Nauka

XXI w. będzie wiekiem wody. Co to oznacza?

XXI w. będzie wiekiem wody XXI w. będzie wiekiem wody Fares Hamouche / Unsplash
Czy świat czeka wojna o wodę? Czy zabraknie jej w Polsce? Jak rozwiązywać problemy z gospodarką wodną, lokalnie i globalnie? O tym wszystkim – i nie tylko – w rozmowie z hydrologiem prof. Włodzimierzem Marszelewskim.

Ziemia to niebieska planeta, bo większość jej powierzchni pokrywają morza i oceany. Daje to złudne wyobrażenie nieprzebranych zapasów zdatnej do użytku wody. Nic bardziej mylnego. Głównie wykorzystujemy bowiem zasoby wody słodkiej, która stanowi jedynie ok. 2,5 proc. całych zasobów wodnych świata. Co ważne – większość z niej zamknięta jest w postaci lodowców i pól lodowych bądź znajduje się pod ziemią.

Czytaj także: Jak wysycha świat

Światowe zapotrzebowanie na wodę rośnie i nic nie wskazuje na to, by w najbliższych dekadach trend ten miał ulec zmianie. Według szacunków do 2050 r. wielkość ludzkiej populacji przekroczy 9 mld, zwiększy się konsumpcja, urbanizacja i migracja ludności do miast. Wszystko to nie napawa optymizmem, zwłaszcza wobec nieuchronnych zmian klimatycznych. Musimy więc o wodzie myśleć, rozmawiać i działać. O tym wszystkim w rozmowie z prof. Włodzimierzem Marszelewskim, kierownikiem Katedry Hydrologii i Gospodarki Wodnej Uniwersytetu M. Kopernika w Toruniu oraz prezesem Polskiego Towarzystwa Limnologicznego w latach 2012–2020. Towarzystwo jest jednym ze 110 sygnatariuszy międzynarodowego oświadczenia dotyczącego pilnej potrzeby przeciwdziałania degradacji środowiska wodnego na skutek zmian klimatu.

PIOTR RZYMSKI: W swoich wykładach zadaje Pan pytanie, czy XXI w. będzie wiekiem wody. Będzie?

PROF. WŁODZIMIERZ MARSZELEWSKI: Niestety, wszystko na to wskazuje. Spójrzmy choćby na liczbę konfliktów o wodę. O ile w całym XX w. zanotowano ich na świecie niespełna 180, to już w obecnym wieku blisko 680! Szczegółowe i publiczne dane na ten temat podaje Pacific Institute.

Jakiego rodzaju są to konflikty?

Warto zaznaczyć, że ich przyczyny w ostatnich latach się zmieniają. O ile w poprzednim wieku były one często związane z okresami wojennymi i stanowiły element utrudnienia życia przeciwnikowi, o tyle obecnie wzrasta liczba konfliktów spowodowanych – najogólniej – brakiem wody. Na tym tle dochodzi coraz częściej do zamieszek i walk. Nie można też pominąć zdarzeń związanych z terroryzmem czy atakami hakerów, np. na zapory i zbiorniki zaporowe.

Czytaj także: Czy Ukrainie grozi kolejna wojna z Rosją? Teraz o wodę

W jakich regionach świata jest to obecnie największym problem?

Niewątpliwie w regionach suchych i deficytowych w wodę. Mam tu na myśli regiony położone na Bliskim Wschodzie, w południowej części Azji oraz w różnych częściach Afryki. W walce o wodę zginęły już setki ludzi. Odcięcie dopływów do nawadniania gruntów spowodowało w 2010 r. walki między dwoma plemionami w Pakistanie i śmierć 116 osób. W 2019 r. doszło do konfliktu z powodu blokady kanału przez mieszkańców wiosek kirgiskich i braku dopływu wody do wioski położonej już w Kazachstanie. To tylko przykłady. Liczne spory polityczne o zasoby wodne, graniczące z potencjalnymi konfliktami zbrojnymi, prowadziły na przełomie XX i XXI w. kraje w dorzeczu Nilu. Na szczęście w ostatnich latach antagonizm zaczęto przekuwać we współpracę – to zdecydowanie zmniejszyło ryzyko wojen o wodę w tamtym regionie. Trudno przewidzieć, co będzie w przyszłości w sytuacji dalszego zmniejszania się zasobów wodnych.

Wojna?

Jeśli skutki ocieplenia klimatu będą nasilać się zgodnie z pesymistycznymi scenariuszami – niestety tak, zwłaszcza w skali regionalnej. Przyczyną konfliktów mogą być także migracje tysięcy ludzi spowodowane brakiem dostępu do wody.

Prof. Szymon Malinowski w filmie „Można panikować” mówi, że obecne pokolenie jest ostatnim, które żyje w dostatku. Płonie Amazonia, tempo deforestacji lasów tropikalnych nigdy nie było takie duże, wysychają jeziora, stan ekologiczny rzek nie jest zadowalający, rolnicy zauważają skutki suszy, liczą straty ekonomiczne, a modele prognozujące zmiany klimatu mogą wywołać stan depresyjny. Czy według Pana jako ludzkość poradzimy sobie z czekającymi nas w najbliższej przyszłości wyzwaniami?

Słusznie Pan zauważył, że w szybkim tempie przybywają nam kolejne wyzwania, które – najogólniej – związane są ze zmianami klimatycznymi oraz zanieczyszczeniem środowiska. Likwidacja ich skutków wymaga coraz większej wiedzy i coraz większych nakładów finansowych. Dotychczas kraje średnio i wysoko rozwinięte wytrzymują napór pojawiających się wyzwań, chociaż do końcowych sukcesów jest jeszcze daleko. Zdecydowanie gorzej wygląda to w krajach o niskim poziomie rozwoju gospodarczego. Trudno powiedzieć, jak długo będzie nas jeszcze stać finansowo na walkę ze skutkami negatywnych zmian w środowisku, czy i z czego będziemy zmuszeni rezygnować, aby sprostać wyzwaniom, być może nowym, w kolejnych dziesięcioleciach. A kosztownych wyzwań ciągle przybywa także w innych obszarach naszego życia – przykładem choćby aktualna pandemia. Jest takie powiedzenie: „dobrym szczęście sprzyja”. Musimy więc starać się wykazać niezwykły profesjonalizm we wszystkich naszych działaniach związanych ze środowiskiem. Wówczas być może będzie nam sprzyjać szczęście i nie sprawdzą się najbardziej pesymistyczne modele prognozujące katastrofalne zmiany klimatu.

Czytaj także: Jak żyć w czasach suszy

Spójrzmy jednak na własne podwórko. Ludziom w Polsce może wydawać się, że woda jest, nikt o nią bić się nie musi, problemu nie ma…

Rzeczywiście, na ogół wody w kranach nam nie brakuje. Wspomnijmy jednak sytuację w Skierniewicach sprzed dwóch lat. Nastąpiły wtedy uciążliwe dla mieszkańców ograniczenia, spowodowane m.in. zwiększonym zużyciem wody w sadownictwie i ogrodnictwie. Mamy też coraz więcej tego typu przykładów, może mniej spektakularnych, z obszarów wiejskich. W niektórych gminach, m.in. na Kujawach, zabrakło wody w wodociągach wskutek zwiększonego jej poboru z rolniczych ujęć wód podziemnych do nawadniania upraw. Gminy zmuszone zostały do pogłębienia własnych studni i czerpania wody z głębszych warstw wodonośnych.

Coraz częstszy wygląd dolnej Wisły podczas niskich poziomów wody.Włodzimierz Marszelewski/•Coraz częstszy wygląd dolnej Wisły podczas niskich poziomów wody.

Mamy szereg problemów o zasięgu regionalnym i niemal ogólnokrajowym. Są one związane z suszami, które coraz częściej wszyscy odczuwamy. Susze przyczyniają się do zmniejszania zasobów wodnych, w tym m.in. wysychania cieków dotychczas uznawanych za stale płynące. W większych rzekach coraz częściej notowane są okresy z rekordowo niskimi stanami wody. Użytkownicy wód już wielokrotnie znajdowali się w trudnym położeniu ze względu na grożące im wstrzymanie poboru wody do celów gospodarczych. O takich sytuacjach informowano w przypadku m.in. elektrowni Kozienice, elektrowni w Połańcu czy elektrowni w Ostrołęce. Latem 2019 r. wstrzymano kursowanie promów rzecznych w rejonie środkowego odcinka Odry. Oznaczało to objazdy dla kierowców i wydłużało podróż o 30–40 km, szczególnie w ruchu lokalnym, a także utrudnienia dla rolników posiadających grunty rolne po obu stronach rzeki. Osobnym problemem są trudności w transporcie wodnym. Do historii przeszedł już transport turbiny gazowej oraz generatora z Gdańska do Stalowej Woli (646 km) rzeką Wisłą i na końcu Sanem. Czas transportu, obliczony na 15 dni, w rzeczywistości objął okres od 10 lipca 2013 r. do 12 maja 2014 r. i to tylko do ujścia Sanu do Wisły. Przeszkodą był brak odpowiednich głębokości tranzytowych i to pomimo użycia barek i pchaczy o najmniejszym możliwym zanurzeniu.

Globalnie najwięcej wody zużywa rolnictwo, ok. 70 proc. Czy czerpanie na jego cele wody z ujęć podziemnych to dobry pomysł?

To raczej poważny problem, który może przyczynić się do znacznego pogorszenia zaopatrzenia w wodę terenów wiejskich. Z jednej strony należy rozumieć potrzeby rolników w okresie coraz częstszych susz, tym bardziej że zachęcani są do budowy studni na polach dopłatami do tego rodzaju inwestycji. Z drugiej strony należy zastanowić się, czy eksploatacja wód podziemnych, zwykle dobrej jakości, to odpowiednie rozwiązanie dla rolnictwa.

Czytaj także: Rolnictwo i hodowla bydła rujnują naszą planetę. Alarmujący raport IPCC

To jakie inne wchodzą w grę?

Przede wszystkim ograniczenie szybkiego odpływu z systemów odwadniających oraz regulowanie ilości wody w rowach i drenach. Wykorzystywanie różnych możliwości retencjonowania wód opadowych, w tym nawet spływających po powierzchni terenu. Deszczowanie pól wodą pochodzącą przede wszystkim z cieków (w tym kanałów), jezior i zbiorników. Rolnicze zbiorniki wodne powinny być tak powszechne jak np. zbiorniki przeciwpożarowe. Potrzebna jest zmiana podejścia właścicieli przedsiębiorstw rolnych do gospodarowania rolniczymi zasobami wody uwzględniająca lokalne uwarunkowania środowiskowe. Są to zadania na wiele lat, wymagające wsparcia merytorycznego i finansowego, ale jednocześnie niezbędne. Wydaje się, że jest ostatni moment na podjęcie odpowiednich decyzji związanych z przebudową gospodarki wodnej w rolnictwie, zwłaszcza w środkowej części kraju.

Jednym z bardziej jaskrawych przykładów zaburzonych warunków wodnych w Polsce jest katastrofalne wysychanie jezior Pojezierza Gnieźnieńskiego. Powstała nawet ostatnio komisja przy Sejmie RP, by temu przeciwdziałać. Nikt wcześniej nie przewidział skutków oddziaływania kopalni odkrywkowej węgla? Nie można było wcześniej podjąć działań, które ograniczyłyby te szkody?

Problemy hydrologiczne tych jezior ujawniły się ponad 10 lat temu i już wówczas podjęto konkretne działania mające na celu przywrócenie im właściwego poziomu. Ówczesny Wielkopolski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Poznaniu wraz z Kopalnią Węgla Brunatnego Konin SA przy współudziale samorządów lokalnych zgromadziły nawet wystarczające środki finansowe na pokrycie kosztów związanych z doprowadzeniem dodatkowej wody do jezior. Już w 2010 r. burmistrz miasta i gminy Kleczew wydał odpowiednią decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach zgody na realizację przedsięwzięcia. Miało ono polegać na budowie rurociągu tłocznego w celu przerzutu wód kopalnianych do Jeziora Budzisławskiego i Jeziora Wilczyńskiego. Towarzyszyć temu miał stały monitoring przyrodniczy jezior w celu wychwycenia ewentualnych niekorzystnych zmian w ekosystemie, głównie w zbiorowiskach chronionych gatunków ramienic. I właśnie obecność tych ramienic stała się kością niezgody między zainteresowanymi ratowaniem jezior a częścią hydrobiologów z UAM.

Skutki obniżenia poziomu wody w Jeziorze Wilczyńskim (woj. wielkopolskie, 2015 r.) – widok z drona. Zasięg jeziora na początku obecnego wieku (kolor brunatny). Odsłonięte wapienne osady jeziora (kolor jasny). Zbiorowiska roślin, częściowo wynurzone z wody (plamy ciemnozielone).Archiwum Katedry Hydrologii i Gospodarki Wodnej UMK w Toruniu/•Skutki obniżenia poziomu wody w Jeziorze Wilczyńskim (woj. wielkopolskie, 2015 r.) – widok z drona. Zasięg jeziora na początku obecnego wieku (kolor brunatny). Odsłonięte wapienne osady jeziora (kolor jasny). Zbiorowiska roślin, częściowo wynurzone z wody (plamy ciemnozielone).

Powstał konflikt o to, co powinno się chronić?

Hydrobiolodzy w ekspertyzach starali się przekonać decydentów (i – niestety – przekonali), że dostarczanie wody charakteryzującej się nieco inną temperaturą i składem chemicznym w porównaniu do wody w jeziorach przyczyni się do zaniku chronionych ramienic. Nie pomogły nawet daleko idące zmiany wprowadzane do kolejnych wersji projektu. Proponowano m.in.: ograniczenie wprowadzania wody jedynie do Jeziora Wilczyńskiego, wybudowanie odstojników do przechwytywania nadmiaru zawiesiny w wodzie, a nawet redukcję fosforu i azotu w oczyszczalni kontenerowej, ograniczenie czasu zasilania jezior do okresu październik–kwiecień, podczas którego temperatura wody tłoczonej byłaby niemal identyczna jak w jeziorze. Nie pomogło nawet zobowiązanie ze strony Wielkopolskiego Zarządu Melioracji i Kopalni Konin SA do natychmiastowego zaprzestania doprowadzania wody do jezior w przypadku potwierdzenia niekorzystnego ich wpływu na ramienice…

Istny absurd… Chcąc chronić ramienice, doprowadzono do wyschnięcia jeziora, w którym żyją?

Na jednym z zebrań, kiedy wyczerpałem wszystkie argumenty naukowe, stwierdziłem, że zaniechanie tej inwestycji spowoduje za 10–20 lat utratę i ramienic, i jezior. I tak, niestety, właśnie się dzieje… Gdyby 10 lat temu rozpoczęło się doprowadzanie wody, sytuacja jeziora Wilczyńskiego, a także innych zbiorników połączonych z nim przepływem byłaby dziś zupełnie inna. Szkoda, że w sprawie zaniechania tej inwestycji w ogóle nie wypowiadają się osoby od lat nagłaśniające jedynie ujemne skutki złej sytuacji hydrologicznej tych jezior.

Czytaj także: Dlaczego nie pada? Susza meteorologiczna to dopiero początek

Przejdźmy na chwilę do polityki. Prezydent Duda i Michał Kurtyka, ówczesny minister klimatu, zapowiedzieli wprowadzenie programu „Moja woda” i inwestycję 100 mln zł w łagodzenie skutków suszy. Niektórzy kpili, że to program na oczka wodne. W rzeczywistości dopłatę 5 tys. będzie można przeznaczyć nie tylko na mały zbiornik wodny, ale też budowę podziemnego kolektora, przewody odprowadzające wody opadowe, instalację rozsączającą. To dobry pomysł?
Tak, co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, zwraca uwagę na problem i jego rangę. Po drugie, daje możliwość osobistego zaangażowania się części społeczeństwa w polepszenie gospodarowania zasobami wodnymi. Oczywiście kwota 100 mln zł to, w skali naszego kraju, kropla w morzu potrzeb, ale dobrze, że jest.

Wcześniej nie było takich programów?
Podobne inicjatywy powstały już wiele lat temu na szczeblach samorządowych. W niektórych miastach (najdłużej w Sopocie – od 2011 r., i Krakowie – od 2014 r.) prowadzone są programy zachęcające mieszkańców do zatrzymywania wody deszczowej i zwiększania retencji. W latach 2014–2019 w ramach „Krakowskiego programu małej retencji wód opadowych” przeznaczono na ten cel blisko 3 mln zł. Od 2019 r. liczba miast „łapiących deszcz” wzrasta lawinowo. To nie tak, że wcześniej nic w tym kierunku nie robiono.

Mamy też, powołane w 2018 r., Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Jego rolą ma być ochrona przed powodzią i suszą, dbanie o jakość zasobów wodnych Polski. Wywiązuje się z założeń?
Trudno jest aktualnie, po trzech latach działalności, ocenić jednoznacznie wywiązywanie się z zadań tak wielkiej instytucji, która zajmuje się praktycznie wszystkimi aspektami gospodarowania wodą i to na różnych szczeblach. Ogólnie wiadomo, że reorganizację powinno przeprowadzać się przede wszystkim w celu uproszczenia i przyspieszenia podejmowania decyzji oraz wprowadzenia różnego rodzaju ułatwień. W tym przypadku, przynajmniej na razie, tego rodzaju oczekiwanych efektów jest mało. Wydaje się, że dotychczas większość czasu poświęcono sprawom kadrowym i organizacyjnym, w tym także porządkowaniu dokumentacji przejętych ze zlikwidowanych jednostek. Prace te nie zawsze przebiegają sprawnie.

Czytaj także: Polska wysycha. Czy jesteśmy skazani na susze i pustynnienie?

Poda Pan jakiś przykład?
W 2019 r. moja doktorantka zwróciła się do jednego z Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej z prośbą o aktualizację danych dotyczących jezior podpiętrzonych. Danych jednak nie otrzymała z powodu braku dostępu do odpowiednich dokumentów, których dotąd nie zinwentaryzowano. Trzy lata wcześniej nie było z tym żadnego problemu, w zasadzie „od ręki” wydawały je ówczesne zarządy melioracji. Należy mieć nadzieję, że w innych przypadkach dostęp do dokumentacji przejętych z innych instytucji jest łatwiejszy. Przecież stanowią one niezbędną podstawę do przeprowadzania analiz i ocen.

Suche dno Jeziora Rakutowskiego podczas suszy w 2003 r.Włodzimierz Marszelewski/•Suche dno Jeziora Rakutowskiego podczas suszy w 2003 r.

Potrzebna jest nam sprawna polityka wodna państwa. Mamy taką?
Podkreślmy wpierw, że taka polityka to jeden z najistotniejszych kierunków rozwoju kraju. Jej ramy prawne określają dwa podstawowe dokumenty: Prawo wodne oraz unijna Ramowa Dyrektywa Wodna. W oparciu o nie przygotowano w ostatnich latach szereg innych, w których w sposób szczegółowy określono m.in. główne cele i niezbędne działania w zakresie gospodarowania wodą. Są to m.in. plany gospodarowania wodami dla poszczególnych dorzeczy, Krajowy Program Oczyszczania Ścieków Komunalnych, mapy zagrożenia powodziowego i mapy ryzyka powodziowego czy projekt polityki wodnej państwa do roku 2030. Wydaje się, że treści tych i innych dokumentów zawierają dobrze sformułowane kierunki polityki wodnej. Niestety, realizacja wytyczonych i w wielu przypadkach znanych od wielu lat niezbędnych kierunków działań wygląda znacznie gorzej.

Czytaj także: Hydrozagadka. Polskie miasta wysychają. Jak to zatrzymać?

Dlaczego?
Uważam, że jest to związane z dwoma przyczynami: zbyt niskimi nakładami finansowymi oraz z przeniesieniem istotnej części odpowiedzialności za ich realizację ze szczebla lokalnego na poziom ponadregionalny i centralny. Opinia moja jest rezultatem licznych rozmów i obserwacji w tzw. terenie, w którym często prowadzę badania. W coraz większym stopniu uwidacznia się brak efektów działań spółek wodnych, które w przeszłości odgrywały ważną rolę w kształtowaniu stosunków wodnych w skali lokalnej i regionalnej, a także wojewódzkich zarządów melioracji i gospodarki wodnej z ich oddziałami terenowymi. Wydaje się, że byłoby lepiej, aby za politykę wodną państwa, zwłaszcza w zakresie spraw dotyczących bezpośrednio mieszkańców gmin czy powiatów, odpowiadały samorządy regionalne, podobnie jak to jest w innych państwach, np. w Szwajcarii, której polityka wodna uznana jest powszechnie jako modelowa. Oczywiście nadzór nad działalnością regionów pozostałby w rękach instytucji państwowych, podobnie jak i decyzje w sprawach kluczowych dla gospodarki wodnej w skali ogólnokrajowej dotyczące m.in. dróg wodnych czy budowy zapór i dużych zbiorników wodnych.

Wspomniana przez Pana Unijna Ramowa Dyrektywa Wodna obliguje państwa członkowskie UE do osiągnięcia lub utrzymania dobrego stanu ekologicznego wód powierzchniowych do 2027 r. Obecnie niemal połowa cieków w Polsce może nie osiągnąć dobrego stanu z uwagi na przekształcenia hydromorfologiczne. Uda się nam osiągnąć ten cel?
Zdaniem większości specjalistów: nie. Wynika to z wielu względów, m.in. z poważnych opóźnień w gospodarce wodnej powstałych jeszcze przed 1990 r. i zbyt powolnej rewitalizacji wód w ostatnich 30 latach. Udało się nam jednak sporo zmienić, zwłaszcza w przypadku ograniczenia zanieczyszczenia wód ściekami. Pomimo tego niezbędne będą szczegółowe i przekonujące argumenty uzasadniające Komisji Europejskiej nieosiągnięcie dobrego stanu ekologicznego rzek czy innych rodzajów wód. Jest taka możliwość, m.in. w ramach dopuszczalnych odstępstw od osiągnięcia celów środowiskowych. Problem jest poważny i to nie tylko w Polsce, gdyż ponad połowa wód powierzchniowych w Unii Europejskiej znajduje się nadal w złym stanie.

Działania ochronne wobec zasobów wodnych powinny być realizowane przez rząd, ale wiele Polaków wolałoby czynnie działać we własnym zakresie, niż tylko czekać na decyzje administracyjne. Co zatem mogą robić?

Przede wszystkim nauczyć się oszczędzać wodę w każdy możliwy sposób, a także wszystkie inne dobra, zwłaszcza wymagające dużych ilości wody do ich wyprodukowania. W pierwszej kolejności mam na myśli żywność, której według różnych szacunków marnujemy średnio 200–250 kg na osobę w ciągu roku. Pamiętajmy, że wyprodukowanie bochenka chleba pochłania ok. 450 l wody, 1 kg mięsa od 4 tys. do ponad 10 tys. l wody w zależności od rodzaju, 1 kg warzyw ok. 300 l. Produkty te wymieniam celowo, gdyż najczęściej je marnujemy. Zachętą do oszczędzania może być aplikacja Virtual Water, która wskazuje poziom zużycia wody w przypadku produkcji różnych produktów spożywczych. Powinniśmy także szeroko propagować oszczędzanie wody wśród dzieci i młodzieży. Gdy chodziłem do szkoły były popularne Szkolne Kasy Oszczędności zachęcające do oszczędzania pieniędzy i rywalizacji między klasami. Może dobrze byłoby wprowadzić Szkolne Kasy Wodne z osiągnięciami uczniów w zakresie oszczędzania wody?

Czytaj także: Nie tylko węglowy. Jaki ślad wodny zostawiamy?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną