Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Nauka

Zatrzymamy wielkie wymieranie? Globalny plan w sprawie bioróżnorodności

Konferencja ONZ w Montrealu, na której podpisano porozumienie. Konferencja ONZ w Montrealu, na której podpisano porozumienie. Ryan Remiorz / Zuma Press / Forum
Jest nowy plan ratowania przyrody. Na konferencji w Montrealu prawie wszystkie państwa członkowskie ONZ przyjęły ramy różnorodności biologicznej. Czy tym razem uda się powstrzymać zagładę gatunków zwierząt i roślin?

To ma być wspólny sposób na zahamowanie niekorzystnego wpływu, jaki ludzkość wywiera na planetę, i przepis na życie 8 mld ludzi w harmonii z naturą. Przynajmniej gdzieś od połowy wieku i w stopniu, który nie doprowadzi do upadku ekosystemów, zagrażając funkcjonowaniu mechanizmu podtrzymywania życia, także naszego.

Czytaj też: Ćwierć miliona wróbli mniej w Europie. Co to oznacza?

Wnioski z wielkiego wymierania?

Zdaniem negocjatorów ONZ porozumienie jest przełomowe, komentarze prasy i ekspertów każą też tu widzieć rzecz historyczną. Najbardziej spektakularny z ponad dwudziestki celów porozumienia zakłada, że do końca dekady ochroną zostanie objęte 30 proc. powierzchni mórz i lądów, do tego przywrócony ma być stan ekologiczny kolejnych 30 proc. zdegradowanych lądów, obszarów wód słodkich, mórz i stref przybrzeżnych. Będzie reforma publicznych subsydiów, by o 500 mld dol. rocznie zmniejszyć finansowanie przedsięwzięć, które – jak np. kopalnie odkrywkowe czy przemysłowe rybołówstwo – przyczyniają się do niszczenia środowiska. Dziś tylko 17 proc. lądów i 8 proc. powierzchni oceanów jest poza zasięgiem przemysłu, rolnictwa i rybołówstwa. Z kolei dotacje szkodliwe dla środowiska pompują w światową gospodarkę co roku 1800 mld dol.

Punktem wyjścia do zawarcia układu są wnioski wynikające z trwającego obecnie wielkiego wymierania. Rośliny, zwierzęta i inne formy życia nie dają sobie rady w starciu z rolnictwem, przemysłem, przełowieniem, polowaniami, górnictwem, pozyskiwaniem drewna, zmianą klimatu, zanieczyszczeniami i podczas spotkań z gatunkami inwazyjnymi. Wszystko to rezultat naszej działalności.

Niekontrolowane plądrowanie natury sprawia, że wyginięciem zagrożony jest milion gatunków, także tych, które są nam bezpośrednio potrzebne, np. do zapylania roślin uprawnych albo – robią to rafy koralowe – do obrony wybrzeża morskiego przed zalaniem podczas huraganów. Giną też gatunki, których nauka nie zdążyła jeszcze zidentyfikować. Populacja wielu dzikich zwierząt zmniejszyła się przez ostatnie półwiecze o 70 proc., zniszczyliśmy połowę raf, wyrżnęliśmy połowę lasów deszczowych, zaoraliśmy stepy i prerie, a np. w Polsce osuszyliśmy 90 proc. torfowisk i terenów podmokłych. Końca zjazdu po tej pochyłej równi wcale nie widać.

Czytaj też: Raport ONZ. Wkroczyliśmy na drogę ekologicznej zagłady

Nie ma kija, są marcheweczki

Ramy nie przewidują żadnego kija – tym jest perspektywa katastrofy biosfery – są za to marcheweczki, i to one mają zachęcać strony, by przyłożyły się do realizacji planu. Nie ma także sposobu egzekucji zobowiązań, tu jakieś nadzieje w pierwszej kolejności wiązane są z biznesem, zwłaszcza ten wielki powinien ujawniać skalę swojego przyrodniczego piętna. Porozumienie z Montrealu nie ma też jednego chwytliwego hasła, jak to paryskie dotyczące ochrony klimatu. Tam jest jedna główna wartość 1,5 st. C, tu nie ma podobnych wskaźników, nie przewidziano, ilu przedstawicieli jakich konkretnie gatunków ma przybyć do jakiegoś precyzyjnie wyznaczonego terminu.

Pozostaje plątanina celów i zabiegów do nich zmierzających, trochę zgodnie z zasadą, że mechanizm ochrony przyrody musi odzwierciedlać złożoność przedmiotu ochrony. Jest więc o interesach rdzennych mieszkańców, by objęcie ochroną ich terytoriów nie stało się pretekstem do wysiedleń. Jest o pestycydach i trosce, by obszary niechronione nie były zagospodarowywane w rabunkowym stylu.

Całość zatem sprowadza się do dobrej woli i instynktu samozachowawczego. Stronami konwencji o ochronie różnorodności biologicznej są wszystkie państwa członkowskie ONZ z wyjątkiem Watykanu. Z boku pracom w Montrealu przyglądały się Stany Zjednoczone, bo w ich przypadku ratyfikację podpisanej konwencji swego czasu zablokowali Republikanie, przeciwni zawieraniu podobnych umów. Ale rząd Joe Bidena też dopisuje się do celu ochrony 30 proc. obszarów do 2030 r.

Pytanie, co zrobią państwa, które są wielkimi skarbcami różnorodności, jak choćby Demokratyczna Republika Konga, zmagająca się z długą listą problemów, które wybitnie nie sprzyjają ochronie środowiska. Zresztą kongijski negocjator do ostatniej chwili domagał się nowego funduszu, odrębnego od istniejących instrumentów, i próbował zerwać porozumienie.

Czytaj też: Niedługo wyginą wszystkie zwierzęta. To „zasługa” ludzi

Ostre targi o pieniądze

Wcześniej przedstawiciele m.in. Brazylii, Indii oraz Indonezji, też kluczowych ze względu na ich ekosystemy, ostro targowali się podczas rozmów o pieniądzach. Państwa na dorobku domagały się funduszy, które pomogą im chronić przyrodę. Mowa o niebagatelnych kwotach, co roku globalnie brakuje ok. 700 mld dol. na odpowiednią ochronę i zabiegi dostosowawcze. Teraz obiecano 20–30 mld rocznie do 2030 dla krajów mniej zamożnych, czyli trzy razy więcej, niż przewidują istniejące programy. Do tego do końca dekady co roku mobilizowane ma być 200 mld publicznych i prywatnych pieniędzy na wsparcie realizacji ram. Ale nadal nie składa się to do brakujących 700 mld.

Sama konwencja ma 30 lat i jej przyjęcie nie zapobiegło wymieraniu, największemu w erze istnienia ludzkości. Także umowa z Montrealu to nie pierwsze porozumienie tego typu, ma poprzednika sprzed ponad dekady, przez ten czas nie udało się zrealizować żadnego z 20 deklarowanych wtedy celów. Tamta klęska traktowana jest dziś jak gorzka lekcja. Dlatego montrealskie ramy konstruowano tak, by były mierzalne, łatwiejsze w opisie, raportowaniu i realizacji. Oby.

Czytaj też: Ludzkość wycięła już 50 proc. lasów naturalnych Ziemi

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Marek Kondrat dla „Polityki”: Już nie noszę ojczyźnianego plecaka

Rozmowa z Markiem Kondratem o potrzebie ucieczki z klatki ocen, roli czystego zachwytu w życiu i biznesie i o tym, dlaczego nie chodzi już do teatru.

Martyna Bunda
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną