Polski rynek lotniczy: przeceniony, porzucony

Tanie linie odlatują
Zaczęły się cięcia połączeń lotniczych. Kolejne tanie linie uciekają z Polski, bo przeceniły naszą podróżniczą pasję. Te, które zostały, myślą o podwyżkach cen biletów. Czy autobusy naprawdę wrócą do łask?
Herbert Kratky/PantherMedia

Pustki na Okęciu we wrześniowe weekendy to na razie tylko efekt remontu krzyżówki pasów startowych. Ale gdy wszystkie prace się skończą, w nowym terminalu wciąż zbyt ciasno nie będzie. Podobnie zresztą jak w wielu innych polskich portach. Ryanair planuje likwidację na jesieni około 20 połączeń z Polski i do Polski. Na wielu trasach zmniejszy częstotliwość lotów. A przecież ciągle kupuje nowe samoloty, otwiera kolejne bazy i przewozi z roku na rok więcej pasażerów.

Co gorsza, irlandzki gigant nie jest odosobniony w planach ostrych cięć. Druga najważniejsza w Polsce tania linia też mniej entuzjastycznie, niż jeszcze kilka miesięcy temu, wypowiada się na temat naszego rynku. Węgierski Wizz Air zimą z pompą ogłaszał powiększenie operującej w Polsce floty o trzy maszyny, a teraz już bez specjalnego rozgłosu ogranicza liczbę i częstotliwość połączeń. Najpierw zrobił tak w Katowicach. Od września, żeby realizować rozkład lotów z Warszawy, będzie potrzebował już nie czterech, tylko trzech Airbusów. Część nowych połączeń węgierska linia zlikwidowała po zaledwie kilku tygodniach od inauguracji. Na porządku dziennym są też redukcje częstotliwości i wykreślanie z rozkładu lotów dwa lub trzy tygodnie przed ich terminem. Ale to i tak mniej drastyczne kroki niż te, na które zdecydował się Norwegian. A niedawno miał przecież ambicję podbicia polskiego rynku.

Ta linia przez kilka lat utrzymywała na warszawskim Okęciu bazę liczącą w czasach świetności trzy samoloty. Od roku był tylko jeden, a od końca sierpnia nie ma już żadnego. Norwegian zlikwidował wszystkie połączenia do południowej Europy i pozostawił tylko rejsy z Polski do miast norweskich. Powód? Władze linii doszły do wniosku, że samolot łatwiej na siebie zarobi, jeśli zostanie umieszczony w bazie w Kopenhadze czy Oslo, zamiast w Warszawie. A Norwegian to spółka giełdowa, przynosząca zresztą cały czas zyski. Zapewne wie, co robi. Bez wielkiego rozgłosu z Warszawy i Krakowa znikną niedługo również Germanwings, które od kilku lat łączyły te miasta z Kolonią i Stuttgartem. Podobno spółka-córka Lufthansy ma wrócić na wiosnę, choć to nic pewnego. Dlaczego polski rynek, uważany niedawno za atrakcyjny, nagle zaczyna pustoszeć?

Twarde lądowanie

Tanie linie interesują u nas przede wszystkim dwa rodzaje pasażerów. Pierwsi to ci, którzy lecą do pracy. Właśnie emigracji zarobkowej zawdzięczamy otwarcie wielu połączeń, szczególnie z mniejszych portów Unii Europejskiej. I choć wciąż sporo osób pracuje w Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Skandynawii, liczba pasażerów na trasach do tych krajów stopniowo maleje. Niektórzy wrócili do Polski, inni na tyle już wrośli w lokalne środowisko, że rodzinne strony odwiedzają rzadziej niż jeszcze kilka lat temu.

Poza tym kryzys gospodarczy i obawa przed utratą pracy skłoniły wielu Polaków zatrudnionych za granicą do ograniczenia wydatków na bilety lotnicze. Większość linii polikwidowała zatem połączenia z mniejszymi portami brytyjskimi, koncentrując się na najważniejszych miastach, jak Londyn, Liverpool i Glasgow.

Im bardziej spadała liczba Polaków podróżujących do pracy, tym chętniej przewoźnicy zaczęli otwierać połączenia o charakterze turystycznym: do Francji, Włoch czy Hiszpanii. To właśnie one są głównym źródłem przychodów Ryan-aira czy easyJeta w Europie Zachodniej. Kilkudniowe wypady do południowej Europy stały się bardzo popularne niemal przez cały rok, szczególnie w krajach o mniej sprzyjającym klimacie, jak Wielka Brytania, Irlandia czy państwa skandynawskie. W Polsce przez wiele miesięcy pogoda też jest daleka od marzeń, więc można by oczekiwać, że takie wielosezonowe połączenia i u nas będą opłacalne. Niestety, Ryanair, Wizz Air i Norwegian wyraźnie przeceniły stan naszych portfeli.

U nas największą popularnością cieszą się nadal wakacje zorganizowane przez biura podróży, na które lecimy połączeniami czarterowymi. Są przeciętnie tańsze od wyjazdu zorganizowanego na własną rękę, więc szczególnie poza sezonem przewoźnikom trudno jest zapełnić samoloty do południowej Europy, sprzedając bilety po cenach pokrywających chociaż koszty – mówi prof. Włodzimierz Rydzkowski, kierujący Katedrą Polityki Transportowej na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Gdańskiego.

Porty drogie jak kurorty

Chęć Polaków do częstego latania rośnie, ale wolniej, niż przypuszczali jeszcze niedawno analitycy. Poza tym niższe tempo wzrostu gospodarczego, płac i gorsza sytuacja na rynku pracy dodatkowo zniechęcają do kupowania biletów, szczególnie z dużym wyprzedzeniem. A podróże lotnicze to jedne z pierwszych wydatków, na których oszczędzamy.

Przedstawiciele wielu tanich linii nieoficjalnie przyznają, że byli nadmiernymi optymistami. I gdy okazało się, że w przypadku połączeń turystycznych próby podnoszenia cen biletów skutkują od razu spadkiem liczby rezerwacji, rozwiązanie mogło być tylko jedno – likwidacja nierentownych połączeń i szukanie zajęcia dla samolotów w innych krajach, gdzie łatwiej sprzedać bilety po wyższej cenie. Oficjalnie wskazują jeszcze innych winowajców, z powodu których polski rynek nie rozwija się tak szybko, jak planowano.

Najwięcej grzechów mają mieć na sumieniu Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP), pobierająca opłaty za przeloty samolotów nad naszym krajem oraz za starty i lądowania, oraz nasze lotniska, które nie są tak tanie, jak być powinny. A dokładniej – jak tego by oczekiwali Ryanair i Wizz Air. Czy takie zarzuty są słuszne?

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną