Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Nauka

Powiatowe restrykcje. Bardzo dziwna wojna PiS z wirusem

Funkcjonariusze sprawdzają, czy Polacy noszą maseczki w środkach komunikacji miejskiej. Funkcjonariusze sprawdzają, czy Polacy noszą maseczki w środkach komunikacji miejskiej. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
Ekipa ministra Szumowskiego dziwnie przywraca restrykcje. W społeczeństwo idzie przekaz: „tak naprawdę jest dobrze, a wszystko, co ogłaszamy, potraktujcie jako pic”.

Ogłoszone właśnie przez ekipę ministra Szumowskiego antyepidemiczne restrykcje budzą zakłopotanie. Intencje są bowiem czytelne: pokazać wszem wobec, że się działa, ale zrobić to tak, by nie wkurzyć własnego elektoratu. Nie bacząc na następstwa.

Plamki Covid na zielonej mapie Polski

Oczywiście należy się zgodzić z dr. Grzesiowskim, który w wypowiedzi dla TOK FM pochwalił fakt, że rząd w końcu zdecydował się na działanie: „Komunikat można odczytać jako wyraźny sygnał ze strony resortu zdrowia, że sytuacja się pogarsza i wymaga interwencji. To kilkunastotygodniowe milczenie i tylko odczytywanie liczby nowych przypadków dawało przekaz, że wszystko jest pod kontrolą”. Fakt. Jakakolwiek aktywność jest w takich przypadkach lepsza od bezczynności. Ale podjęta przez rząd akcja może niepokoić.

Po pierwsze: terytorialna skala ograniczeń – 19 powiatów. Warto spojrzeć na mapkę z tweeta wiceministra Cieszyńskiego z 6 sierpnia:

Widać malutkie plamki na mapie kraju, bo powiat jest małym obszarem. Czy to znaczy, że na zielonym morzu zdrowej tkanki (w sensie covidowym, oczywiście) mamy problem tylko z malutkimi wysepkami-wybroczynkami? I co? I zakładamy, że ludzie nie migrują? Nie pracują w innych powiatach niż te, w których mieszkają? Nie wyjeżdżają na wakacje?

Czytaj też: Nie ma drugiej fali pandemii. Co więc jest?

Wirusowe strefy czerwone, żółte i zielone

Po drugie: zakres ograniczeń. Wesela w strefie czerwonej – do 50 osób, w strefie żółtej – do 100 osób, w innych miejscach – do 150 osób. Skąd wzięły się te różnice? Czy ekipa Szumowskiego uważa, że na wesela zapraszani są tylko najbliżsi sąsiedzi, a dalej mieszkającą rodzinę i przyjaciół po prostu się pomija? Mam w związku z tym pytanie, czy osoby ze stref żółtych i czerwonych będą mogły podróżować na wesela do stref zielonych? I jak to będzie egzekwowane? A w ogóle to byłbym decydentom z Ministerstwa Zdrowia wdzięczny za opublikowanie, na jakich danych opierali się, ustalając takie właśnie limity uczestników?

Czytaj też: Wesele z covidem

Jak będzie egzekwowane noszenie maseczek w strefach czerwonych, skoro nie da się go wyegzekwować w strefach zielonych? Prosty przykład: sklepy. Dopóki za obsługiwanie klientów nienoszących maseczek karany będzie personel, a nie ich właściciele, to nic się nie zmieni.

Dlaczego w strefach czerwonych nie można chodzić na siłownię, ale można na publiczny basen? Przecież orientacyjne zagrożenie jest w obydwu przypadkach porównywalne. Co z nabożeństwami i innymi uroczystościami kościelnymi? Stanowią zagrożenie porównywalne do związanego z wizytą na siłowni. Co z pielgrzymkami?

Trochę histeria. Covid-19 według PiS

Uderzające, że rząd wprowadził wprawdzie dziwne restrykcje, ale nie zrobił nic w dwóch podstawowych i dotyczących Covid-19 kwestiach, w których zachowuje zdumiewającą bierność od samego początku epidemii.

Pierwsza to brak jednoznacznego egzekwowania ograniczeń związanych z Covid-19. Główne wymierzone sankcje dotyczyły wrogów Jedynie Słusznego Porządku politycznego. W innych przypadkach nie karano zbyt surowo zachowań niewątpliwie ryzykownych z epidemicznego punktu widzenia. Co więcej, gdy takich zachowań dopuszczali się tzw. nasi (w ocenie obozu władzy, oczywiście), to odpowiednie instytucje państwa wykazywały bezmierną pobłażliwość. W ten sposób w społeczeństwo poszedł przekaz: „Spokojnie, z tą epidemią to trochę histeria”.

Tu płynnie przechodzimy do drugiego zaniechania: edukacji społecznej. Przesłanie od polityków, kapłanów różnego szczebla i wreszcie teleszmatławca brzmiało zgodnie. Powtarzano mantrę o chorobach współistniejących. W związku z tym wspawano w zbiorową świadomość tezę, że na Covid-19 umierają tylko stare zgredy, które i tak by umarły. Mało kto uświadamia sobie więc, że zgodnie z tym przekazem to jego ukochani bliscy – rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie – są właśnie takimi „zgredami do umarcia”, a przecież tak chciałoby się mieć ich przy sobie. Nie twierdzę, że wszyscy tak myślą, ale nie jest to rzadkość.

Czytaj też: Gostynin. Największe na Mazowszu ognisko wirusa

Bezobjawowi i młodzi, czyli co z edukacją

Co więcej, nie rozpowszechnia się wiedzy, że co najmniej w co czwartym przypadku zakażenia SARS-CoV-2 jego źródłem jest osoba absolutnie bezobjawowa, u której testy mogą okazać się dodatnie dopiero potem. Można zatem pójść z kumplami na piwo, a wkrótce wyściskać serdecznie mamę z okazji jej urodzin. Niestety, można tym samym sprawić, że to spotkanie będzie ostatnie. Ujmując rzecz brutalniej: można stać się, w pewnym sensie, osobą współwinną śmierci swoich najbliższych.

Na tym nie koniec – istnieją zgodne dane, że młodzi ludzie mogą być podatni na późne powikłania zakażenia SARS-CoV-2, prowadzące do inwalidztwa lub śmierci. Czy wszyscy? Raczej nie, ale nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić czynników ryzyka. Warto mieć w świadomości, że nawet nie będąc „zgredem do umarcia”, można zostać zmuszonym (zmuszoną) do rezygnacji ze swojego dotychczasowego trybu życia, bo uszkodzony organizm na to nie pozwoli. Wiedza o tym wszystkim, co napisałem powyżej, powinna być rozpowszechniana możliwie jak najintensywniej. Niestety, ekipa ministra Szumowskiego była łaskawa zapomnieć, że edukacja medyczna społeczeństwa to jedna z podstawowych powinności medyków. Pamięć lekarzy na takich stanowiskach staje się niepokojąco ulotna.

Pozorowana walka PiS z wirusem

Patrząc na dziwnie przywracane restrykcje, nie sposób oprzeć się refleksji, czy nie chodzi przypadkiem o to, żeby przekazać Suwerenowi: „tak naprawdę jest dobrze, a wszystko, co ogłaszamy, potraktujcie jako pic”? Tak aby w efekcie zmęczony epidemią elektorat nie poczuł się dodatkowo stłamszony, ale żeby jednak pokazać, że coś się robi. Takie działania pozorne w obliczu autentycznych zagrożeń rzadko kończą się dobrze. Tym razem też nie muszą.

Czytaj też: Wirus kontratakuje. PiS jest w pułapce na własne życzenie

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną