Rynek

Atak plonów

Panika warzywna

Hiszpania, hałdy warzyw wycofanych ze sprzedaży. Hiszpania, hałdy warzyw wycofanych ze sprzedaży. Laura Leon/The International Herald Tribune / EAST NEWS
Oskarżenie hiszpańskich ogórków o masowe zatrucia w Niemczech wywołało wojnę warzywną w całej Europie. Trop okazał się fałszywy, ale ofiary śmiertelne są prawdziwe. Lawinowo rośnie rzesza ofiar ekonomicznych.
Skutki paniki warzywnej, jakiej ulegli konsumenci, odbijają się na wszystkich unijnych rolnikach.Bernd Wuestneck/AFP Foto/EAST NEWS Skutki paniki warzywnej, jakiej ulegli konsumenci, odbijają się na wszystkich unijnych rolnikach.
Wkrótce podaż warzyw zmaleje, panika się skończy, a gdy zacznie ich brakować, ceny skoczą do góry.Rafal Siderski/Dziennik/Forum Wkrótce podaż warzyw zmaleje, panika się skończy, a gdy zacznie ich brakować, ceny skoczą do góry.

Ostatnio baliśmy się ptasiej i świńskiej grypy, poprzednio wściekłych krów, warzywa nigdy dotąd nie były przyczyną paniki. Przy poważnych zatruciach pokarmowych pierwszym podejrzanym jest zawsze mięso, drugim – mleko. A jednak służby fitosanitarne Hamburga 26 maja o godz. 15.31 wystosowały raport do Komisji Europejskiej, że najbardziej prawdopodobnym winowajcą zatruć, które do tej pory dotknęły ponad 2 tys. osób, są ogórki z dwóch gospodarstw ekologicznych w Andaluzji. O zakażenie podejrzewano też dwie inne partie tych warzyw, od dostawcy duńskiego i holenderskiego. Znaleziono na nich bakterie Escherichia coli. Może plantacje podlewano gnojowicą? 27 maja KE zaalarmowała inne kraje członkowskie. Komunikat wspominał już tylko o zagrożeniu ze strony ogórków hiszpańskich. Dziś wiemy, że fałszywy.

Pałeczki okrężnicy Escherichia coli zazwyczaj nie wywołują paniki, są przecież częścią naszej flory bakteryjnej w przewodzie pokarmowym. Powody do niepokoju powstają wtedy, gdy przedostaną się na przykład do układu krwionośnego. Bakterie, które zaatakowały chorych w okolicach Hamburga (zachorowania odnotowano także w innych krajach, ale wszyscy wcześniej przebywali w północnych Niemczech), okazały się jednak wyjątkowo niebezpieczne. Groźne dla życia nie były bowiem krwawe biegunki, ale wytworzona przez bakterie werotoksyna, która atakuje nerki. Kiedy dojdzie do rozwoju zespołu hemolityczno-mocznicowego (HUS), powstaje groźba utraty życia. Jeszcze groźniejszy jest fakt, że enterokrwotoczne E. coli (EHEC) okazały się mutantem odpornym na leki. To dlatego lekarze są bezradni.

Po ogórkach kiełki

Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że bakterie znalezione na ogórkach andaluzyjskich są wprawdzie E. coli, ale nie są EHEC, nie one więc spowodowały śmierć kilkunastu już wtedy osób. Więc co? Instytut Roberta Kocha, który prowadzi w tej sprawie dochodzenie epidemiologiczne, jest ostrożny ze wskazywaniem kolejnych podejrzanych. Z przecieków wiadomo natomiast, że jako źródło zakażenia przez pewien czas była brana także pod uwagę wołowina. W Internecie mnożą się nawet teorie spiskowe, że jest to sprawa terrorystów. Trwają dokładne analizy diety zakażonych. Wiadomo jednak, że im dłużej trwa dochodzenie, tym bardziej maleją szanse wykrycia winowajcy.

Kolejnym podejrzanym okazały się kiełki fasolki i kilkunastu kiełkowych mieszanek z gospodarstw ekologicznych w okolicy Hamburga. Mogły trafić do menu restauracji w Lubece, przez którą przewinęła się spora grupa zakażonych. Na wszelki wypadek gospodarstwa zostały zamknięte. W ten sposób nastąpił powrót do pierwotnego tropu – gnojowicy. Żeby nie używać chemii, w gospodarstwach ekologicznych stosuje się nawozy naturalne, które – jak się okazuje – mogą być dla naszego zdrowia jeszcze większym zagrożeniem. Zwłaszcza gdy staną się siedliskiem bakterii odzwierzęcej. Właścicielom tych gospodarstw, identycznie jak tych „przemysłowych”, także zależy na zysku. Mogą więc starać się skracać pewne procesy, na przykład czas, w którym gnojowica trafi z obory na pole. Podejrzewa się, że tak stało się w tym przypadku. Nie mamy też odpowiedzi na pytanie, od jakich zwierząt pochodziła gnojowica?

Tymczasem skutki paniki warzywnej, jakiej ulegli konsumenci, odbijają się na wszystkich unijnych rolnikach. Najboleśniej i jako pierwsi odczuli je rolnicy hiszpańscy – europejscy konsumenci przestali kupować hiszpańskie warzywa. Także i wtedy, gdy wiadomo było, że to nie ogórki andaluzyjskie są zabójcami. Straty Hiszpanie szacują na 200 mln euro, na razie. Zamierzają domagać się odszkodowań. Firma Frunet Bio, na którą padło nieuzasadnione podejrzenie, musiała zawiesić działalność. Nie ma już nic do stracenia, zapowiada proces.

Wolny przepływ towarów i ludzi to fundament, na którym opiera się Unia. Początkowo więc Komisja Europejska zamierzała go bronić, wydając 31 maja oświadczenie zabraniające krajom członkowskim ustanawiania jednostronnych barier w swobodnym przepływie towarów. Pod naciskiem Włoch, Francji i Austrii zapis wykreślono. Zaczęło się od zakazu sprzedaży hiszpańskich warzyw w niemieckich, czeskich i belgijskich sieciach handlowych. Wyglądało na to, że na strachu i panice konsumentów będą mogli zarobić lokalni dostawcy. Nasi też mieli pretensję do rządu, że nie zamyka granic.

Te kalkulacje zawiodły, panika konsumentów okazała się niesterowalna, a broń obosieczna. Jeśli ktoś na niej zarobi, to nie rolnicy. 2 czerwca embargo na wjazd warzyw z terenu całej Unii ogłosiła Rosja. Po kieszeni dostają także nasi plantatorzy – właśnie zaczął się sezon na polskie pomidory i ogórki. W ubiegłym roku na sprzedaży warzyw do Rosji nasi rolnicy zarobili 120 mln euro. Z warzyw panika przenosi się także na owoce: producenci truskawek już zaczynają liczyć straty.

System alarmowy

Unijny System Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznej Żywności i Paszach (RASFF) jest uważany za najbardziej rygorystyczny na świecie. Już w kilka godzin po wykryciu ogniska zatrucia można trafić do gospodarstwa, które stało się jego sprawcą. Tak było z andaluzyjskimi ogórkami. Tyle że sprawca okazał się niewinny, a winowajca po 12 dniach od ogłoszenia alarmu ciągle pozostaje nieznany. Kiełki to także tylko hipoteza. Na razie więc narastają pretensje do fitosanitarnych władz Hamburga, że zabójcę wskazały za wcześnie, ale o zagrożeniu poinformowały zbyt późno. Alarm wszczę­to 26 maja. Z raportu Instytutu Roberta Kocha wynika, że przed 25 maja potwierdzonych przypadków HUS było już 214, w tym trzy śmiertelne.

Jak działa system ochrony pół miliarda unijnych konsumentów? – Kraje graniczne odpowiadają za import spoza Unii. My za ten, który drogą lądową przyjeżdża z Białorusi, Ukrainy i Rosji – mówi Jan Orgelbrand, zastępca głównego inspektora sanitarnego. Nie mamy za dużo roboty, bo stamtąd żywności się raczej nie sprowadza. Trochę tylko grzybów z Białorusi, które nawet sprawdzamy, czy nie są napromieniowane. Przechodzą przez specjalne bramki, które zakupiliśmy za pieniądze unijne. Cytrusy i ananasy wpływają raczej do portu w Hamburgu, więc kontrola jakości należy do Niemców. Potem już w każdym kraju odbywają się kontrole wyrywkowe. Dzięki RASFF w porę wykryliśmy, że w chińskim proszku do pieczenia znajdują się zabójcze dioksyny. Dostał się wprawdzie na teren UE, ale wyłapał go system w polskim zakładzie przetwórczym. W ramach RASFF Irlandczycy wykryli też u siebie bekon z dioksynami. Partia została wycofana, zanim dotarła do konsumentów.

Istotą systemu jest kontrola i rejestracja całego łańcucha produkcji, z naciskiem na jego początkowe etapy. Szklarnie firmy Vegapol w Janowie niczym nie różnią się od tych w innych krajach. Są może nawet bardziej nowoczesne, bo nowsze. Pomidory i ogórki rosną w wełnie mineralnej pochodzącej ze skał wulkanicznych. Dostarczanie wody i nawozów sterowane komputerowo, nie ma mowy o przedawkowaniu. Daty i ilości są na bieżąco rejestrowane. – Uprawa jest integrowana – chwali się Łukasz Budyta z Vegapolu. – To znaczy, że nie stosuje pestycydów, bo mszycę i przędziorka, które niszczą plantacje, zwalczamy za pomocą szkodników, które się nimi żywią. Żeby było mniej chemii. Mimo to sprawdza się wyrywkowo, czy w warzywach nie ma aby za dużo azotanów czy azotynów.

 

Vegapol jest dostawcą do sieci marketów i hoteli. Wpadka oznaczałaby nie tylko utratę dobrego klienta, ale ruinę dla firmy. W czasie wizyty prezydenta Obamy służby sanitarne Marriotta po raz kolejny przyglądały się wszystkim jego certyfikatom, bo warzywa mogły trafić do prezydenckiego menu. Certyfikaty Vegapolu sprawdzali też dokładnie Rosjanie. Kiedy jeszcze kupowali.

Po wybuchu paniki Budyta myślał, że teraz konsumenci przerzucą się na polskie produkty. Sprawy potoczyły się inaczej. Najpierw na nieszczęściu Hiszpanów postanowiły zarobić sieci i zażądały obniżki cen, bo jak nie – kupią w Holandii, tam warzywa staniały najszybciej. Kaufland w Polsce handluje pomidorami holenderskimi. Podobnie argumentowali Rosjanie. Ceny w całej Unii poleciały na łeb, na szyję. Jeszcze pierwszego czerwca Budyta narzekał, że sieci za sześciokilogramowy karton pomidorów płacą zaledwie 13 zł, 3 czerwca uważał, że to była bardzo dobra cena. Markety już nie chciały płacić nic. Konsumenci przestali kupować. Polskie produkty też.

W Vegapolu gniją nawet pomidory malinowe, polska specjalność, których ani Hiszpanie, ani Holendrzy nie uprawiają. Są zbyt delikatne, wrażliwe na transport. Za to o wiele smaczniejsze i z większą zawartością likopenu chroniącego przed wolnymi rodnikami. Zbigniew Klimowicz spod Gliwic likwiduje szklarnie z ogórkami. Od tygodnia wszystkie utylizuje, bo sprzedaż niemal zamarła. Konsumenci bojkotują warzywa, nie słuchając żadnych argumentów. – I po co ta cała unijna biurokracja – denerwuje się Klimowicz. – Te środki ostrożności, które każą zapisywać każdą stłuczoną szybę i gdzie wyrzucono szkło? Plaster na ręku pracownika, w razie skaleczenia, też nie może być zwykły, musi być niebieski.

Warzywa z takich szklarni jak Budyty czy Klimowicza są superbezpieczne. Ale konsument nie analizuje, konsument panikuje. System wczesnego ostrzegania najbardziej rygorystyczny jest dla dużych dostawców. Ich towar może być przecież sprzedawany na terenie całej Unii. Poszczególne sieci, na przykład Tesco, wysyłające polskie warzywa do Anglii, do i tak ostrych wymagań unijnych, dorzucają własne. Niska cena odstrasza jednak dostawców, więc wysyłka polskich pomidorów do innych krajów Wspólnoty maleje. Dziś więcej warzyw importujemy, niż wysyłamy za granicę.

Droga tania żywność

Hiszpański trop, choć niesprawdzony, wydawał się odpowiadać wszystkim. Nie można wykluczyć, że na początku ogrodnicy z innych krajów nawet po cichu zacierali ręce, że najmocniejszy konkurent dostanie trochę po kieszeni. – Hiszpania jest największym eksporterem warzyw w Europie – potwierdza Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Od listopada do końca marca ogórki, pomidory, sałata czy kalafiory, jakie w swoich sklepach kupują unijni, także polscy konsumenci, pochodzą głównie z Hiszpanii. Nie zawsze tak było, kiedyś większymi dostawcami warzyw byli Włosi, Niemcy i Holendrzy. Hiszpanie wypchnęli ich z rynku, są tańsi. My też mieliśmy kiedyś wczesne pomidory z własnych szklarni. Jednak przy obecnych cenach opału już się nie opłaci ich uprawiać.

Od stycznia do marca 2011 r. z Hiszpanii na polskie stoły trafiło warzyw za ponad 28 mln euro, z Niemiec – za 4,5 mln. Od kwietnia zaczynamy jeść głównie swoje; obecna panika warzywna uderzyła więc przede wszystkim w polskich dostawców. Okazało się, że wielu konsumentów woli na wszelki wypadek zrezygnować z zakupu – obojętnie, produktów importowanych czy krajowych – niż dokładnie myć ręce i warzywa, co skutecznie chroni przed bakterią E. coli. Nawet jej mutantem. Na razie ceny lecą w dół (kg ogórków w hurcie kosztował o tej porze 2,50 zł, teraz nawet 0,50 zł, pomidory staniały o ponad 30 proc.), więc ogrodnicy likwidują plantacje. Wkrótce podaż warzyw zmaleje, panika się skończy, a gdy zacznie ich brakować, ceny skoczą do góry.

Wszędzie na świecie tańsi dostawcy wypychają z rynku droższych. Ale pogoń za niską ceną kosztuje. Jemy warzywa i owoce pochodzące z coraz dalszych stron, zerwane na długo wcześniej, nim zdążyły dojrzeć. Odbiorcy pomidorów na przykład mogą na tablicy kolorów wybierać od 1 (kompletnie zielony) do 10 (dojrzały).

– Sieci najczęściej decydują się na 6, czyli owoc zrywa się z krzaka, gdy jest ledwie pomarańczowy – wyjaśnia Łukasz Budyta. Proces dojrzewania reguluje się temperaturą. Odpowiednio ustawiona umożliwia handel pomidorem aż przez trzy tygodnie. Dla wielkich sieci trwałość i odporność na uderzenia jest o wiele większym walorem niż smak, pod tym kątem dobiera się odmiany. Narzekamy, że kiedyś pomidory pachniały i były smaczniejsze. Ale kupujemy najtańsze, wypychając z rynku małe lokalne gospodarstwa. Ba, konkurencja cenowa może także skłaniać producentów tzw. zdrowej żywności do omijania technologicznych reżimów.

Okazuje się – to szok! – że „żywność ekologiczna” jest dziś takim samym, a może nawet większym zagrożeniem niż tzw. żywność przemysłowa.

Zbigniew Klimowicz, właściciel ogromnych szklarni koło Gliwic, stanowczo zaprzecza plotkom, jakoby zielone pomidory dojrzewają dzięki temu, że wstrzykuje się do nich denaturat. To wierutna bzdura. Ale temu, że pojawił się lekooporny mutant bakterii E. coli, już się nie dziwi. Kiedyś krowa dawała 3–4 tys. litrów mleka rocznie. Dziś, jeśli nie daje 10 tys., idzie pod nóż. Żeby mleko było tanie, krowa musi być wydajna. I zdrowa, więc w razie infekcji karmi się ją antybiotykami. To jak te bakterie mają się nie mutować? W ostatnich dniach w ramach systemu RASFF służby weterynaryjne Wielkiej Brytanii zaalarmowały o wykryciu odpornego na antybiotyki gronkowca złocistego (MRSA – methicyllin-resistant Staphylococcus aureus). Mutant zaatakował brytyjskie krowy, jest groźny także dla ludzi. Zwłaszcza gdyby gnojowica z takiej obory dostała się na plantacje ekologiczne...

Polityka 24.2011 (2811) z dnia 05.06.2011; Temat tygodnia; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Atak plonów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną