Rynek

Ceny wystrzeliły

Dlaczego nie potrafimy zarobić na drożyźnie

Niedługo za bochenek chleba będziemy płacić 5 zł? Niedługo za bochenek chleba będziemy płacić 5 zł? Marek Kwiatkowski, Tadeusz Późniak / Polityka
Piekarze oswajają nas z ceną 5 zł za kg chleba. Optymiści zapowiadają, że w tym roku żywność zdrożeje o 5 proc., pesymiści – że dwa razy więcej.
Moglibyśmy sprzedawać w świecie dużo więcej warzyw i owoców. Ale i tu import dogania eksport.Stringer Shanghai / Reuters/Forum Moglibyśmy sprzedawać w świecie dużo więcej warzyw i owoców. Ale i tu import dogania eksport.
W starej Unii Europejskiej na jedzenie wydaje się 12–15 proc. rodzinnych budżetów.timsackton/Flickr CC by SA W starej Unii Europejskiej na jedzenie wydaje się 12–15 proc. rodzinnych budżetów.
Rewolta w krajach arabskich ma podłoże głównie ekonomiczne. Na fot. sprzedawca chleba w Kairze.neil cummings/Flickr CC by SA Rewolta w krajach arabskich ma podłoże głównie ekonomiczne. Na fot. sprzedawca chleba w Kairze.
Jak drożał chleb pszenno-żytni 0,5 kg w zł. W pierwszej dekadzie obecnego wieku chleb zdrożał w sumie o 73,3 proc. W tym samym czasie inflacja w Polsce wyniosła 31,2 proc.JR/Polityka Jak drożał chleb pszenno-żytni 0,5 kg w zł. W pierwszej dekadzie obecnego wieku chleb zdrożał w sumie o 73,3 proc. W tym samym czasie inflacja w Polsce wyniosła 31,2 proc.

Wprawdzie GUS wyliczył, że płace (od grudnia 2009 do grudnia 2010 r.) także wzrosły o 5 proc. – ale ten wskaźnik, jak cała statystyka, odnosi się do średniej. Duża część społeczeństwa ma więc uzasadnione poczucie, że żyje się drożej. Niby wyszliśmy z kryzysu obronną ręką, ale stać nas na coraz mniej.

Żywność wprawdzie rośnie w cenę na całym świecie, ale bogatych boli to mniej niż biednych. W krajach arabskich, przez które przetacza się teraz fala rewolucji, na jedzenie wydaje się nawet połowę budżetów rodzinnych. W USA – poniżej 10 proc., w starej Unii Europejskiej – 12–15 proc. My byliśmy gdzieś pośrodku. W 2004 r. wydatki na żywność w Polsce pochłaniały ponad 28 proc. budżetów i z każdym rokiem malały. W 2009 r. do 25 proc. Czy teraz trend się odwróci? Niekoniecznie, co wcale nie musi być dobrą wiadomością. Inne bowiem pozycje domowych budżetów trzymają się mocno. Nie skurczy się następny wielki wydatek – rachunki za utrzymanie mieszkania (prąd!), pochłaniające aż 19 proc. naszych pieniędzy. Mało kto wie, że na trzecie miejsce wysforowały się... koszty transportu – ponad 9 proc. Z powodu paliw. Wszystkie trzy pozycje idą w górę łeb w łeb. Więc na czym oszczędzać? Do niedawna taniała odzież i obuwie, teraz ona też ma zdrożeć, bo bardzo urosły ceny bawełny, wełny, skór.

Egipcjanie, Tunezyjczycy, Libijczycy protestują na ulicach. Nam drożyzna aż tak w kość nie daje, ale niezadowolenie rośnie wraz z cenami. Najłatwiej skierować je przeciwko rządzącym, mimo że problem jest przecież globalny. Prawo i Sprawiedliwość już raz tego spróbowało – wiosną 2008 r., gdy ceny również zaczynały się rozpędzać. To wtedy opozycja zażądała debaty o drożyźnie, podczas której ławy sejmowe świeciły pustkami. Najwyraźniej jednak liczono, że jałowa dyskusja bardziej zainteresuje telewidzów niż posłów. Remedium PiS na rosnące ceny żywności było żądanie zmniejszenia akcyzy na paliwa. Wtedy drożyznę zahamował światowy kryzys finansowy, który zniechęcił giełdowych spekulantów do gry na zwyżkę cen żywności. Teraz sytuacja się powtarza.

PiS, który w większości spraw gospodarczych nawet nie zabiera głosu, takiej okazji jak „drożyzna” odpuścić nie może. Polityczna broń sama wchodzi w ręce. Więc Jarosław Kaczyński proponuje rozwiązanie, na które część elektoratu może się nabierze: dodatek drożyźniany dla najuboższych, na który pieniądze można zdobyć, opodatkowując banki. Czyli – bogatych. O tym, że banki przerzucą to obciążenie natychmiast na biednych, bo z ich usług korzysta już olbrzymia większość społeczeństwa – PiS wie, ale nie mówi. Jak to w polskiej polityce: nie chodzi przecież o to, żeby ludziom jakoś pomóc, tylko żeby wrogowi jakoś zaszkodzić.

Unijne sidła

Żywność drożeje na całym świecie. Nie tylko z powodu złych zbiorów wywołanych pożarami w Rosji, suszą na zachodzie Europy i suszą, a później powodzią w Australii czy anomaliami pogodowymi w innych rejonach świata (także w Polsce). Również nie tylko z powodu zwiększonego importu Chińczyków czy Hindusów. Obecny niedobór żywności mamy także na własne, unijne, życzenie. To efekt uboczny Wspólnej Polityki Rolnej (CAP), od początku łaskawszej dla unijnych rolników niż konsumentów. W ubiegłym wieku pomagała ona rolnikom, sztucznie zawyżając ceny płodów rolnych i zamykając unijne granice przed tańszym importem. I wpadła we własne sidła – rolnicy zwiększali produkcję, nie oglądając się na popyt, bo Bruksela musiała ją od nich, po ustalonych przez siebie cenach, wykupić. Rosły góry masła, zboża, wołowiny. Z pieniędzy podatników trzeba było płacić za ich magazynowanie albo dopłacać do eksportu poza obszar UE. Tania, dotowana unijna (ale także amerykańska) żywność powodowała, że biednym krajom, np. w Afryce, nie opłacało się siać i orać. Najbogatsze państwa świata wspomagały je żywnością, która starzała się w magazynach.

Prognozy naukowców zapowiadały, że zapasy wciąż będą rosły – światowa konsumpcja żywności miała bowiem powiększać się wolniej niż jej produkcja. Unia oraz USA, żeby nie dopuścić do zmniejszenia dochodów farmerów, rozpoczęły na wielką skalę produkcję biopaliw. One także walnie przyczyniają się dziś do wzrostu cen żywności; maszyny konkurują z ludźmi o ziarno rzepaku, kukurydzy, cukier.

Apetyt rośnie

Bruksela zmieniła politykę rolną. Teraz wspiera rolników inaczej. Dopłacając do ich dochodów, a nie – do produkcji. Farmerzy mogą już mniej się wysilać, ich zarobki nie zależą od wielkości zbiorów. Nie muszą intensyfikować produkcji. Mają raczej dbać o wiejski krajobraz, zachowanie bioróżnorodności, dobrostan zwierząt. Wyśrubowano więc unijne standardy hodowli i produkcji, nie zważając, że to podraża koszty. Dziś unijni konsumenci, chociaż bogatsi od nas, też szukają żywności przede wszystkim taniej. Niska cena jest coraz bardziej głównym kryterium zakupów, także w Polsce. Ponieważ płody rolne są coraz droższe, żywność „potania się” recepturami, w wyniku których w kiełbasie jest coraz mniej mięsa, a do produkcji kilograma szynki wystarcza już mniej niż pół kilograma surowca. Jemy coraz gorzej, choć płacimy coraz więcej.

W ciągu kilku lat stopniały góry zapasów, do czego walnie przyczyniły się pogodowe kataklizmy. Prognozy naukowców okazały się niewiele warte, teraz zapowiadają oni ogromny światowy wzrost popytu na żywność. Straszą, że Ziemi zabraknie ziemi, żeby nas wyżywić, więc spekulanci wrócili go gry. Znów na giełdach sprzedaje się więcej zboża, niż wynosi jego konsumpcja. Nastroje konsumentów pogarszają się szybciej niż pogoda i klimat.

Jak się w nowej sytuacji odnajduje Wspólna Polityka Rolna? Unijni rolnicy, sowicie wspierani przez Brukselę i własne rządy, zacierają ręce. Hojnych dopłat, zapewniających stały wzrost dochodów niezależnie od wielkości produkcji, nikt im już nie zabierze. Lobby rolne jest na to za silne. Natomiast rosnące ceny dają szansę farmerom na dodatkowy, coraz większy zarobek. Na drożyźnie mogliby też wspaniale zarobić rolnicy polscy.

Co piąty unijny rolnik mieszka w Polsce, aż 9 proc. unijnych gruntów rolnych znajduje się w naszym kraju, więc – teoretycznie – mamy ogromne rezerwy i moglibyśmy żywności produkować dużo więcej. Zwłaszcza że i wydajność mamy najniższą w Europie, gorsza jest tylko w Rumunii. W starej Unii z hektara zbiera się już 10 kwintali zboża, u nas ciągle 3. Moglibyśmy dziś wytwarzać więcej i zarobić więcej, ale tego nie robimy. Mści się rodzima polityka rolna, dbająca o stały dopływ gotówki na wieś, ale utrwalająca rolniczy skansen.

Tak jak przed akcesją, mamy dziś prawie 2 mln gospodarstw, które nazywamy rolnymi. – Ale tylko 10 proc. z nich dostarcza na rynek prawie 80 proc. płodów rolnych – zauważa prof. Stanisław Zięba, przewodniczący Rady Gospodarki Żywnościowej. Producentami rolnymi można nazwać zaledwie 250 tys. gospodarstw, reszta nie sprzedaje nic albo niewiele. Ale właściciele tych karłowatych gospodarstw nie sprzedają też ziemi. Dzięki niej otrzymują dopłaty i ciągle nazywa się ich rolnikami, co pozwala im korzystać ze specjalnych ulg podatkowych oraz liczyć na fundowaną przez państwo emeryturę z KRUS. Ich ziemia żywi inaczej.

 

 

Grunt to Afryka

Taka polityka rolna zamroziła obrót ziemią. Gospodarstwa wydajne nie mogą się powiększać. Gorzej – ponieważ znaczna ich część uprawia grunty dzierżawione od państwa – Agencja Nieruchomości Rolnych odmawia im przedłużenia dzierżawy. Polscy producenci rolni, zamiast korzystać ze światowej koniunktury na żywność i eksportować jak najwięcej, walczą z ministrem rolnictwa, by nie odbierano im gruntu. PSL od lat bowiem forsuje ustawę, która ma nakazać dzierżawcom oddanie 30 proc. dzierżawionej ziemi, a na razie próbuje odbierać bez niej. Ziemia ma zostać wystawiona na sprzedaż, by mali mogli dokupić gruntów (i uprawnień do dotacji).

Rządy krajów arabskich i Chińczycy na wielką skalę wykupują grunty rolne w Afryce. Inwestując w uprawę roli, znów będzie można sporo zarobić. – Ostatni powszechny spis rolny w Polsce pokazał, że nasi chłopi coraz więcej ziemi pozostawiają odłogiem – zauważa prof. Stanisław Zięba. Ma im zapewniać dopłaty, nie – plony.

Kiełbasa po europejsku

Platforma sprawy rolnictwa zostawiła koalicjantowi, a podatnicy tkwią w przekonaniu, że „nasza kiełbasa już dawno wyprzedziła ich kiełbasę”. Że eksport polskiej żywności rośnie, a rolnictwo się rozwija. To przekonanie błyskawicznie traci na aktualności. Z ostatnich badań prof. Katarzyny Duczkowskiej-Małysz wynika, że eksport polskiej żywności ostro hamuje, gdyż staje się ona coraz mniej konkurencyjna. Z faktu, że w 2010 r. sprzedaliśmy za granicę za ponad 12 mld euro, nie ma się co cieszyć, skoro jednocześnie za ponad 10 mld euro kupujemy.

Mieliśmy karmić Europę polską wieprzowiną, tymczasem kotlety i kiełbasy, które kupujemy w naszych sklepach, coraz częściej robione są ze świń duńskich czy niemieckich, ponieważ polskie mięso jest droższe. Import wieprzowiny przewyższa eksport. Może być jeszcze gorzej, ponieważ najwięksi krajowi producenci wieprzowiny, m.in. firma Poldanor, gospodarują na terenach byłych pegeerów, a Agencja Nieruchomości Rolnych nie chce im przedłużyć umowy dzierżawy. Zamiast produkcję rozwijać, trzeba ją będzie kurczyć.

Wielkich ferm nie zastąpią małe, a już z pewnością nie kilkuhektarowe gospodarstwa (takich jest najwięcej), bo w nich hodowla jest droższa. Wielu konsumentów wolałoby, żeby zwierzęta hodowano w bardziej ludzkich warunkach, kiedy jednak w sklepie sięgają po mięso – biorą tańsze, pochodzące z dużych ferm, duńskie czy niemieckie. – Zakłady przetwórcze wiążą się umowami kontraktacyjnymi z dostawcami, ale musi to być hodowca duży, tylko wtedy osiągnie się efekt skali – zauważa prof. Stanisław Zięba. Tych dużych brakuje. Polskiej żywności moglibyśmy sprzedać za granicę więcej, ale przetwórcom coraz bardziej brakuje surowca.

Warzywa, które kupujemy w sieciach handlowych, też coraz częściej są holenderskie, a nie polskie. I to nie z powodów klimatycznych. Sieć musi mieć dostawcę dużego, zdolnego dostarczyć identyczne partie towaru. W Polsce jest ich niewielu. Import warzyw dogania eksport. Mając nowoczesne rolnictwo, moglibyśmy ich sprzedawać dużo więcej. Podobnie jak owoców. Drobny rolnik dla nikogo nie jest partnerem. Ziemia w jego rękach się marnuje.

Strategia potrzebna od zaraz

Najlepiej eksport żywności rozwija się wtedy, gdy dostawcą surowca nie są rolnicy. Coraz bardziej liczą się na rynku unijnym polscy producenci zarówno drobiu, jak przetworów. Fermy kurze ściśle współpracują z przemysłem drobiarskim, wiążąc się umowami kontraktacyjnymi. Ale nie są to drobni rolnicy, tylko przedsiębiorcy. To nie do nich adresowane są dopłaty bezpośrednie. Mogą natomiast stać się ofiarą strachu przed żywnością modyfikowaną genetycznie. – Za rządów PiS uchwalono ustawę zabraniającą stosowania do pasz modyfikowanej soi – przypomina prof. Zięba. Tymczasem jest to podstawowy surowiec do produkcji paszy dla drobiu. Na świecie ponad 90 proc. soi jest już modyfikowane genetycznie, nasze kurczaki także są nią karmione. Ponieważ wejście w życie nieszczęsnej ustawy oznaczałoby wzrost cen drobiu (albo import kurczaków jedzących paszę z tejże soi z zagranicy), już kilkakrotnie było ono zawieszane. Zbliża się jednak termin kolejnego odwieszenia – 2012 r. Właściciele ferm boją się inwestować w kurniki, skoro ich przyszłość jest niepewna. Ilu konsumentów drobiu zdaje sobie dziś sprawę z tego, że – jeśli ich cena wzrośnie – będzie to winą rządów PiS?

Nie zaskoczymy świata supernowoczesnymi technologiami, nie jesteśmy w tym najmocniejsi. Moglibyśmy go jednak w większym stopniu karmić. Polska, mając tak dużo niewykorzystanej ziemi i ludzi nazywających się rolnikami, mogłaby na rosnących cenach żywności sporo zarabiać. Jest jednak jeden warunek. Pieniądze przeznaczone na Wspólną Politykę Rolną należałoby kierować (tak jak robi to UE) do producentów rolnych, a nie na pomoc socjalną. Szybko rozwijałoby się rolnictwo, ale elektorat PSL mógłby być niezadowolony. I tu tkwi problem. Odkąd bowiem jesteśmy w Unii, pieniądze na politykę rolną tak naprawdę stały się funduszami partyjnymi chłopskich koalicjantów. Państwo nie ma strategii rozwoju rolnictwa.

Nie żywią, nie bronią

Zamiast odbierać dzierżawcom ziemię, rząd powinien im nie przeszkadzać w powiększaniu gospodarstw. I pomagać, żeby takich gospodarstw było jak najwięcej. To one bowiem są eksporterami naszej żywności. Tę grupę jak najszybciej należy zacząć traktować tak samo jak pozostałych przedsiębiorców. Wyłączyć z dotowanego KRUS, włączyć w powszechny system podatkowy. Nie musimy do nich dopłacać, to oni mogliby zdjąć z nas część ciężaru utrzymania państwa.

Minister rolnictwa jest dumny z eksportu polskiej żywności. W coraz mniejszym stopniu eksport jest jednak zasługą naszych rolników. Polską specjalnością eksportową stały się bowiem słodycze (większość surowców do ich produkcji pochodzi z importu), drób, papierosy i pieczarki. To, co mogłoby rosnąć na polu polskiego rolnika, coraz częściej natomiast sprowadzamy z zagranicy, bo jest albo tańsze, albo ładniejsze. Rolnicy nas ani nie żywią, ani nie bronią. I – zamiast na wzroście cen zarabiać – tak samo jak my narzekają na drożyznę w sklepach.

Polityka 09.2011 (2796) z dnia 25.02.2011; Temat tygodnia; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Ceny wystrzeliły"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną