwa długa susza. Tegoroczna trwa już od wielu miesięcy. Deszcz nie pada, a temperatura rośnie w wielu miejscach do ponad 40 st. C. To wywołuje kompletne wysuszenie podłoża, czyli ściółki i krzewów, więc zapłon jest bardzo łatwy – wystarczy przypadkowa iskra, rozgrzana rura wydechowa lub piorun – i pożar powstaje natychmiast i natychmiast się rozprzestrzenia.

Przy czym nie obejmuje on wyłącznie podłoża, lecz pod wpływem konwekcji, a więc unoszenia rozgrzanego powietrza, może przedostać się wysoko, nawet na kilkadziesiąt metrów w górę, na sąsiednie obszary. Przecinki czy wycinki drzew i krzewów buszu niewiele dają, bo pożar, a dokładnie bardzo wysoka temperatura idąca od dołu płonącego już obszaru, wznosi się i idzie górą wraz z iskrami i fragmentami płonących części i drobin. A potem na obszarze wolnym od ognia, więc zimniejszym – opada w dół jak bomba paliwowa.

Cały ten proces nasila rzecz jasna wiatr, który powstaje na skutek różnicy temperatur. Na obszarach wolnych od pożaru ciśnienie i temperatura są inne niż na tych już pożarami objętych. Gdy takie dwa obszary zetkną się, różnica robi się jeszcze większa i wtedy powstają silne podmuchy wiatru, które mogą w kilka lub kilkanaście sekund przenieść płonienie na duże odległości. Podobnie płonie las np. w Polsce, tyle że nie ma u nas aż tak dużych i długotrwałych temperatur nawet latem, tak dużych obszarów suchych i takiego braku wilgotności.

Czytaj także: Polska wysycha. Czy jesteśmy skazani na pustynnienie?

Pożary tworzą własną pogodę

Dodatkowo w tej części Australii, która teraz płonie, istnieją bardzo duże połacie drzew eukaliptusowych mających w sobie wiele olejków eterycznych. Te są miłe i pożądane w gumie do żucia lub kosmetykach, ale doskonale się palą, więc eukaliptus może się zająć nawet nie w zetknięciu z ogniem – do jego zapłonu może dojść już wtedy, gdy ogień jest blisko. I to staje się problemem, zwłaszcza że w Australii jest wiele lasów składających się głównie z eukaliptusów.

No i jeszcze pyrocumulonimbusy. Pożary w Australii potrafią być tak duże, że generują własną pogodę. Dym z pożarów może unieść się wysoko nad powierzchnię, nawet do 20 km. Tam powstaje potężna chmura – pyrocumulonimbus – która ochładza się i może nawet dać deszcz. Jednak granica między chmurą a terenem wolnym od pożaru jest bardzo wąska i ostra, więc na styku tym dochodzi do częstych wyładowań, a błyskawice zapalają sąsiednie, wolne jeszcze od ognia tereny.

Czytaj także: Zmiany klimatyczne wymykają się spod kontroli

No i odległości. W Australii, gdy ktoś z bliskich mieszka w miejscu oddalonym o 1000 km, mówi się, że mieszka niedaleko. Odległości między terenami, na których istnieje jakaś infrastruktura, często bywają tak wielkie, że sam dojazd do pożaru zajmuje mnóstwo godzin. Jest wiele terenów, na których lotnisk jest mało lub nie ma ich w ogóle, w związku z tym samoloty z gasiwem często muszą pokonywać wielkie dystanse.

To wszystko sprawia, że pożary w Australii są bardzo trudne do ugaszenia i bywa, że po prostu nie daje się ich w pełni opanować. Gaszą je całkiem dopiero silne deszcze, które przychodzą po okresie letnim.

Gorętsze lata w Australii, mroźne zimy w USA

Wreszcie najważniejsza rzecz. Dlaczego w Australii pożary są tak częste i wydaje się, że w przyszłości może ich być tylko więcej, a nie mniej? Odpowiada za to globalna zmiana cyrkulacji atmosferycznej wywołana ociepleniem klimatu. Wysokie temperatury i susze w Australii nie są oczywiście jedynym efektem tych zmian. Istnieją inne, które przejawiają się odwrotnie, jak choćby fale wielkich mrozów na półkuli północnej.

Z taką falą mieliśmy do czynienia w zeszłym roku w Ameryce Północnej, gdy temperatura w Chicago potrafiła spaść do minus czterdziestu kilku stopni. Ale gigantyczne upały w Australii i lodowe powietrze w USA są objawami tego samego zjawiska atmosferycznego, które przynosi nagłe zaburzenia pogodowe, w tym ekstremalne wartości temperatury. Oba są efektem właśnie zaburzeń w cyrkulacji.

Normalnie cyrkulacja atmosferyczna Ziemi jest strefowa, a więc przebiega mniej więcej tak, jak układają się linie podziału stref klimatycznych – w przybliżeniu zgodnie z liniami równoleżników. Wynika to z obrotu Ziemi i kilku praw rządzących fizyką atmosfery. Wtedy pogoda zachowuje się spokojnie, nie ma nagłych i ekstremalnych zmian. Jednak ocieplenie wywołuje zaburzenia w atmosferycznej cyrkulacji i dochodzi do lokalnych nagłych cyrkulacji południkowych. Właśnie te bywają katastrofalne. Dlatego bardzo zimne masy polarnego wiru arktycznego mogą nagle zejść aż do Chicago, podobnie gorące powietrze równikowe, na skutek konwergencji pasatów, nie płynie sobie dalej spokojnie nad równikiem, lecz wnika południkowo, niosąc bardzo wysokie temperatury. Na przykład do Australii.

Zmiany klimatyczne Ziemi wpływają przede wszystkim na cyrkulację atmosfery. To jej zaburzenia pieką teraz Australię i mogą zamrozić Amerykę.

Czytaj także: Amazonia na granicy przetrwania. Kiedyś będzie przypominać step

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Leociak: Kościół jako instytucję należy odrzucić

To już nie są czasy zdobywania nowego świata i nawracania siłą wszystkich „dzikusów”, czy tego chcą, czy nie – mówi prof. Jacek Leociak z Instytutu Badań Literackich PAN, autor „Młynów Bożych” i wydanego właśnie „Wiecznego strapienia. O kłamstwie, historii i Kościele”.

Katarzyna Czarnecka
30.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną