Rynek

Stawki i ustawki

Afera: Czy bankierzy manipulowali oprocentowaniem?

Banki pożyczają sobie od miliona złotych w górę, a dzienny obrót na tym rynku wynosi średnio 6 mld zł. Banki pożyczają sobie od miliona złotych w górę, a dzienny obrót na tym rynku wynosi średnio 6 mld zł. Janusz Kapusta / Corbis
Trwają śledztwa, czy wielkie banki manipulowały stawkami, od których zależy oprocentowanie milionów kredytów hipotecznych, także w Polsce. Czym jest LIBOR, dlaczego rośnie WIBOR i co robią bankowi dealerzy?
Żaden szanujący się bank nie siedzi na pieniądzach, tylko lokuje wolne środki, by przynosiły mu zysk.Janusz Kapusta/Corbis Żaden szanujący się bank nie siedzi na pieniądzach, tylko lokuje wolne środki, by przynosiły mu zysk.

Artykuł w wersji audio

Pod koniec stycznia właścicieli kredytów złotowych spotkała przykra niespodzianka. Od czerwca nie było podwyżek stóp procentowych, analitycy spodziewali się raczej obniżek, a mimo to raty wzrosły. Podniósł się bowiem WIBOR 3M, międzybankowa stawka referencyjna, na której opiera się oprocentowanie większości kredytów w złotych. 30 września wynosił on jeszcze 4,76 proc., ale 30 grudnia – już 4,99 proc. Od czerwca wskaźnik ten wzrósł o 11,63 proc., a wraz z nim raty tysięcy kredytów złotowych, które i tak są znacznie droższe od tych walutowych.

WIBOR (skrót od Warsaw Interbank Offered Rate) to koszt pieniądza na rynku międzybankowym. Brzmi tajemniczo, ale w istocie jest proste: to procent, na jaki banki pożyczają sobie nawzajem na krótki termin. Żaden szanujący się bank nie siedzi bowiem na pieniądzach, tylko lokuje wolne środki, by przynosiły mu zysk. Te wolne środki to płynność. Jeśli bank ma nadwyżkę, może ją pożyczyć innemu bankowi, któremu płynności akurat brakuje. – Zarządzanie płynnością i zarabianie to dwa główne cele obecności na rynku międzybankowym – mówi Marta Kępa, prezes Stowarzyszenia Rynków Finansowych ACI Polska, które ustala stawki WIBOR.

Rynek międzybankowy w Warszawie budzi się codziennie o 8.45. Dealerzy, czyli handlowcy w kilkunastu największych bankach, zaczynają dzwonić do siebie nawzajem i pytać, po ile drugi bank im pożyczy lub ile zapłaci za zdeponowanie u niego pieniędzy na dany okres. Bankowcy nazywają to kwotowaniem i proces ten trwa cały dzień – inaczej niż na giełdzie, na rynku międzybankowym nie ma tablicy z aktualnym kursem, który obowiązywałby graczy w danej chwili. Transakcje zawiera się over the counter, dosłownie przez ladę, czyli między dwoma kontrahentami. – Podana cena jest ważna pół minuty. Zdarza się, że dealer w drugim banku zwleka z decyzją i cena zmienia się w trakcie rozmowy – mówi Kępa.

Zaufanie na jedną noc

Dziś jest spokojnie, bo w Stanach mamy święto – mówi Wojciech Galiński, kierownik Zespołu Zarządzania Portfelami Inwestycyjnymi PEKAO SA. Dealing room zajmuje pół piętra w biurowcu banku przy ul. Żwirki i Wigury, każdy dealer ma przed sobą co najmniej dwa monitory z danymi i wielofunkcyjny telefon, przez który może łączyć się z kilkoma osobami naraz. Po prawej sześć stanowisk zarządzania bieżącą płynnością banku – to tam przyjmuje się i lokuje depozyty – dalej biurka analityków, dealerów walut, obligacji, instrumentów pochodnych itd. Na ścianie włączony stale telewizor. – Musimy reagować na każdą wiadomość, wystąpienie szefa NBP, wypowiedź premiera – mówi Galiński.

Banki pożyczają sobie od miliona złotych w górę, a dzienny obrót na tym rynku wynosi średnio 6 mld zł. Rynek międzybankowy jest wprawdzie częścią rynku pieniężnego, gdzie instytucje finansowe i korporacje biorą pożyczki na okres do 12 miesięcy, ale same banki nie lubią rozstawać się z pieniędzmi na tak długo: 92 proc. obrotów między nimi stanowią depozyty O/N (overnight), czyli na jedną noc. Są też tygodniowe (SW), dwutygodniowe (2W), miesięczne (1M), trzy- (3M), sześcio- (6M) i dziewięciomiesięczne (9M), wreszcie roczne (1Y), ale w praktyce depozyty powyżej miesiąca są rzadkością (stanowią 0,3 proc. łącznych obrotów). Im dłuższy okres, tym oprocentowanie oczywiście wyższe.

 

Stawkę O/N ustala bank centralny. – Stopa referencyjna Narodowego Banku Polskiego to wskazanie, na ile ma być oprocentowany jednodniowy depozyt międzybankowy – mówi Mirosław Budzicki, ekspert w biurze strategii rynkowych banku PKO BP. W razie potrzeby bank centralny wymusza tę stawkę poprzez sprzedaż siedmiodniowych bonów pieniężnych. Stawki na dłuższe okresy ustala już rynek i są one pochodną oczekiwań co do przyszłych stóp procentowych oraz czynników, które mogą na nie wpłynąć – jak wzrost PKB, inflacja czy kurs złotego. Stawki zależą też od nastawienia banków do siebie nawzajem: są niższe, gdy banki sobie ufają, i wyższe, gdy patrzą na siebie podejrzliwie.

Codziennie o 11 rano następuje tzw. fixing, czyli ustalenie stawek WIBOR. Banki, które biorą w nim udział, podają stawki, po jakich są gotowe pożyczyć na każdy z okresów. Agencja Thomson Reuters zbiera te oferty, odrzuca dwie najniższe i dwie najwyższe, a z pozostałych wyciąga średnie, po czym ogłasza stawki dla każdego z okresów. – WIBOR to taka fotografia rynku depozytów międzybankowych z godziny 11 – tłumaczy Galiński. Przez 15 minut po fixingu kwotujące banki są zobowiązane zawierać transakcje po zgłoszonych przez siebie stawkach, ale od 11.16 znowu decyduje rynek. Jeśli mamy akurat ostatni dzień kwartału, nowy WIBOR 3M zmienia oprocentowanie kredytów. Tak było ostatnio 30 grudnia.

Widzimisię banków

Jeśli WIBOR rządzi rynkiem międzybankowym w Polsce, to na globalnym rynku pieniężnym króluje LIBOR (London Interbank Offered Rate). Nie tylko dlatego że jest ustalany w Londynie, finansowej stolicy świata, na którą przypada 20 proc. obrotów na globalnym rynku międzybankowym. LIBOR to stawka referencyjna dla 10 czołowych walut: największe banki kwotują depozyty w dolarze amerykańskim, jenie japońskim, funcie szterlingu, franku szwajcarskim, dolarze kanadyjskim, australijskim i nowozelandzkim oraz koronie szwedzkiej i duńskiej. W ramach LIBOR kwotowane są również depozyty w euro, ale akurat dla tej waluty ważniejsza jest stawka EURIBOR ustalana we Frankfurcie.

Metoda ustalania LIBOR jest podobna jak przy WIBOR: o 11 rano banki należące do panelu danej waluty (niektóre należą do kilku paneli jednocześnie) podają swoje stawki na 15 różnych okresów od overnight do roku. Thomson Reuters odrzuca dolny i górny kwartyl, a z pozostałych wskazań wyciąga średnią dla każdej waluty i każdego okresu. Tak powstaje codziennie 150 różnych stawek LIBOR – po 15 dla każdej z 10 walut. Wyniki wyliczeń są publikowane wraz ze wskazaniami każdego z banków. Inaczej niż w Warszawie, stawka londyńska nie jest transakcyjna – banki są pytane, po ile sądzą, że byłyby gotowe pożyczyć, ale nawet przez kwadrans nie muszą zawierać transakcji po podanej cenie.

Dlaczego mimo to LIBOR jest taki ważny? Podobnie jak w przypadku WIBOR bazuje na nim oprocentowanie kredytów o wartości ok. 10 bln dol., wśród nich powszechnych w Polsce kredytów hipotecznych we frankach. Ale to małe piwo przy instrumentach pochodnych opartych na stawkach LIBOR – ich łączną wartość szacuje się na zawrotną sumę 350 bln dol. Na londyńskich stawkach wisi cały rozbuchany rynek tzw. swapów walutowych, opcji i futures na stopy procentowe itp. Brytyjskie Stowarzyszenie Banków, które odpowiada za ustalanie LIBOR, zapewnia, że odzwierciedla on realia rynku międzybankowego, ale od kilku lat mnożą się pytania, czy banki rzeczywiście pożyczają po tyle, ile deklarują.

LIBOR był jednym z pierwszych zwiastunów kryzysu finansowego – stawki podskoczyły już latem 2007 r., a więc na rok przed upadkiem Lehman Brothers, bo już wówczas banki zaczęły obawiać się bankructwa jednego z konkurentów i gromadzić płynność na wypadek takiej sytuacji. Obawy się sprawdziły, a po bankructwie Lehmana rynek międzybankowy praktycznie zamarł, a w październiku 2008 r. stawki LIBOR wystrzeliły do rekordowych poziomów. Ale później opadły nadzwyczaj szybko – według specjalistów za szybko, jak na trwającą do dziś awersję banków do pożyczania sobie nawzajem. Tak zrodziło się podejrzenie, że w rzeczywistości płacą sobie więcej, niż deklarują.

Masowali stawki?

Banki mogły mieć szereg powodów, by zaniżać LIBOR. Po pierwsze dlatego, by nie wywołać eksplozji niespłacanych kredytów hipotecznych w środku kryzysu – trwały wzrost stawek pociągnąłby za sobą wzrost oprocentowania, także kredytów walutowych w Polsce. Po drugie, by nie budzić podejrzeń, że same mają kłopoty – gdyby kwotowały wyżej, konkurencja mogłaby pomyśleć, że desperacko poszukują płynności. Ale jest też trzecia hipoteza: że banki zaniżały LIBOR nie z troski o system finansowy, tylko dla zarobku. W marcu 2011 r. szwajcarski bank UBS napisał mimochodem w swoim raporcie rocznym, że współpracuje z amerykańskim nadzorem w śledztwie dotyczącym manipulacji LIBOR.

Od tamtego czasu osobne dochodzenia ruszyły w Japonii, Europie i Wielkiej Brytanii, a na liście podejrzanych są wszystkie liczące się banki. Według „Financial Times” Citigroup, Barclays i UBS same zgłosiły się z dowodami do brytyjskiego nadzoru po tym, jak przeprowadziły wewnętrzne śledztwa. W Japonii, jak donosi „Wall Street Journal”, znaleziono maile i zapisy czatów pomiędzy dealerami, mające świadczyć o uzgadnianiu kwotowań, a oddział UBS w Tokio ukarano pięciodniowym zakazem handlu derywatami. Komisja Europejska zleciła rewizję w Deutsche Banku, a szwajcarski nadzór finansowy ujawnił na początku lutego, że prowadzi dochodzenie przeciwko 12 bankom.

 

Wszystkie śledztwa dotyczą zmowy kartelowej, czyli domniemanego porozumienia między bankami lub dealerami, by wpływać na stawki LIBOR i EURIBOR. Banki oczywiście zaprzeczają, a tam gdzie znalazły się poszlaki, wskazują na dealerów, mówiąc, że działali na własną rękę. Citigroup, Deutsche i JPMorgan Chase zwolniły już w sumie kilkanaście osób, choć żadnej nie postawiono dotychczas zarzutów. Nadzory finansowe sprawdzają, czy zmowa, jeśli do niej doszło, była rzeczywiście inicjatywą samych dealerów, czy też działali oni na polecenie swoich banków. To drugie może być trudne do udowodnienia, zwłaszcza kilka lat po okresie, w którym miało dojść do manipulacji.

Wśród podejrzanych jest brytyjski bank RBS, który w grudniu wyrzucił z pracy szefa tradingu w swoim biurze w Singapurze. Tan Chi Min poszedł jednak do sądu i żąda dowodów na to, że dopuścił się „rażącego wykroczenia”, które uzasadniałoby przepadek 1,5 mln dol. bonusów i 3,3 mln w akcjach banku. Twierdzi, że kwotowanie stawek, które dałyby bankowi zarobić na derywatach, było na porządku dziennym, żaden wewnętrzny regulamin tego nie zakazywał, a zdarzało się nawet, że RBS kwotował tak, jak zażyczyli sobie wielcy klienci. Jeden bank nie mógł oczywiście wpłynąć na ostateczną stawkę LIBOR, ale twierdzenia Tana zadają kłam zapewnieniom RBS, że kwotowania odzwierciedlają sytuację na rynku.

Wszystko przez Solorza

Czy to samo mogło dziać się w Polsce? – U nas coś takiego jest niemożliwe – mówi Marta Kępa. Krajowy Nadzór Finansowy nie prowadzi dochodzenia w sprawie wzrostu stawek WIBOR. NBP pod koniec ubiegłego roku interesował się tą sprawą, ale po wyjaśnieniach otrzymanych od banków zaniechał dalszych kroków. Główny powód wzrostu stawek to przepływy kapitałowe po zakupie Polkomtela przez Zygmunta Solorza. Transakcję wartą 18 mld zł kredytowały zagraniczne banki, a żeby zdobyć złotówki, musiały pożyczyć je od polskich banków. – Nagły popyt podbił stawki WIBOR – wyjaśnia Galiński.

Na co dzień problemem na rynku depozytów międzybankowych jest raczej niska podaż. – Od upadku Lehmana łatwo ulokować tam pieniądze, ale znacznie trudniej je stamtąd pozyskać – mówi Małgorzata Smagorowicz, dyrektor zarządzająca, kierująca biurem tradingu i zarządzania portfelami inwestycyjnymi w PEKAO SA. Inaczej mówiąc, banki chętnie przyjmują depozyty, ale bardzo niechętnie same pożyczają. W dobie utrzymującej się nieufności wolą inwestować w obligacje albo bony skarbowe. – W razie potrzeby można je zawsze zanieść do NBP i wziąć pod nie kredyt lombardowy albo techniczny. W ten sposób bank nie pozbywa się płynności – wyjaśnia Smagorowicz. A płynność jest dziś równie ważna jak zyski.

Najbardziej płynnym instrumentem na rynku międzybankowym nie są dziś depozyty, tylko swapy walutowe. Przed upadkiem Lehmana dealerzy w Warszawie mogli być pewni, że w największych polskich bankach zawsze dostaną złotówki, a zagraniczne pożyczą im euro, dolary albo franki. – Dziś już tak nie jest – mówi Kępa. Polskim bankom trudno pożyczyć waluty, by je pozyskać, muszą umawiać się na wymiany depozytów złotowych na walutowe albo jednej waluty na drugą. Taka operacja to właśnie swap walutowy, a obroty na tych instrumentach pomiędzy bankami już dawno przewyższyły te na depozytach. Złotówki w takiej operacji są wciąż wyceniane w oparciu o WIBOR.

Wiarygodność WIBOR gwarantuje fakt, że banki muszą codziennie dokonywać transakcji za tyle, ile zakwotowały – to jedyna taka stawka referencyjna w całej Europie. Tym, co ją podważa, jest niewielka liczba depozytów na dłuższe terminy. Z drugiej strony: – Nie ma lepszej stawki referencyjnej do wyceny ryzyka kredytowego wszystkich uczestników rynku, poczynając od rządu, poprzez korporacje, a na kredytobiorcach kończąc – mówi Smagorowicz. My wszyscy musimy się więc pogodzić z wyrokiem rynków.

Polityka 09.2012 (2848) z dnia 29.02.2012; Rynek; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Stawki i ustawki"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną