Rozwarstwienie ekonomiczne, czyli tykająca bomba

Widmo krąży po świecie
Mimo kryzysu jeszcze nigdy tak wielu ludziom nie żyło się tak dobrze. Jeszcze nigdy nierówności wewnątrz społeczeństw i między narodami nie były tak wielkie. Pierwsze zjawisko nie wyklucza drugiego. Historia podpowiada jednak, że gdy występują razem, nadchodzi czas rewolucji.
Żebrzący chłopiec na ulicy Bombaju.
Arko Datta/Reuters/Forum

Żebrzący chłopiec na ulicy Bombaju.

Slumsy w Manili, tuż za nimi - imponujące City.
Micha Theiner/eyevine/EAST NEWS

Slumsy w Manili, tuż za nimi - imponujące City.

Wzrost rozwarstwienia ekonomicznego widać w większości krajów świata.
Klearchos Kapoutsis/Flickr CC by 2.0

Wzrost rozwarstwienia ekonomicznego widać w większości krajów świata.

Wyrazem kontrdemokracji są dziś rozlewające się po świecie ruchy oburzenia.
david_shankbone/Flickr CC by 2.0

Wyrazem kontrdemokracji są dziś rozlewające się po świecie ruchy oburzenia.

Społeczny gniew nie wybucha wtedy, gdy wszyscy równo klepią biedę. Gniew pojawia się wraz z poczuciem niesprawiedliwości, gdy pryska wiara, że wszyscy proporcjonalnie ponoszą ciężary kryzysu, a jak jest dobrze, to uczciwie dzielą owoce rozwoju. W połowie września w Stanach Zjednoczonych zostały opublikowane wyniki dotyczące zamożności i ubóstwa Amerykanów. Liczba osób żyjących w biedzie, połączonej z brakiem ubezpieczenia zdrowotnego, osiągnęła historyczny rekord. To fakt smutny, lecz z politycznego punktu widzenia nie najgorszy. Większym problemem jest odkrycie, że pensja przeciętnego Amerykanina, zatrudnionego w pełnym wymiarze czasu przez cały rok, jest dziś taka jak w 1973 r.

W tym samym jednak czasie amerykańska gospodarka, co prawda z kilkoma recesjami po drodze, stale się rozwijała. Najwyraźniej ktoś zebrał śmietankę. Gromadzący się na Wall Street i na ulicach innych miast Oburzeni znają odpowiedź: na rozwoju zyskał 1 proc. najlepiej usytuowanych Amerykanów, którzy na dodatek najwięcej także zyskali na kryzysie. Dysponując olbrzymimi zasobami, korzystają z giełdowych przecen i za półdarmo skupują aktywa, które, gdy gospodarka ruszy, jeszcze bardziej oderwą ich od pozostałych 99 proc. społeczeństwa.

Wzrost rozwarstwienia ekonomicznego widać w większości krajów świata. W egalitarnej rzekomo Francji, jeszcze przed wybuchem kryzysu, 1 proc. najbogatszych rozporządzał 24 proc. bogactwa, a górne 10 proc. kontrolowało 62 proc. narodowego majątku. Z drugiej strony, biedniejsza połowa miała do dyspozycji zaledwie 6 proc.

Patologiczne wzory konsumpcji

Największą ofiarą modelu rozwoju gospodarczego ostatnich lat stała się klasa średnia – dochodzi do wniosku amerykański miesięcznik „The Atlantic”. Zwłaszcza ta jej część, która uwierzywszy w obietnicę proroków nowego kapitalizmu, Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, porzuciła szeregi klasy robotniczej i kupując domy na kredyt starała się awansować w społecznej strukturze. Dziś to właśnie wykwalifikowani pracownicy bez dyplomu studiów wyższych mają największe trudności ze znalezieniem pracy i utrzymaniem standardu życia.

Próba zaradzenia przez przekwalifikowanie się niewiele zmienia – wartość pożyczek zaciągniętych w USA na studia i szkolenia osiągnie w tym roku bilion dolarów! To więcej niż dług, jaki Amerykanie mają na kartach kredytowych. Konserwatywna prasa uspokaja jednak podatników: nie grozi podobna sytuacja jak w przypadku kredytów hipotecznych, kiedy trzeba było za publiczne pieniądze ratować bankrutów (to znaczy banki, które udzielały złych kredytów). Pożyczki edukacyjne są tak zabezpieczone, że dłużnik wyjdzie bez skarpetek, ale odda ostatniego centa.

Skoro tak, to czy rosnące nierówności są w ogóle problemem? Tak, i to z wielu względów. Robert Reich, amerykański ekonomista, który za rządów Billa Clintona był ministrem pracy, przekonuje na łamach „New York Timesa”, że rozwarstwienie dochodów przekłada się na patologiczne wzory konsumpcji. Otóż 5 proc. najbogatszych Amerykanów odpowiedzialnych jest za 37 proc. amerykańskich wydatków konsumpcyjnych. Wydają głównie na luksus – producenci ekskluzywnych dóbr nie nadążają za popytem.

Niestety, najbogatsi nie wydają na rzeczy, które mogłyby ożywić gospodarkę: lodówki, pralki, usługi. Coraz mniej wydaje na nie ubożejąca klasa średnia. Błędne koło się zamyka – ponieważ nie ma zrównoważonego popytu na produkty i usługi, gospodarka nie może ruszyć. I nie ruszy, jeśli nie wzrośnie siła nabywcza, czyli zamożność gorzej uposażonych. A jeśli nie ruszy, to nie będą powstawać nowe miejsca pracy.

Najprostszy rachunek ekonomiczny pokazuje, że nadmierne rozpiętości dochodowe mogą być dla gospodarki zabójcze. Według brytyjskich badaczy Kate Pickett i Richarda Wilkinsona, nierówność jest po prostu groźna dla wszystkich wymiarów życia społecznego. Właśnie ukazała się w Polsce ich książka „Duch równości”. Z szeroko zakrojonych badań Brytyjczyków wynika, że w społeczeństwach charakteryzujących się większą równością ludzie żyją dłużej i są zdrowsi, dzieci uczą się lepiej, obywatele darzą się większym zaufaniem i są bardziej zaangażowani w sprawy społeczne. W konsekwencji obserwuje się w takich społeczeństwach mniejsze natężenie przemocy i przestępczości, mniej ludzi cierpi na otyłość, a więcej jest szczęśliwych i zadowolonych z życia.

Wnioski zarówno z analiz Reicha, jak i badań Pickett i Wilkinsona prowadzą do jasnej konkluzji: równość się opłaca, pod warunkiem jednak, że nie krępuje wolności. Kuba jest krajem dużej równości, co rzeczywiście dobrze koreluje z takimi wskaźnikami jak długość życia, zdrowie społeczeństwa i dostęp do powszechnych usług publicznych całkiem wysokiej jakości – opieki medycznej i edukacji. A jednak to nie Kuba jest miejscem masowych migracji, lecz sąsiadujące z nią, rażące nierównością Stany Zjednoczone.

Prawo do wolności

Czy wolność i równość można pogodzić? Pierre Rosanvallon, francuski historyk idei, przekonuje w najnowszym traktacie „La société des égaux” (Społeczeństwo równych), że obie wartości mają kluczowe znaczenie dla działania demokracji i jej jakości. Rewolucję amerykańską i rewolucję francuską, które wybuchły pod koniec XVIII w., napędzało to samo pragnienie wolności, które z kolei wynikało z głębokiego przekonania, że wszyscy ludzie są równi i w takim samym stopniu mają prawo do wolności.

Rosanvallon przypomina jednak, że te dwie rewolucje, kładące podwaliny pod nowoczesne systemy demokratyczne, rozegrały się jeszcze w okresie przedprzemysłowym. Problemem nie był wówczas podział dóbr, równość rozumiano jako sposób na tworzenie społeczeństwa i definiowano ją przez trzy kategorie. Pierwsza, że wszyscy ludzie są do siebie podobni, czyli że nie występują między nimi różnice z natury, dające podstawę do tworzenia hierarchii.

Druga, że ludzie są autonomiczni, co najlepiej wyraża się w wolności wchodzenia w relacje wymiany, jak choćby handel na wolnym rynku. I w końcu – ludzie są obywatelami, czyli mają równe prawo partycypacji w sprawach wspólnoty. Tak zorganizowaną społeczność równych organizują instytucje praw człowieka, rynku i wyborów powszechnych.

W drugiej połowie XIX w. nowoczesne demokracje pogrążyły się w głębokim kryzysie. Sytuacja do złudzenia przypominała obecną – przemysłowy kapitalizm rozwijał się w zawrotnym tempie, błyskawicznie rosły fortuny nowej klasy, właścicieli kapitału. Karol Marks przewidywał, że logika akumulacji doprowadzi do systematycznego wyzysku pracowników najemnych i proletaryzacji klasy robotniczej. Przeciwnicy Marksa przekonują, że industrializacja przyniosła wzrost poziomu życia wszystkim, również robotnikom. Ba, tylko że współautor „Manifestu komunistycznego” tego nie kwestionował, zwracając uwagę, że od samej biedy bardziej dotkliwa jest sytuacja rosnących nierówności.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną