Moja nauka murem podzielona
Nauka pozorowana czy prawdziwa? Gorąca debata o reformie ministerstwa i nowych zasadach ewaluacji
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapowiedziało nowe zasady ewaluacji naukowej. I rozpętała się burza. Awantura na temat nowej listy czasopism i wydawnictw wygląda z zewnątrz jak typowa akademicka dyskusja o detalach. A jednak nią nie jest. To spór o definicję tego, czym w ogóle jest nauka w Polsce – i komu wolno tę definicję ustalać.
Ministerstwo proponuje system, w którym polskojęzyczne czasopisma i krajowe wydawnictwa mają otrzymać punktację porównywalną z czołowymi periodykami i oficynami międzynarodowymi. Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie: doceńmy to, co nasze. Jednak za tym hasłem kryją się dwa zupełnie różne postulaty, celowo lub przez niedbalstwo ze sobą zmieszane. Pierwszy jest uzasadniony. Drugi – destrukcyjny.
Zacznijmy od tego, co jest prawdą. Część dyscyplin humanistycznych z natury rzeczy funkcjonuje przede wszystkim w obiegu krajowym i nie ma w tym niczego złego. Historyk badający lokalne archiwa sejmikowe z XVII w., prawnik analizujący orzecznictwo polskich sądów administracyjnych, filolog pracujący nad recepcją Brunona Schulza – piszą po polsku, bo ich odbiorcy i źródła są polskie. Badania tego rodzaju mają swój naturalny obieg i ten obieg jest lokalny. To oczywistość, którą uznają nawet najbardziej zagorzali zwolennicy umiędzynarodowienia.
Czytaj też: Miesięcznik popularnonaukowy „Wiedza i Życie” ma już 100 lat!
Dobry obieg krajowy
Tyle że z tej słusznej obserwacji wyciąga się wniosek absurdalnie szeroki: skoro niektóre badania humanistyczne sensownie funkcjonują lokalnie, to cały system powinien premiować publikowanie w kraju.