Grupy interesów w polskiej służbie zdrowia

Powikłania i przerzuty
Polską służbą zdrowia nie rządzi ani władza, ani rynek, tylko coraz silniejsze grupy interesów. Dobro pacjentów w ogóle się nie liczy.
Wszechwładza NFZ, wynikająca z faktu, że to on finansuje całą służbę zdrowia (już prawie za 70 mld zł rocznie), budzi wątpliwości.
Rafał Guz / FOTORZEPA/Forum

Wszechwładza NFZ, wynikająca z faktu, że to on finansuje całą służbę zdrowia (już prawie za 70 mld zł rocznie), budzi wątpliwości.

Nawet w dobrych szpitalach publicznych nowoczesny sprzęt jest wykorzystywany coraz krócej, bo brakuje kontraktów.
David Mendelsohn/EAST NEWS

Nawet w dobrych szpitalach publicznych nowoczesny sprzęt jest wykorzystywany coraz krócej, bo brakuje kontraktów.

Lekarze znów grożą protestem. Od 1 lipca nie będą wypisywać leków refundowanych. Na szczęście tylko w gabinetach prywatnych.
Wojtek Pacewicz/Forum

Lekarze znów grożą protestem. Od 1 lipca nie będą wypisywać leków refundowanych. Na szczęście tylko w gabinetach prywatnych.

Minister zdrowia nie ma ani władzy, ani pieniędzy. Te znajdują się w NFZ. Bartosz Arłukowicz właśnie zwrócił się do premiera z wnioskiem o odwołanie jego prezesa Jacka Paszkiewicza. Na personaliach jednak nie powinno się zakończyć. Na razie w sytuacjach awaryjnych, których ostatnio zdarza się coraz więcej, minister okazuje się kompletnie bezradny. Ponosi polityczną odpowiedzialność za to, co tylko w niewielkim stopniu zależy od niego.

Lekarze znów grożą protestem. Od 1 lipca nie będą wypisywać leków refundowanych. Na szczęście tylko w gabinetach prywatnych. Powodem protestu wydaje się bezradność ministra wobec podległego mu Narodowego Funduszu Zdrowia. W wyniku poprzedniej odmowy wypisywania recept, na skutek interwencji Bartosza Arłukowicza, z ustawy wykreślono zapis o odpowiedzialności finansowej lekarzy za błąd na recepcie. Ale, już poza plecami ministra, pojawił się znowu – w umowach, które lekarze, chcąc zachować prawo do ordynowania leków refundowanych, muszą podpisać z NFZ. Prezes funduszu okazał się silniejszy od ministra. Protest ma spowodować, że lekarze okażą się silniejsi od prezesa. W tej próbie sił pacjenci znów staną się zakładnikami.

Sytuacja nie jest wcale czarno-biała, a racje są po obu stronach. W niektórych sprawach jesteśmy skłonni przyznać ją lekarzom, na przykład gdy domagają się przywrócenia możliwości zaordynowania medykamentu nie tylko zgodnie ze wskazaniami rejestracyjnymi producenta. Zastosowanie się do przepisu oznaczałoby bowiem na przykład, że wielu leków nie można przepisać dzieciom, których we wskazaniach się nie wymienia, gdyż unika się prowadzenia na nich badań klinicznych. Druga strona też jednak ma racjonalne argumenty. Jeśli producent nie chce ponieść odpowiedzialności za wskazanie specyfiku jako odpowiedniego dla jakiejś grupy pacjentów, to czy powinien brać ją na siebie lekarz? A jeśli nie on, to kto? Bartosz Arłukowicz zaproponował kompromis – wskazania producenta rozszerzone zostaną o zalecenia konsultanta krajowego i Ministerstwa Zdrowia. Lekarze nie wydają się z niego zadowoleni.

Punktów spornych jest o wiele więcej. Za całkowitym uwolnieniem lekarzy od finansowej odpowiedzialności za wypisane recepty, które otrzymuje pacjent, ale płaci za nie państwo, jesteśmy wtedy, gdy widzimy, że lekarz nie ma możliwości sprawdzenia, czy faktycznie jesteśmy ubezpieczeni. Ale gdy słyszymy, że wiele strat NFZ ponosi wskutek tego, że ogromne ilości bezpłatnej Viagry, środków antykoncepcyjnych czy hormonów wzrostu używanych do kuracji odmładzających przepisuje się kombatantom, nasza pewność słabnie. Upór lekarzy, by nikt nie kontrolował, a już na pewno nie liczył sum, na jakie wypisują leki, nie wydaje się zrozumiały. Tego prawa Narodowemu Funduszowi Zdrowia odmawiać nie można.

Dzielenie raka

W innych sprawach wszechwładza NFZ, wynikająca z faktu, że to on finansuje całą służbę zdrowia (już prawie za 70 mld zł rocznie), budzi jednak wątpliwości. Dyktuje warunki jednostronnie i nie zawsze wynikają one z tego, że pieniędzy jest za mało. Nieraz NFZ toleruje albo wręcz tworzy patologie, których źródłem nie jest konieczność oszczędzania. Na przykład proces leczenia raka został podzielony na części, które fundusz kontraktuje oddzielnie.

Najbardziej kosztownymi etapami są diagnostyka i pierwsza, ostra faza leczenia – twierdzi lekarz onkolog. – Nikt tego nie chce robić prywatnie, bo się nie opłaci. Pacjenci, bardzo często w koszmarnych warunkach, kłębią się w publicznych centrach onkologii. Wokół wielkich miast powstają jednak coraz liczniej kliniki, które przejmują pacjentów w ostatniej, najlepiej wycenionej fazie leczenia. NFZ zawiera z nimi coraz większe kontrakty na procedurę tzw. chemii jednodniowej. Pacjenci mają tam o wiele lepsze warunki. W ośrodkach publicznych tych kontraktów i pieniędzy jest jednak coraz mniej. Dlaczego fundusz nie stawia warunków, by kliniki prywatne przejęły cały proces leczenia nowotworu, tylko wycina z niego najbardziej intratne kawałki?

Podobnie dzieje się w okulistyce, kardiologii, rehabilitacji, dializach. NFZ sam ustala cenę, sam też decyduje, z kim i jaką podpisze umowę. Nie ma konkurencji, która mogłaby zapłacić więcej. Ostatnio Ślązacy zostali zbulwersowani wiadomością, że wyjątkowo korzystny kontrakt fundusz katowicki podpisał z prywatną firmą, której szefową została córka szefa katowickiego NFZ. Konflikt interesów wydaje się oczywisty.

Prywatna firma najbardziej interesuje się procedurami okulistycznymi i kardiologicznymi. Procedury w tych dziedzinach są wyjątkowo hojnie wycenione, nie bardzo wiadomo dlaczego. Ogólna finansowa mizeria sprawia przecież, że tragicznie niedocenione są oddziały ratujące życie, chirurgia, pediatria. Prywatne kliniki tego typu usług nie świadczą. NFZ nie potrafi ich skłonić do rozszerzania oferty.

Patologią wydaje się to, że funkcjonariusze publicznej służby zdrowia, tacy jak konsultanci krajowi i wojewódzcy, dyrektorzy klinik czy ordynatorzy, pełnią jednocześnie rolę zarządzających, a nawet udziałowców w klinikach prywatnych, czyli – w konkurencji. Mogą więc tak kierować ruchem chorych, by tych ze schorzeniami sowicie wycenionymi, opłacalnych, kierować do sektora prywatnego, a nieopłacalnymi niech się zajmuje szpital publiczny. Przepisy ten stan sankcjonują.

Zyski zostały sprywatyzowane, straty pokrywa państwo. Wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Żaden minister nie był w stanie tych korupcjogennych przepisów zmienić. Każdego straszono, że najlepsi fachowcy w ogóle z publicznych szpitali odejdą. Lobby, któremu taki właśnie stan odpowiada, jest liczne. Ostatnio przygląda mu się CBA.

Można by powiedzieć, że lepsi wypierają gorszych, więc pacjenci powinni się cieszyć. Nie zawsze mają z czego. Prywatni świadczeniodawcy od pacjentów, wbrew przepisom, pobierają bowiem dodatkowe opłaty. Na przykład za lepszą soczewkę przy operacji zaćmy, za którą – zamiast rachunku – otrzymują „umowę darczyńcy”. Tak, jakby nie zapłacili za soczewkę, tylko dobrowolnie darowali klinice jej równowartość. W sumie usługa jest tam droższa, więc zgodnie z prawami rynku NFZ nie powinien jej kontraktować. Dlaczego udaje, że tego nie widzi?

Ta nieuczciwa konkurencja powoduje, że nawet w dobrych szpitalach publicznych nowoczesny sprzęt jest wykorzystywany coraz krócej, bo brakuje kontraktów. Koszty ich funkcjonowania – mimo pozornej konkurencji – stają się coraz wyższe, a długi rosną. Dlaczego więc szpitale nie plajtują? Bo samorządy lokalne, które są dla nich organami założycielskimi, przegrałyby następne wybory. Lokalni politycy to kolejna grupa interesu, której odpowiada istniejący stan rzeczy. Więc biedna polska służba zdrowia bije światowe rekordy w liczbie szpitalnych łóżek, których u nas – w stosunku do liczby mieszkańców – jest najwięcej. Ani z rynkiem, ani z interesem pacjentów nie ma to nic wspólnego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną