Serwisy społecznościowe – kolejna bańka?

Z czym do smartfona
W świecie Internetu biznes nie nadąża za technologią. Najboleśniej przekonuje się dziś o tym Facebook.
Smartfony i tablety stają się jednym z najważniejszych kanałów mediowych.
Bernhard Lang/Getty Images/FPM

Smartfony i tablety stają się jednym z najważniejszych kanałów mediowych.

Groupon - nazwa powstała z połączenia słów grupa i kupon, bo idea serwisu polega na kojarzeniu firm, chcących zdobyć klientów i rozreklamować swoją działalność.
Stephen Yang/Bloomberg/Getty Images/Flash Press Media

Groupon - nazwa powstała z połączenia słów grupa i kupon, bo idea serwisu polega na kojarzeniu firm, chcących zdobyć klientów i rozreklamować swoją działalność.

Mark Zuckerberg, twórca, szef i współwłaściciel Facebooka, posypuje głowę popiołem. „Zawaliłem sprawę, ale naprawimy to” – przekonywał podczas niedawnej konferencji w San Francisco, tłumacząc, dlaczego od majowego debiutu na nowojorskiej giełdzie NASDAQ wartość akcji spadła o połowę. Wszystko przez urządzenia mobilne – smartfony i tablety – które w coraz większym stopniu umożliwiają kontakt z Internetem. FB (taki ma skrót spółka na giełdzie) od dawna oferuje swój serwis w wersji mobilnej, bo telefon staje się dziś podstawowym i najbardziej osobistym narzędziem do łączności z Internetem. Ale z reklamą rozpowszechnianą tym kanałem FB dopiero eksperymentuje.

Efekt? Zysk spółki się kurczy, a perspektywy na przyszłość są niejasne. Wielu ekspertów wątpi bowiem, czy da się skutecznie zaaplikować reklamę, zwłaszcza na smartfonach. A dla Facebooka reklama to ekonomiczny fundament (zapewnia 85 proc. przychodów), bo większość usług jest darmowa.

– Mały ekran telefonu i wciąż wolniejsza w porównaniu ze sztywnym łączem transmisja danych ograniczają możliwości działalności reklamowej. A poza tym w serwisach społecznościowych użytkownicy szukają kontaktu ze znajomymi, a nie z reklamodawcami – przekonuje Maciej Mincer, szef sieci reklamowej Evolution Media Net. Zdaniem Tomasza Kulisiewicza, eksperta w dziedzinie telekomunikacji ze spółki Audytel, twórcy reklam mają problemy techniczne z przejściem na mały format, bo rozwiązania znane ze stron www tu się nie sprawdzają.

Miliard kont

Kiedy Facebook debiutował na giełdzie, nie brakowało głosów, że cena 38 dol. za akcję jest wyśrubowana i nie ma podstaw w fundamentalnej wartości spółki. Inwestorów nie przeraziła nawet decyzja koncernu General Motors, że rezygnuje z reklamowania się na FB, bo to nie daje efektu. Wszyscy byli rozentuzjazmowani, na giełdę wchodziła ikona gospodarki Web 2.0 (czyli firm wykorzystujących fenomen popularności mediów społecznościowych), mająca już prawie miliard kont (choć realnie ok. 900 mln użytkowników). Przeciętny użytkownik FB spędza miesięcznie w serwisie 6,5 godz. To gigantyczny rynek, gromadzący ponad 14 proc. ludności świata (z czego 20 proc. wszystkich Polaków).

FB umiejętnie podsycał te emocje aż do chwili debiutu. Kurs z 38 dol. błyskawicznie wystrzelił do 42 dol. i zdawało się, że przebije 50 dol. Kapitalizacja Facebooka przekroczyła 100 mld dol., połowę tego, ile wart jest Google, internetowy gigant (od 2004 r. cena akcji urosła z 85 do 600 dol.). Równie szybko przyszło jednak otrzeźwienie, inwestorzy zorientowali się, że to nie drugi Google, a oni padli ofiarą spekulacji. Utwierdził ich w tym sam Zuckerberg, który błyskawicznie sprzedał część swoich akcji za 1,13 mld dol.

Potem zaczął się zjazd w dół, którego nie powstrzymał czerwcowy komunikat, że FB wprowadza „zdarzenia sponsorowane”, czyli pierwsze płatne reklamy na urządzenia mobilne i pracuje nad nowymi rozwiązaniami dla małego biznesu. Ostatnio Zuckerberg zalecił swoim pracownikom w Palo Alto, by zamiast iPhonów zaczęli używać telefonów z systemem Android, bo to ułatwi im pracę nad nowymi rozwiązaniami dostosowanymi do tego środowiska. Dziś ponad 60 proc. smartfonów sprzedawanych na świecie działa z systemem Android opracowanym przez Google. Zuckerberg, jeśli chce ratować swój biznes, musi się teraz koncentrować na telefonach.

Inwestorzy krytycznym wzrokiem zaczęli spoglądać nie tylko na FB, ale i na inne spółki internetowe. Odczuły to szczególnie nowe gwiazdy NASDAQ. Załamał się kurs Zyngi, spółki tworzącej i oferującej (głównie użytkownikom Facebooka) gry sieciowe. Fatalnie wygląda sytuacja Groupona, serwisu zakupów grupowych, który stracił od debiutu ponad 80 proc. Nie lepiej prezentuje się Netflix, wielka amerykańska spółka oferująca dostęp do telewizji przez Internet (w technologii strumieniowej), a także do wypożyczalni DVD (największej na świecie).

Niektórzy zaczęli mówić nawet o pęknięciu kolejnej bańki spekulacyjnej, podobnej do tej, z jaką mieliśmy do czynienia na początku minionej dekady. Problemy zza oceanu przeniosły się do Europy. Rosyjski serwis społecznościowy vkontakte.ru, łudząco podobny do FB, zrezygnował z debiutu giełdowego, tłumacząc to sytuacją w USA. W Polsce nie doszedł do skutku debiut spółki O2 (właściciela m.in. słynnego serwisu Pudelek), bo inwestorzy uznali, że cena jest za wysoka. – Inwestorzy obawiali się, że pogorszenie koniunktury gospodarczej w Polsce może przełożyć się na spadek wydatków na reklamę w Internecie, która do tej pory spadkom się opierała – wyjaśnia Jacek Świderski, członek zarządu O2.

Strzał w dziesiątkę

Wielkie ikony biznesu technologicznego, jak Google, Amazon czy Apple, trzymają się jednak mocno. Podobnie jak kilku debiutantów z grupy Web 2.0, których biznes wygląda solidniej, np. LinkedIn (międzynarodowy serwis społecznościowy nastawiony na kontakty profesjonalne i biznesowe) czy Yelp (amerykański serwis poświęcony wyszukiwaniu i recenzowaniu lokalnych firm usługowych). W obu przypadkach inwestorów uspokoił fakt, że serwisy nie są nadmiernie uzależnione od reklam, a ich przychody w dużej części pochodzą z płatnych usług.

Różnica pomiędzy obecną sytuacją a tą z początku minionej dekady jest też taka, że wówczas technologia nie nadążała za pomysłami biznesowymi, bo Internet działał wolno, a w wersji mobilnej był dopiero w powijakach i wielu rzeczy nie dało się zrobić. Dziś jest odwrotnie: technologia poszła ostro do przodu, za to ekonomia kuleje. Kłopoty giełdowych debiutantów wynikają ze specyficznego problemu Internetu zwanego monetyzacją – zamianą ruchu, klikalności, czyli ogólnie popularności w sieci, na pieniądze. To zadanie trudne, bo Internet jest środowiskiem niezwykle dynamicznym, skrajnie konkurencyjnym i nienawykłym do płacenia. Wszyscy powtarzają: gdyby Facebook pobierał nawet niewielkie opłaty od użytkowników, nie miałby dziś kłopotów. Tyle że wtedy nie rozrósłby się do takich rozmiarów.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną