Rynek

Śmierć człowieka ekonomicznego

Esej: Ekonomia po kryzysie

BEW
Homo economicus odchodzi na zawsze do historii. Najwyższy czas pożegnać się z tym produktem wielosetletniej hodowli europejskich i amerykańskich laboratoriów intelektualnych.
Pragnienie konsumpcji - czy przestanie napędzać świat?mark sebastian/Flickr CC by SA Pragnienie konsumpcji - czy przestanie napędzać świat?

Skończyła się jakaś epoka. I nie ma do niej powrotu. Kto liczy, że stare czasy wrócą, ten się rozczaruje” – zwierza się George Soros Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie opublikowanym właśnie w książce „Zawał. Zrozumieć kryzys” (Biblioteka POLITYKI, Warszawa, październik 2009). Sędziwy finansista i wytrawny spekulant wie, co mówi. Bo choć wszyscy z uwagą przyglądają się gospodarczym kardiografom, reagując z ulgą na każde oznaki przebudzenia pogrążonego w zapaści pacjenta, powodów do radości nie ma. To prawda, że szybciej, niż przewidywano, stanęły na nogach Chiny i gospodarki Dalekiego Wschodu. To prawda, że kończy się recesja gospodarek krajów rozwiniętych. Podobnie jednak jak po trzęsieniu ziemi najgorsze, w postaci wstrząsów wtórnych i fali tsunami, może dopiero nadejść.

Soros mówi: „Widać dobrze, że amerykańscy konsumenci nie będą już takim motorem światowej gospodarki, jakim byli przez ostatnie ćwierć wieku. Przyszedł czas oszczędzania”. Skutki tej roztropności będą opłakane: przez wiele jeszcze lat światowa gospodarka, nawet jak już wyjdzie z recesji, nie wróci do poziomu produkcji z lat 2007–2008. Miliony pustych kontenerów pójdą na złom, nie mogąc doczekać się na załadunek. Tysiące statków bezczynnie utkną w portach w oczekiwaniu na fracht. Zmniejszone obroty gospodarcze to z jednej strony większe bezrobocie, z drugiej zaś zmniejszone przychody z podatków. Tymczasem państwa potrzebują pieniędzy, bo zadłużyły się do niespotykanych poziomów, by ratować swoje gospodarki. Dług trzeba zacząć spłacać, bezrobotnym pomóc, za wszystko zapłacić.

Wszystko musi się zmienić

Sprawdzoną historycznie metodą spłaty publicznych długów jest inflacja, powodująca, że choć nominalnie zadłużenie nie zmienia się, maleje jego realna wartość. Inflacja jednak ma swoją cenę, którą najczęściej płaci się pieniądzem politycznym. Szybki spadek wartości pieniądza otwiera bowiem drogę do społecznego niezadowolenia, wzrostu nastrojów populistycznych i oczekiwań, by chronić narodowe gospodarki i lokalne miejsca pracy. Protekcjonizm nie jest jednak lekarstwem, lecz trucizną prowadzącą do groźnej, przewlekłej choroby – stagflacji – bo przy słabnącej gospodarczej kooperacji międzynarodowej inflacja szaleje, gospodarka jest sparaliżowana strachem, a przez to nadal rośnie bezrobocie.

Taki scenariusz może obowiązywać nawet przez wiele lat. Co gorsza, odpowiedzią nie jest scenariusz alternatywny, czyli powrotu do poziomu rozwoju gospodarczego sprzed dwóch lat. Nawet bowiem obecne niewielkie ożywienie przypomina, że już za dwa–trzy lata przyjdzie zmierzyć się z kryzysem energetycznym, żywnościowym, nie mówiąc o nasilającym się kryzysie ekologiczno-klimatycznym. Skończyła się więc jakaś epoka, trzeba przyznać rację Sorosowi, choć niezwykle trudno rację tę przyswoić. Łatwiej realizować scenariusze business as usual, udając, że nic w istocie się nie zmieniło. Warto w takim momencie odkurzyć „Lamparta” Giuseppe Tomassiego di Lampedusy, by przypomnieć nieśmiertelny aforyzm: „wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało tak samo”. Wszystko, czyli co?

Odpowiedzi szukają w tomie „Zawał” rozmówcy Jacka Żakowskiego, w większości znakomici ekonomiści, wielu z nich uhonorowanych najwyższymi, noblowskimi laurami. Padają konkretne propozycje: Robert A. Mundell, ojciec waluty euro, proponuje wprowadzenie pieniądza globalnego, Justin Yifu Lin, główny ekonomista Banku Światowego, przekonuje do wprowadzenia tzw. podatku Tobina, czyli otaksowania spekulacji finansowych, i rozważa konieczność zastosowania podatków ekologicznych. Mędrcy, odpytywani przez Żakowskiego, sprawiają wrażenie, że wiedzą, co trzeba czynić, by popchnąć świat we właściwym kierunku. Po drodze trzeba jednak poradzić sobie z pewnym problemem o wdzięcznej nazwie Homo economicus, czyli człowiek ekonomiczny. Nie będzie to wcale łatwe. Latem 1989 r., gdy komunizm (realny socjalizm) chylił się już ku upadkowi, Francis Fukuyama, mało wówczas znany filozof pracujący w departamencie stanu USA, napisał głośny esej „Czy koniec historii?”, opublikowany w magazynie „The National Interest”. Podczas pierwszych lektur chyba nikt nie zwrócił uwagi na zawartą w tekście refleksję ekonomiczną.

Fukuyama pisał, że „przechył materialistyczny” nie był wcale wyłączną cechą systemu komunistycznego, lecz uległa mu także znaczna część prawicy. Filozof nazywa ją „szkołą determinizmu materialistycznego spod znaku »Wall Street Journal«”. Nauki tej szkoły głoszą, że osoba ludzka jest z istoty „jednostką racjonalną, maksymalizującą swoje korzyści”. Taki właśnie, zredukowany do komponenty racjonalnej i ekonomicznej, model natury ludzkiej wypełnił podręczniki ekonomii, stając się podstawą dla rozważań o optymalnej organizacji spraw społecznych, gospodarczych i politycznych.

WSJ kontra pierekowka

Determinizm materialistyczny spod znaku WSJ jest zwierciadlanym odbiciem determinizmu materialistycznego spod znaku Marksa. Marks jako radykalny humanista wierzył, że ludzką naturę można kształtować. Wraz z biegiem dziejów, na mocy obiektywnych procesów, ulegnie ona przekształceniu i, gdy historia dobiegnie końca, egoistyczny Homo economicus przekształci się w istotę w pełni społeczną, czyli prawdziwego komunistę. Kontynuatorzy Marksa uznali, że można przyspieszyć zarówno historię, wszczynając rewolucję, jak i przekształcenie ludzkiej natury, stosując pierekowkę. Kolejne próby, podejmowane w Związku Sowieckim, Chinach, Korei Północnej i Kambodży, nie przynosiły jednak oczekiwanych skutków i skończyły się fiaskiem. Wyznawcy szkoły spod znaku WSJ nie potrzebowali lepszego dowodu, że to oni mają rację. Ich zdaniem, po upadku komunizmu historia się skończyła, bo jasno widać, że natura ludzka jest niezmienna, odbija się w niej racjonalna rzeczywistość, a doskonałym wyrazem tej racjonalności jest wolny rynek i system polityczny oparty na ideałach liberalnej demokracji. Tertium non datur.

Ufundowany na powyższym przekonaniu ład społeczno-gospodarczy, zwany neoliberalizmem, nie był – jak twierdzą niektórzy z rozmówców w „Zawale” – jedynie reakcją na wyczerpanie się projektów lewicowych, zarówno tych totalitarnych jak komunizm czy demokratycznych, realizowanych pod szyldem państwa dobrobytu. Zdaniem Christiana Lavala, francuskiego historyka idei, korzeni neoliberalizmu należy doszukiwać się znacznie dalej w przeszłości. Poszukiwania prowadzą go m.in. do renesansowych miast włoskich. Ich kupcy, patrząc na perspektywy handlu w bardzo obiecującym Śródziemnomorzu, szybko utożsamili łacińskie pojęcie ratio, oznaczające rozum, z włoskim ragione – rachować, liczyć. Rozumne, a więc dobre jest to, co daje się policzyć.

Włosi, odkrywając tożsamość racjonalności z policzalnością, stworzyli podwaliny nowoczesnego kapitalizmu, wynajdując m.in. kluczową dla niego instytucję kredytu. Potrzeby handlu stymulowały rozwój technik obliczeniowych, bez których trudno sobie wyobrazić nadchodzącą rewolucję naukową. „Księga natury pisana jest językiem matematyki” – stwierdził Galileusz, wykorzystując w swej naukowej pracy umiejętności rachunkowe rozwinięte przez włoskich kupców. Szybko rozwijająca się nauka, zwłaszcza fizyka, rychło zwróciła dług społeczeństwu, dostarczając metafor niezbędnych do ustawienia spraw ekonomicznych i politycznych. Akcja i reakcja, równowaga, siła – to pojęcia rodem z dzieł Galileusza i Newtona. Czy bez mechanicznych metafor można sobie wyobrazić konstrukcję pokoju westfalskiego z 1648 r., który pojęcie „równowagi sił” wprowadził na setki lat do języka polityki międzypaństwowej? Czy konstytucja USA z mechanizmami checks and balances możliwa byłaby bez dynamiki Newtona? Czy Hobbes napisałby „Lewiatana”, gdyby nie głęboka znajomość filozofii przyrody i intelektualne pojedynki z Robertem Boylem?

Pochwała konsumpcji

Włoscy kupcy nie po to jednak rozwijali rachunek, by kłaść podwaliny pod przyszłą naukę i przyszły ład polityczny. Bardziej interesowało ich znalezienie argumentów pokazujących, że indywidualne bogacenie się, wbrew dotychczasowej doktrynie religijnej, nie jest niczym złym. Przeciwnie, zaspokajanie egoistycznych żądz zbytku i luksusu (pragnień konsumpcyjnych, zgodnie z dzisiejszym językiem) nie tylko sprawia indywidualną przyjemność, lecz – jak podpowiada ragione – służy całej społeczności. Ideologia egoistycznej konsumpcji jako lokomotywy społeczno-gospodarczego rozwoju nabrała najpełniejszego bodaj wyrazu w „Bajce o pszczołach” Bernarda Mandeville’a, opublikowanej na początku XVIII w., na długo zanim pojawiły się pierwsze poważne traktaty z dziedziny ekonomii politycznej autorstwa Thomasa Malthusa i Adama Smitha. Mandeville w autokomentarzach do swej bajki pisał: „Wielka sztuka uszczęśliwiania narodu i doprowadzania go do rozkwitu polega na tym, żeby każdemu człowiekowi dać możność znalezienia zatrudnienia. Ażeby to osiągnąć, trzeba, by pierwszym staraniem rządu było popieranie tylu różnorodnych przemysłów, sztuk i rzemiosł, ile tylko umysł ludzki wymyślić zdoła”. By jednak zapewnić zatrudnienie jak największej liczbie ludzi, potrzebna jest grzeszna konsumpcja, a nie cnotliwe oszczędzanie. Mandeville – jak streszcza jego dzieło angielski komentator Leslie Stephen – „Stawiając ascetyczne założenie, że skłonności ludzkie są zasadniczo złe i dlatego prowadzą do grzechu, oraz zakładając, zgodnie z powszechnym przekonaniem, że bogactwo stanowi »społeczną korzyść«, wykazał łatwo, że wszelka cywilizacja wiązała się z rozwojem grzesznych skłonności...”.

Cytaty dotyczące Mandeville’a pochodzą z najważniejszej książki ekonomicznej XX w. „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza” autorstwa Johna Maynarda Keynesa. Brytyjski ekonomista przypomina w ten sposób, że jego teorie, dające m.in. podstawy pod nowoczesny interwencjonizm państwowy w sprawy gospodarki, nie są w istocie niczym nowym i wynikają z dawno już odkrytej wiedzy o istocie kapitalizmu i gospodarki, których kołem zamachowym jest – czy to się komu podoba, czy nie – konsumpcja. Z tego punktu widzenia epoka neoliberalna, epoka nakręconej do maksimum konsumpcji była epoką Mandeville’a i Keynesa, a także była apogeum rządów Homo economicus.

Pogrzeb trupa...

Przygoda Homo economicus dobiega jednak końca, a jego śmierć ujawnia wiele problemów. Widać bowiem wyraźnie, że wbrew moralizatorskiemu ględzeniu o konieczności oszczędzania jest to najgorsza możliwa recepta na wyjście z kryzysu. Receptą nie jest jednak także powrót do rozpasanej konsumpcji. Receptą jest jak najszybsze zakopanie truchła Homo economicus. Dziś już wiadomo, że natura ludzka jest o wiele bardziej złożona i nie sposób jej zredukować do kilku składowych. Nie jest prawdą, że w ludzkich motywacjach dominują w sposób naturalny namiętności i żądze bądź też egoistyczne (i racjonalistyczne) wyrachowanie.

Na początku XX stulecia antropolodzy badający społeczności pierwotne odkryli, że choć prowadziły one wymianę handlową, to o wiele większe znaczenie miały dla nich rytuały wymiany pozaekonomicznej. Ekonomia daru, obwarowana złożoną symboliką i skomplikowanymi regułami, rządzi się zupełnie inną logiką niż wymiana handlowa. To jednak właśnie ekonomia daru decyduje o społecznej spójności. Jak to się ma do społeczeństw nowoczesnych, przerobionych przez kapitalizm?

Znaczenie antropologicznych odkryć sprzed wieku nie straciło na wartości. Po pierwsze, neguje uniwersalny model Homo economicus, pokazuje, że jest on tworem historycznym, produktem pewnej cywilizacji, niezrozumiałym poza jej granicami – doskonale ilustruje ten fakt rozmowa z Chińczykiem Justinem Yifu Linem z tomu „Zawał”. Skoro zaś tak, to możliwy jest powrót do pełnej natury człowieka jako podstawy pokryzysowego modelu społeczno-ekonomicznego. Jednym ze współczesnych dzieł, które utrwaliło wiarę w Homo economicus, stała się praca „Tragedy of the Commons”, opublikowana w 1967 r. przez Garretta Hardina w magazynie „Science”. Amerykański uczony dowodził w swej pracy, że nie sposób efektywnie zarządzać dobrem wspólnym, bo ludzie w swym naturalnym egoizmie zawsze dążą do zagrabiania jak największej części dobra wspólnego, doprowadzając w końcu do jego zagłady. Najlepszym tego przykładem, zdaniem Hardina, są gminne pastwiska, gdzie każdy ze wsi ma interes, by wepchnąć jak najwięcej krów, co w rezultacie prowadzi do nadmiernej eksploatacji. Metafora gminnego pastwiska znajduje zastosowanie, według uczonego, w zdecydowanej większości przypadków zarządzania dobrami publicznymi. Jest jednak rozwiązanie, na miarę Homo economicus, polegające na uznaniu egoistycznych skłonności – zamiast z nimi walczyć, należy dobro wspólne sprywatyzować. Prywatni właściciele w egoistycznym interesie dopilnują, by ich własności nie czekała zagłada...

Praca Hardina stała się jednym z intelektualnych fundamentów neoliberalnej prywatyzacyjnej rewolucji. Wywołała także sprzeciw w gronie badaczy społecznych niegodzących się z tak tragiczną wizją ludzkiej natury. Wśród nich znalazła się Elinor Ostrom, która swą naukową karierę poświęciła na zbieranie dowodów, że nie mniej silną ludzką namiętnością jak egoizm jest pragnienie współpracy i bezinteresownej wymiany. Dowody te Ostrom znajduje wśród tradycyjnych wspólnot żyjących w bezpośrednim styku z naturą. I znajduje je także, badając supernowoczesną awangardę współczesnych społeczeństw, które zdolne są nie tylko do hiperkonsumpcji, lecz także do złożonych, bezinteresownych form współpracy, prowadzących do takich efektów jak Wikipedia czy oprogramowanie Linux.

...I nowy projekt

Jeszcze kilkanaście lat temu apostołom neoliberalizmu wydawało się, że współczesne działania wspólnotowe, wspomniany choćby Linux, to wyraz komunistycznych ciągot. Dziś, m.in. dzięki Ostrom, widać doskonale, że bezinteresowna współpraca (czego tysięcznych dowodów dostarczają społeczności internetowe) nie jest wbrew naturze. To natura Homo economicus okazała się zbyt prymitywna i dlatego nie przetrwał on próby historii. Czas na nowy projekt, mówią o tym nie tylko rozmówcy Jacka Żakowskiego. Joseph Stiglitz i Amartya Sen, ekonomiczni nobliści, zaangażowali się na zaproszenie prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego w prace nad poszukiwaniem nowego sposobu mierzenia rozwoju społeczno-ekonomicznego. Wskaźnik PKB trzeba jak najszybciej porzucić, bo nie nadaje się zupełnie do oceniania dzisiejszej rzeczywistości. Nie uwzględnia całej systematycznie rosnącej produkcji społecznej i jednocześnie jako efekt pozytywny odzwierciedla działania szkodliwe, jak wycinkę lasów, dewastację środowiska czy absurdalną konsumpcję – byle ktoś wystawił fakturę. Sarkozy, Stiglitz i Sen nie są osamotnieni. Podobny wysiłek podjęła grupa ekonomistów pod egidą OECD, klubu skupiającego najbardziej rozwinięte państwa świata.

To niezbędny początek, kolejnych pomysłów także nie brakuje. Ważne, że przestają być traktowane jak dziwactwa próbujące kwestionować „naturalny” stan rzeczy. Elinor Ostrom, po latach funkcjonowania poza obrębem „poważnej” ekonomii, została w tym roku wyróżniona ekonomiczną Nagrodą Nobla. To dobry znak na pokryzysową przyszłość.

 

Polityka 45.2009 (2730) z dnia 07.11.2009; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Śmierć człowieka ekonomicznego"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Drapacze chmur, które zmienią oblicze Nowego Jorku

W 2020 r. na Manhattanie zostaną oddane do użytku dwa rekordowo wysokie wieżowce. Już dominują nad panoramą miasta. A stoją przy tej samej ulicy.

Aleksander Świeszewski
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną