Rynek ubezpieczeń mieszkań i domów

Dziurawy parasol
Polacy do ubezpieczania mieszkań i domów przekonują się powoli. Zainteresowanie rośnie w trakcie kataklizmów, a potem opada. Nie bez winy są ubezpieczyciele. Lubią prowadzić wojny cenowe, a przy okazji klientów wyprowadzać w pole.
Kacper Kowalski/Forum

Ubezpieczenia od szkód spowodowanych żywiołami
Polityka

Ubezpieczenia od szkód spowodowanych żywiołami

Nie może być kary dla tego, co się ubezpieczył, ale nie może zostać bez pomocy ten, kto nie jest ubezpieczony. Pomoc jest niezbędna dla tych, którzy np. stracili dom, ale ten, kto był ubezpieczony, ma ten bonus, ma te swoje dodatkowe pieniądze”. W ten sposób, po raz kolejny, premier Donald Tusk potwierdził swoistą definicję ubezpieczenia w Polsce. Nie jest to gwarancja na wypadek klęski żywiołowej, ale coś dodatkowego: przecież państwo z budżetu pomoże każdemu.

Trudno się zatem dziwić, że ubezpieczenie domu czy mieszkania nie jest w Polsce rozumiane jako rzecz niezbędna. Popularność tego typu polis co prawda rośnie, ale stosunkowo wolno – niewiele szybciej niż ogólna liczba nieruchomości. – Liczba polis zwiększa się rocznie o 5–10 proc. Wyjątkowo w niektórych latach ten wzrost wynosi kilkanaście procent. Wbrew obiegowym opiniom kataklizmy niewiele pod tym względem zmieniają. Po powodzi z 1997 r. wcale nie było wielkiego zainteresowania – mówi Marcin Tarczyński, analityk Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU), zrzeszającej działające na naszym rynku towarzystwa.

Brakuje statystyk, dzięki którym można by stwierdzić, jaki odsetek domów i mieszkań jest w Polsce rzeczywiście ubezpieczonych. PIU, opierając się na danych z Komisji Nadzoru Finansowego, ocenia, że to zaledwie jedna trzecia. – Według naszych szacunków ten wskaźnik wynosi ok. 50 proc. i powoli rośnie. Ale wciąż bardzo daleko nam do krajów Europy Zachodniej, gdzie polisę może mieć nawet 80 proc. i więcej nieruchomości – mówi Przemysław Makaro, dyrektor Biura Rozwoju Ubezpieczeń Majątkowych i Osobowych Warty. Polisy są popularniejsze w dużych miastach. Ludność miejska z reguły jest zamożniejsza, chętniej wydaje i ma większą świadomość zagrożeń. Co ważniejsze, mieszkania kupione na kredyt muszą zazwyczaj być ubezpieczone w czasie jego spłacania. Tego wymaga bank, który pożyczył pieniądze.

Popyt na polisy

Najczęstszy argument przeciw kupowaniu polis to wyobrażenie, że kosztują one dużo. Branża od dawna próbuje z nim walczyć. – Rzeczywistość jest taka, że przeciętna składka za roczną polisę ubezpieczającą od skutków żywiołów to ok. 260 zł w skali kraju. Oczywiście jest ona uzależniona od wartości domu czy mieszkania, a także od ryzyka wystąpienia zdarzenia na danym terytorium – mówi Marcin Tarczyński.

Eksperci twierdzą, że najczęściej zapłacimy ok. 1 promila (czyli jednej tysięcznej) od kwoty, na jaką jest wyceniona nieruchomość. Z drugiej strony czasy spowolnienia gospodarczego (jeśli posłuchamy polityków i uznamy, że w Polsce kryzysu nie ma) nigdy nie są łaskawe dla ubezpieczeń. – Polisy to zazwyczaj pierwsze wydatki, z których rezygnujemy, gdy musimy zacząć oszczędzać – ocenia Krystyna Krawczyk, dyrektor Wydziału Edukacji i Informacji w Biurze Rzecznika Ubezpieczonych.

Ci, którzy próbują przechytrzyć ubezpieczycieli, chcą często kupić polisę dopiero, gdy spodziewają się strat. Tak właśnie było i tym razem. Gdy na południu kraju trwała już powódź, rozdzwoniły się telefony u agentów. Jednak towarzystwa w takich przypadkach albo wstrzymują na pewien czas sprzedaż nowych polis, albo informują, że zaczną one działać z opóźnieniem, a nie od razu po zawarciu umowy. Przykładowo Compensa zastrzega, że nowa polisa uprawnia do odszkodowań za powódź dopiero 45 dni po jej opłaceniu. Problemów nie powinni mieć natomiast ci, którzy w okresie powodzi przedłużają wcześniej zawarte ubezpieczenie, jeśli jego termin właśnie upływa.

Nie tylko nieznajomość cen zniechęca Polaków do ubezpieczenia swojego majątku. Wiele osób nie rozróżnia dwóch kluczowych pojęć, które mają olbrzymi wpływ na wysokość ewentualnego odszkodowania – wartości odtworzeniowej i rzeczywistej nieruchomości. – To częsty powód skarg do nas przede wszystkim ze strony rolników, którzy zgodnie z prawem mają obowiązek ubezpieczenia swoich gospodarstw. Po zgłoszeniu szkody są oni niemile zaskoczeni wysokością odszkodowania i skarżą się, że za tak małe pieniądze nie są w stanie naprawić zniszczeń – mówi Krystyna Krawczyk z Biura Rzecznika Ubezpieczonych.

Ten sam problem może zresztą dotknąć każdego. Jeśli mamy bowiem nowy dom albo mieszkanie, ubezpieczyciel tak konstruuje polisę, aby pokrywała ona koszty jego odtworzenia do stanu obecnego (wartość odtworzeniowa). Natomiast w przypadku starych budynków określa nie to, ile były one warte kiedyś, ale na ile wyceniane są teraz (wartość rzeczywista). W przypadku poważniejszych zniszczeń nie otrzymamy tyle pieniędzy, żeby wystarczyło na ich gruntowny remont. Jeżeli poprosimy o podniesienie wartości rzeczywistej, wówczas składka bardzo wzrośnie. Niestety, większość wykupujących polisy nie zdaje sobie sprawy z tej różnicy, co tylko potęguje ich niechęć do ubezpieczania się w przyszłości.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną