Ostre spadki na giełdach

Czerwone wygrywa
Po kilku dniach uspokojenia warszawska giełda znowu tonie. Był moment, że w czwartek dzienny kurs WIG spadał o… 8,6 proc. Ostatecznie skończył pod kreską „tylko” o 5,8 proc. W tym roku jeszcze nie było tak źle. Gorzej, że to pewnie nie koniec zjazdu.

Co się stało? Och, nic takiego. To tylko … panika. Wygląda na to, że inwestorom ostatecznie puściły nerwy. W ostatnich tygodniach dostają coraz bardziej niepokojące sygnały na temat malejącej produkcji, rosnącego bezrobocia, braku zamówień. Jeszcze nie dramatyczne, ale w sumie mocno deprymujące.

Wczoraj dotyczyło to także Polski. Okazało się, że w lipcu produkcja przemysłowa w porównaniu z czerwcem spadła o 6 proc., a w skali roku ledwo wzrosła. Stopniowo hamujemy więc i my. Prognozy dotyczące wzrostu gospodarczego w wielu krajach są coraz słabsze, a proponowane przez rządy i banki centralne najważniejszych państwa świata środki zaradcze mające wprowadzić ład na rynki finansowe przestają robić wrażenie. Dotyczy to także wyników ostatniego spotkania Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego na temat powołania „rządu gospodarczego” dla strefy euro. Nikt już nikomu nie wierzy i nikomu nie ufa. Dominuje strach. A to, jak wiadomo, zazwyczaj zły doradca.

W efekcie w czwartek warszawski parkiet znalazł się w doborowym towarzystwie. Ostre, podobne  spadki kursów notowano m.in. w Paryżu, Frankfurcie, Londynie i Nowym Jorku. Tego samego można spodziewać się teraz w Azji. Przez dzień, dwa trzy, może dłużej? Finansowy świat wstrzymał oddech i zastanawia się czy to właśnie rusza druga fala kryzysu, o której niemal wszyscy byli przekonani, że nadejdzie, tylko nie znali jej skali i terminu? Precyzyjna odpowiedź warta bałaby fortunę. Nikt jej, rzecz jasna, jednak nie zna.

Kiedy patrzy się na las czerwonych wskaźników, uczucie jest oczywiście nieprzyjemne, a chęć przeciwdziałania stratom przemożna. Niestety, gdy wszyscy na masową skalę sprzedają akcje w tym samym czasie, wielkość strat musi przytłaczać. Na pocieszenie przytacza się argument, że im szybciej inwestorzy „zejdą do parteru” i „wybetonują dno” tym łatwiej i prędzej będzie się można od niego odbić.  Pociecha to jednak marna, a perspektywy na ten rok w sumie przygnębiające.

Najbliższe miesiące na światowych parkietach to rzeczywiście już tylko czas dla giełdowych wyjadaczy, grających szybko i ostro, bez wytchnienia, ale za to z zimną krwią i nieodzownym wyczuciem. Nie ma wątpliwości, że reszta powinna raczej poza giełdą przeczekać trudny czas, a już na pewno teraz na ten rynek nie wchodzić. W najbliższych tygodniach amplitudy kursowych wahań mogą tylko rosnąć, a zmienność nastrojów będzie zaskakiwać. Do czasu, gdy finansowy świat dojdzie do wniosku, że pierwotne przyczyny międzynarodowego kryzysu finansowego (do których m.in. należy życie ponad stan całych państw i społeczeństw), da się opanować. Na razie tego przekonania z pewnością nie ma. I stąd biorą się te ostre tańce na parkietach.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj