Rynek

Fontanny pomysłów

Się buduje przed wyborami

Aleja Rzeczpospolitej w budowie, w tle Świątynia Opatrzności Bożej Aleja Rzeczpospolitej w budowie, w tle Świątynia Opatrzności Bożej Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Jak Polska długa i szeroka wre praca: nowe muzea i stadiony, hektary kostki bauma. Nie zawsze z sensem, ale zawsze na kredyt. To znak, że wybory samorządowe za pasem. Rząd apeluje do samorządowców: opamiętajcie się, bo będzie nieszczęście!

W Warszawie trwają ostatnie przygotowania do otwarcia Muzeum Ordynariatu Polowego. W podziemiach Katedry Polowej Wojska Polskiego powstanie filia Muzeum m.st. Warszawy. Będą tu eksponowane zdjęcia, dokumenty, ornaty, ołtarzyki polowe, a nawet pamiątki z katastrofy smoleńskiej, dokumentujące działalność duchownych w mundurach. Stworzenie muzeum, które pochłonęło kilkanaście milionów złotych, sfinansowały samorządy Warszawy i województwa mazowieckiego; połowa zostanie zwrócona w ramach pomocy UE. Dlaczego jednak taka inwestycja jest finansowana przez samorządy, a nie przez Kościół albo MON? (Ordynariat Polowy nie jest instytucją samorządową, należy do struktur Wojska Polskiego i dysponuje własnym budżetem ok. 20 mln zł rocznie). Nikt nie chce na to pytanie odpowiedzieć. Wiadomo natomiast, że decyzję w tej sprawie podjął w 2005 r. prezydent Warszawy Lech Kaczyński, którego największym sukcesem w zarządzaniu stolicą okazało się Muzeum Powstania Warszawskiego.

Miejskie kaprysy

Tych kilka milionów złotych, jakie Warszawa wyłożyła na kolejne muzeum i będzie płacić na jego utrzymanie, to dla jej budżetu drobna pozycja. Tegoroczne wydatki stolicy pochłoną 12,6 mld zł. Przed wyborami miasto jest gigantycznym placem budowy, sparaliżowanym przez pośpieszne remonty najważniejszych tras komunikacyjnych. Trwają też wielkie inwestycje miejskie: budowa drugiej linii metra, Centrum Nauki Kopernik, mostu Północnego. Oczywiście na kredyt, z otrzymaniem którego stolica, podobnie jak wiele innych polskich miast, nie ma większego problemu. W tym roku Warszawa zaplanowała deficyt wysokości 2,3 mld zł, który zapewne wzrośnie, bo wpływy podatkowe okazują się dużo niższe od zaplanowanych. Skumulowany dług przekroczy zaplanowane 5,6 mld zł, niebezpiecznie zbliżając się do ustawowego progu 60 proc. dochodów własnych. Za jego przekroczenie grożą poważne konsekwencje, z zarządem komisarycznym włącznie. Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz uspokaja jednak, że wszystko jest pod kontrolą. Do wyborów idzie z planem 800 inwestycji, które mają powstać w kolejnej kadencji – jak przypuszcza – jej rządów. Dziś Warszawa należy do grupy najbardziej zadłużonych polskich miast.

Wszystkie samorządy inwestują na potęgę. Kto może, zaciąga kredyt i buduje, remontuje, a przy okazji kogo może zatrudnia, bo gwałtownie rozrastająca się administracja publiczna to zasługa właśnie aktywności samorządów. Włodarze polskich miast i miasteczek realizują swoje marzenia i ambicje. Dlatego obok wodociągów i kanalizacji, lokalnych dróg, czyli schetynówek, powstają sale widowiskowo-sportowe i stadiony.

Niektóre miasta wprost zatracają się w tej sportowej pasji, czego przykładem jest Chorzów. To mocno zadłużone miasto będzie zapewne pierwszym w Polsce, w którym liczba miejsc na stadionach będzie zbliżona do liczby mieszkańców. W mieście trwa bowiem modernizacja Stadionu Śląskiego (należy do samorządu wojewódzkiego), a jednocześnie prezydent miasta planuje modernizację stadionu Ruchu Chorzów i powiększenie widowni do pojemności 30–50 tys. widzów (czyli zbliżonej do Śląskiego, którego kibice Ruchu nie akceptują). W mieście jest jeszcze trzeci stadion. Już zmodernizowany AKS Chorzów na 2 tys. miejsc.

Innym przedmiotem ambicji samorządowców stało się ozdabianie miast. Na legnickim rynku pojawiła się ostatnio Studnia Miłości, w Połańcu rzeźba gigantycznego dinozaura, w Gorzowie straszy przypominająca pająka wieża widokowa zwana Dominantą. Wrocław i Łódź zafundowały sobie gigantyczne fontanny. To drogie ozdoby nie tylko ze względu na koszt budowy, ale i eksploatacji. Roczne utrzymanie wrocławskiej grającej fontanny kosztuje ok. 700 tys. zł.

Dlatego eksperci uprzedzają, że nawet jeśli miasto ma dziś zdolność kredytową, by sfinansować ekscentryczny kaprys – budowę wielkiej hali widowiskowej, opery, muzeum, stadionu, to w przyszłości może nie udźwignąć utrzymania tych obiektów, bo nie mają one szans, by na siebie zarobić.

Wędrówka przez progi

Niewiele jednak wskazuje, by samorządowcy przejmowali się takimi szczegółami. „Zadłużenie gminy to mantra ludzi, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią. Trzeba niedojdy na stanowisku wójta, żeby się nie zadłużać” – przekonywał mieszkańców na przedwyborczym spotkaniu sekretarz gminy Krośnice, która zasłynęła jako najbardziej zadłużona w kraju (dochodząc w ubiegłym roku do 83 proc. dochodów własnych). Mimo to radni przyznali wójtowi trzynastkę. Nadal rządzi i szykuje się do reelekcji. Okazuje się, że sankcje ustawy o finansach publicznych są jedynie teoretyczne.

– Jednostki samorządu terytorialnego wykazywały się przez lata dużą dyscypliną budżetową. Deficyt tego sektora sięgał najwyżej kilku miliardów złotych, a bywały lata, kiedy notowano nadwyżkę. Wszystko skończyło się w 2008 r. Samorządy zaczęły gwałtownie się zadłużać i ten proces trwa nadal. To się zaczyna robić poważny problem – wyjaśnia Ludwik Kotecki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów. Dziś zadłużenie sektora samorządowego przekroczyło już 40 mld zł.

Problem wynika z faktu, że samorządy, choć z konstytucyjnego punktu widzenia są odrębną od rządowej sferą władzy publicznej, ekonomicznie stanowią jeden z sektorów finansów państwa. Ich zadłużenie, wraz z długiem zaciąganym przez budżet państwa oraz instytucje odpowiedzialne za ubezpieczenie społeczne, wspólnie tworzą państwowy dług publiczny. Jego wielkość stanowi jeden z najważniejszych wskaźników ekonomicznych, określający ekonomiczną kondycję kraju. Konstytucja wymaga, by dług publiczny nie przekroczył poziomu 60 proc. produktu krajowego brutto (PKB). Gdyby tak się stało, musi zostać wdrożony radykalny program sanacji finansów państwa.

Dlatego ustawa o finansach publicznych wyznacza tzw. progi ostrożnościowe, czyli procedury, które muszą być wdrażane zawczasu. Pierwszy próg to 50 proc. – tu sankcje są w miarę łagodne. Już go jednak przekroczyliśmy i niebezpiecznie zbliżamy się do drugiego (55 proc.), kiedy trzeba będzie uruchomić poważne działania oszczędnościowe – zamrożenia płac sfery publicznej, podwyżki podatków, a także mocne ograniczenie zadłużania się przez samorządy. Dlatego kredytowe szaleństwo, jakie ogarnęło samorządy, tak martwi wielu ekonomistów.

Niepokojąca jest nie tyle skala, co dynamika wzrostu zadłużenia. Jesteśmy zbyt blisko progu 55 proc., żeby patrzeć na to spokojnie. Tu mogą się okazać rozstrzygające kwoty rzędu kilku miliardów złotych. A taki wzrost długu może być zasługą jednego dużego miasta – wyjaśnia prof. Dariusz Filar, członek Rady Gospodarczej doradzającej premierowi. Rada zastanawiała się, co się da z tym fantem zrobić. Doszła do wniosku, że w obecnym stanie prawnym – niewiele.

 

Rządzie, oszczędzaj sam

Ryszard Grobelny, prezydent Poznania i prezes Związku Miast Polskich, nie kryje oburzenia, że Rada Gospodarcza dyskutowała nad finansami samorządowymi i nie zaprosiła żadnego samorządowca. – Już dwa i pół roku temu ostrzegaliśmy rząd, że nakładanie na samorządy kolejnych obowiązków i ograniczanie dochodów będzie prowadziło do wzrostu zadłużenia – wyjaśnia prezydent Grobelny. Wylicza, że samorządy muszą finansować z własnej kieszeni podwyżki dla nauczycieli szkolnych, a przedszkolnych wziąć na własne utrzymanie. Tymczasem tegoroczne wpływy podatkowe są dużo niższe od zakładanych. Do tego dochodzą wydatki związane z inwestycjami współfinansowanymi z funduszy UE.

– Jeśli mogę mieć inwestycję za miliard złotych wykładając z miejskiej kasy 150 mln zł, to mam tego nie robić? Rząd zbyt łatwo wszystko zrzuca na samorządy. Oszczędności powinien poszukać przede wszystkim u siebie – uważa Grobelny. Podkreśla, że już 50 proc. publicznych inwestycji jest realizowanych przez samorządy. Może nie wszystkie są celowe i efektywne, ale to odrębny problem.

Na poparcie swoich tez samorządowcy mają wyliczenia, z których wynika, że średnie zadłużenie jednostek samorządu terytorialnego wynosi 24,5 proc., więc do 60 proc. jeszcze daleka droga. Takich, które przekroczyły dopuszczalne limity, jest dosłownie kilka w kraju.

Ekonomiści patrzą na te wyliczenia z dużą ostrożnością. Największe wydatki koncentrują się w dużych aglomeracjach. A tu wiele miast oscyluje już wokół 50 proc. albo, jak Kraków, doszło do granicy 60 proc. Co gorsza, plany na najbliższe lata zakładają wzrost wydatków. Jedyna nadzieja, że w tym czasie zaczną już napływać do samorządów pierwsze duże kwoty z refundacji unijnych, co może ograniczyć skłonność do zadłużania.

– Brakuje wiarygodnych danych, bo samorządy nauczyły się manipulować statystyką i ukrywać niekorzystne dla nich dane. Pomagają im w tym banki, które oferują nie tylko atrakcyjne kredyty, ale często także wehikuły prawno-podatkowe pozwalające wyprowadzić dług poza budżet – ubolewa prof. Witold Orłowski, członek Rady Gospodarczej.

Jak się to robi, tłumaczy Ewa Stawska-Bąk, dyrektor pionu sprzedaży korporacyjnej PKO Bank Polski. – Możliwe jest przekazanie przez samorząd spółce niektórych zadań, na które zaciąga ona zobowiązania, a które nie obciążają limitów samorządu. Samorządy mogą też leasingować produkt czy usługę, co pozwala, by takie zobowiązanie było wpisane w wydatki sztywne budżetu i nie wpływało na wysokość długu – wyjaśnia pani dyrektor. Dodaje, że samorządy są dla banków atrakcyjnymi (bo wiarygodnymi) kontrahentami. Dlatego na rynku panuje ostra konkurencja, a ceny kredytów oferowanych przez banki są o wiele korzystniejsze niż w przypadku podmiotów gospodarczych.

Grecki scenariusz

„Samorządy nauczyły się wydawać pieniądze unijne i to jest wspaniała rzecz, bo stanowi motor wzrostu, ale komplikuje sytuację w budżecie. Co więcej, mają jeszcze pewną swobodę w dalszym zadłużaniu się. Dopiero w 2013 i 2014 r., kiedy zaczniemy dostawać pełne zwroty wydatków z Brukseli, sytuacja się zmieni” – mówił niedawno w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Marek Belka, prezes NBP. Podczas niedawnego Forum Regionów w Muszynie wręcz zachęcał samorządowców: „Nauczyliście się wydawać środki unijne, a jednocześnie nie wyczerpały się jeszcze możliwości zadłużania”.

Słysząc to minister Ludwik Kotecki sceptycznie kręci głową. – Gdyby ten wzrost zadłużenia dał się wytłumaczyć koniecznością współfinansowania unijnych projektów, nie byłoby problemu. Kłopot polega jednak na tym, że większa część pożyczanych pieniędzy idzie na inwestycje własne, a także na bieżącą działalność. Szybko rozrasta się liczba pracowników samorządowych, rosną też ich wynagrodzenia – przekonuje minister. I natychmiast przystępuje do wyliczania, jak rzetelnie budżet rozlicza się z samorządami, przekazując im pieniądze na wszystkie zlecone zadania. Samorządowcy każdą rozmowę zaczynają od wyliczania, jak budżet jest nierzetelny i jak zwala na nich robotę nie dając pieniędzy i zmuszając do zadłużania. Napięcia między rządem a samorządami narastają.

Muszą zostać stworzone możliwości skutecznego monitorowania finansów samorządowych i ograniczenia ich zadłużenia. Regionalne Izby Obrachunkowe kontrolują je tylko od strony formalnej i są nieskutecznym narzędziem – przekonuje prof. Witold Orłowski. Inni ekonomiści są podobnego zdania. W samorządach widzą bombę zegarową, która Polskę – zamiast w drugą zieloną wyspę – może zamienić w drugą Grecję.

Minister Kotecki ma nadzieję, że w tym roku unikniemy przekroczenia 54 proc. długu publicznego, choć pewności co do tego nie ma. Pozostanie więc nam jeden punkt procentowy, który w tym roku odpowiada 15 mld zł. Cała nadzieja, że w przyszłym roku będzie miał wyższą wartość za sprawą rosnącej bazy, czyli PKB. Może więc uda nam się uciec spod gilotyny, która i dla samorządów byłaby groźna. Dlatego trwa poszukiwanie sposobów wpłynięcia na samorządowców. Pojawiają się sugestie, że dobrze by było, gdyby ktoś im patrzył na ręce, a ich pomysły inwestycyjne weryfikował, zatwierdzał. Jakiś mądry urzędnik z Warszawy, może z województwa?

Niestety, okres wyborów nie sprzyja rozmowom na temat roztropnego wydawania publicznych pieniędzy. Zresztą, jak sama nazwa wskazuje, samorządy mają rządzić się same, a nie podlegać obcej kontroli.

Polityka 40.2010 (2776) z dnia 02.10.2010; Rynek; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Fontanny pomysłów"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną