Euro, kryzys, OFE - problemy chodzą grupami

Gry bez dobrego ruchu
Kto rządzi w trudnych czasach, nie ma łatwego życia. Przed podejmującymi decyzje stoją często same złe wybory, a każdy możliwy do zaproponowania kompromis wywołuje raczej powszechne niezadowolenie niż aprobatę. W Polsce, w Europie, na świecie.
Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych i Business Centre Club, wystartowały z akcją społeczną 'Obroń swoją emeryturę'.
Artur Chmielewski/Forum

Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych i Business Centre Club, wystartowały z akcją społeczną "Obroń swoją emeryturę".

Agenci ubezpieczeniowi zachęcają do przystąpienia do Otwartego Funduszu Emerytalnego.
Tomasz Paczos/Forum

Agenci ubezpieczeniowi zachęcają do przystąpienia do Otwartego Funduszu Emerytalnego.

Najlepszym przykładem takiej właśnie sytuacji bez dobrego wyjścia jest obecna kłótnia o OFE. Przeprowadzona 12 lat temu reforma emerytalna miała stanowić odpowiedź na problemy, które powstają wraz ze starzeniem się polskiego społeczeństwa. Poprzednio mieliśmy system, w którym składki ściągane od milionów pracujących służyły finansowaniu świadczeń dla emerytów. Wypełnienie ewentualnej luki pomiędzy strumieniem składek i wypłat gwarantował budżet państwa. Jeszcze do niedawna nie było to specjalnym problemem, bo emerytów było wielokrotnie mniej niż pracujących. Zmieniające się trendy demograficzne, a przede wszystkim wzrost długości życia i spadek liczebności pracujących musiały jednak wieść do radykalnej zmiany sytuacji. Już wkrótce Polski – tak jak Niemiec, Francji czy Włoch – nie byłoby stać na wypłacanie emerytur, przynajmniej w takiej wysokości jak dotychczas.

Spór o OFE

Rozwiązaniem stało się wprowadzenie w ramach reformy tzw. systemu „zdefiniowanej składki”, a więc systemu, w którym wiemy jedynie, ile odprowadzamy składek, nie znamy natomiast wysokości przyszłego świadczenia. Składki indeksowane są w taki sposób, żeby łączny strumień wydatków na świadczenia był mniej więcej równy strumieniowi dochodów z przyszłych składek (co oznacza, że budżet nie będzie już w przyszłości dopłacać do systemu). Efektem reformy miało więc przede wszystkim stać się zwolnienie państwa z gwarancji wysokości emerytur, przy jednoczesnym stopniowym – ale znacznym – spadku relacji emerytur do płac. Oczywiście nie po to, by Polacy na starość żyli w nędzy. Raczej po to, by widząc niskie emerytury, sami uznali, że trzeba pogodzić się z dłuższą pracą, a więc z przesunięciem w górę wieku emerytalnego. A także, by zaczęli sami dobrowolnie oszczędzać na swoje emerytury więcej, niż wynika z obowiązkowej składki ZUS.

Dodatkowym działaniem, które miało im tę gorzką pigułkę osłodzić, stało się stworzenie OFE, a więc przekazywanie części składki do prywatnych funduszy emerytalnych, które poprzez inwestycje finansowe miały „wycisnąć” z naszych składek nieco więcej, niż gdybyśmy tylko polegali na dochodach z ZUS.

Trzeba przyznać, że reforma została zaprezentowana ludziom w sposób, który nie ułatwiał zrozumienia istoty sprawy. Problem spadającej relacji emerytur do płac dyskretnie przemilczano, pozwalając za to na eksplozję bzdurnych reklam OFE, sugerujących, że Polaków czeka znaczny wzrost świadczeń („emerytura na Karaibach”). Z samego istnienia prywatnych OFE, które stanowiły raczej upiększający dodatek do zasadniczej reformy (pozwalający tylko na pewien, umiarkowany, wzrost efektywności systemu emerytalnego), uczyniono w społecznym rozumieniu jej jądro. Wręcz zasugerowano, że nie ma już co bać się o emerytury, bo niezależnie od stanu gospodarki będą one pochodzić z naszych oszczędności (to oczywiście czysta fantazja, koniec końców emerytury będą i tak wypłacane z podatków i składek ściąganych od przyszłych pracujących). W efekcie tego reforma nie doprowadziła jak dotąd do zrozumienia konieczności dłuższej pracy i większych oszczędności – wręcz odwrotnie, uspokoiła, zamiast zaalarmować.

Dodatkowym problemem związanym z inwestowaniem części naszej składki w aktywa finansowe (obligacje rządowe i akcje) było to, że na takie inwestycje potrzebna jest żywa gotówka. Tyle że wcale nie było żadnych oszczędności w systemie emerytalnym, które można by zainwestować. Oszczędności – że przypomnę oczywistą oczywistość – powstają wówczas, gdy wydajemy mniej, niż mamy dochodu. Otóż w polskim systemie emerytalnym nigdy z taką sytuacją nie mieliśmy do czynienia.

Oczywiście, gdy planowano reformę, poczyniono heroiczne założenia o tym, że taką nadwyżkę wygeneruje się dochodami z prywatyzacji. Nic takiego się jednak nie stało – po pierwsze, kolejne rządy znalazły znacznie przyjemniejsze sposoby wydawania tych pieniędzy, po drugie, i tak zresztą byłoby ich za mało. Po to więc, by przekazać OFE gotówkę do zainwestowania, minister finansów musiał ją pożyczać z rynku, zadłużając jednocześnie na tę samą kwotę budżet (czyli podatników). W języku reformy emerytalnej nazywa się to „pokryciem przejściowego deficytu” wynikającego z faktu, że część składek trzeba inwestować, co jednocześnie powoduje brak pieniędzy na bieżące wypłaty dla obecnych emerytów.

Jak zwał, tak zwał – chodzi o zadłużenie państwa, które w toku całej reformy emerytalnej miało wzrosnąć do 60–90 proc. PKB (zależnie od założeń użytych do szacunków). Dla przypomnienia – państwa, które ma zapisane w konstytucji, że cały dług publiczny nie może przekroczyć 60 proc. PKB i któremu Unia Europejska może w przypadku przekroczenia tej granicy odciąć dostęp do swoich funduszy.

W takiej sytuacji pojawiły się dwa skrajne stanowiska. Pierwsze, wiązane głównie z nazwiskiem Leszka Balcerowicza, mówi, że reformy nie należy naruszać, bo stworzyła ona lepszy system emerytalny od dotychczasowego (z czym się większość ekonomistów zgadza). Jeśli nawet generuje dług, to należy go po prostu pokryć nadwyżką w pozostałych wydatkach publicznych, a częściowo pozostałymi jeszcze potencjalnymi dochodami z prywatyzacji. Drugie, równie skrajne, stanowisko zajął minister Rostowski. Skoro celem reformy było przejście na system zdefiniowanej składki, to w całości uzyskuje się to poprzez indywidualne, odpowiednio indeksowane konta w ZUS. W takim razie lepiej zrezygnować z kwiatka do kożucha, który stanowią OFE – generujące na papierze ogromny przyrost długu publicznego, bez żadnej gwarancji, że zainwestowane pieniądze rzeczywiście przyniosą emerytom wyższe świadczenia.

Po długim wzajemnym ostrzale, z użyciem coraz ostrzejszej amunicji, zamiast zbliżenia stanowisk nastąpiła radykalizacja ocen. Dla Jacka Rostowskiego OFE stały się „rakiem na reformie” destabilizującym finanse publiczne i wymuszającym w okresie przedwyborczym radykalne działania dostosowawcze – cięcia wydatków i wzrost podatków – które można odłożyć i rozłożyć w czasie na spokojniejszy politycznie okres. Dla krytyków dążenie do ograniczenia składki do OFE stało się natomiast pierwszym krokiem do wycofania się z reformy emerytalnej, a już na pewno dowodem na to, że rząd chce uniknąć wprowadzenia niezbędnych oszczędności w finansach publicznych, zarówno przed, jak i po wyborach. Oczywiście jakiekolwiek zbliżenie stanowisk stało się niemożliwe, bo z wiarą się nie dyskutuje.

W rezultacie rząd zaproponował rozwiązanie polegające na radykalnym ograniczeniu części składki przekazywanej do OFE, a następnie jej stopniowym wzroście – ale do poziomu o połowę niższego niż dotąd. Oczywiście przy jednoczesnym pozostawieniu w OFE wszystkich aktywów, które przekazano tam w przeszłości.

I oto mamy kompromis, który nikogo nie zadowala. Radykalni krytycy OFE uważają, że należałoby je w ogóle zlikwidować, co ograniczyłoby natychmiast dług publiczny z 55 proc. PKB do około 40 proc. PKB. Radykalni obrońcy OFE uważają, że zrobiono po prostu pierwszy krok do ich likwidacji, bo przy zmniejszonej składce nie będzie im się opłacało działać – a jak nie ten, to kolejny rząd sięgnie wzorem węgierskim po zgromadzone tam aktywa.

Minister finansów uzyskuje tylko niewielką ulgę w tegorocznym i przyszłorocznym budżecie, która nie zastąpi głębokich oszczędności. Jego krytycy są jednak przekonani, że wykorzysta on tę ulgę po to, by wstrzymać wszelkie niepopularne reformy i „przetrwać” kolejny rok. Rządząca PO boi się, że straciła część zaufania swoich najwierniejszych wyborców, którzy mocno identyfikowali się z ideą, że „w OFE są ich własne, prawdziwe pieniądze” (nie do końca prawdziwą). Opozycja nie bardzo wie, jak ma się w tej sytuacji zachować – bo w gruncie rzeczy PiS i SLD, gdyby rządziły, prawdopodobnie zdecydowałyby się na jeszcze bardziej radykalną rozprawę z OFE.

Same OFE oczywiście nie są zadowolone, bo tracą ogromne zyski – a poza tym mogą słusznie uważać, że rząd zmienia reguły gry w trakcie jej trwania. Słowem, kompromis nikogo nie zadowala – ale też trudno wskazać rozwiązanie, które mogłoby dać dużo lepsze wyniki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną