Upadający deweloperzy

Syndyk gasi światła
Nadeszła rekordowa fala bankructw deweloperów. Ich klienci płacą za to, że na ochronę prawną musieli czekać 10 lat.
Łódzkie lofty U Szeiblera.
Michał Kość/Agencja Wschód/Reporter

Łódzkie lofty U Szeiblera.

8 października upadła spółka Green Development, budowała Lofty de Girarda, mieszkania w prawie stuletnim budynku dawnej przędzalni lnu w Żyrardowie.
Marek Bazak/EAST NEWS

8 października upadła spółka Green Development, budowała Lofty de Girarda, mieszkania w prawie stuletnim budynku dawnej przędzalni lnu w Żyrardowie.

Grzegorz Błachnio, analityk Towarzystwa Ubezpieczeń Eluer Hermes, szacuje, że w ciągu 11 miesięcy ubiegłego roku upadło około 30 firm deweloperskich (część z nich prowadziła także roboty budowlane albo zarządzała nieruchomościami).

Syndyk spółki MNE Investment ma ogłosić wkrótce kolejny przetarg na jedne z najciekawszych mieszkań, jakie zbudowano w ostatnich latach: łódzkie lofty U Scheiblera. Przebudowę XIX-wiecznej przędzalni bawełny na mieszkania zakończono trzy lata temu, ale kryzys na rynku nieruchomości wypłoszył kupców. Klienci, którzy mieli nadzieję zarobić na kupnie wyjątkowych mieszkań, po załamaniu się rynku wycofali rezerwacje. Deweloper sprzedał zaledwie 40 proc. loftów. Katastrofa była nieunikniona i pół roku temu spółka MNE Investment upadła. Lofty i inne nieruchomości wystawione zostały przez syndyka na sprzedaż.

Bankructwo MNE Investment jest wyjątkowe: klienci na nim nie ucierpią. Kto kupił mieszkanie, tego kłopoty dewelopera nie obchodzą. Może tylko żałować, że się pospieszył. W ofercie syndyka metr loftu wyceniony jest na 3–5 tys. zł. Deweloperowi płacono na ogół dwa razy więcej. Przetargi wygrywają ci, którzy proponują najlepsze ceny. Ale gorączki nie ma. 13 grudnia, podczas pierwszego przetargu, z 223 loftów syndykowi udało się sprzedać tylko 45. Powodzenie miały głównie mieszkania tanie, z cenami zaczynającymi się od 2,9 tys. zł za metr. Drugi przetarg odbędzie się wkrótce (szczegóły na www.uscheiblera.pl).

Ludzkie dramaty

8 października upadła spółka Green Development, która prowadziła podobną inwestycję: budowała Lofty de Girarda, mieszkania w prawie stuletnim budynku dawnej przędzalni lnu w Żyrardowie. To bankructwo było niespodzianką. W czerwcu Zygmunt Stępiński, wtedy dyrektor generalny spółki, mówił nam, że inwestycja dobiega końca i w sierpniu budynek zostanie oddany do użytkowania (POLITYKA 27/12). – Zaawansowanie robót upoważniało do takiej opinii. Właściciele spółki twierdzili, że zapewnią potrzebne jeszcze środki. Ale ich nie zdobyli – mówi dziś Zygmunt Stępiński, niezwiązany już z Green Development.

– My w tym czasie wiedzieliśmy, że spółka jest od dawna niewypłacalna i nie będzie w stanie dokończyć budowy – twierdzi Aneta Janas, klientka dewelopera. – W księdze wieczystej był wpis podwykonawcy, który nie dostał pieniędzy za roboty. A także wpis urzędu miasta, któremu notorycznie nie płacono podatku od nieruchomości. Budowa przez wiele miesięcy była zawieszona, opóźnienia sięgały trzech lat. Zaczęliśmy się organizować i w sierpniu złożyliśmy wniosek o ogłoszenie upadłości. Postępowanie upadłościowe daje szansę na dokończenie inwestycji.

Klienci firm deweloperskich bardzo rzadko decydują się na taki krok. Boją się upadłości znacznie bardziej niż sami deweloperzy. Historia takich bankructw to dramaty ludzi, którzy wpłacili czasem pełną cenę mieszkania, a odzyskali niewielką jej część, bo przy podziale masy upadłości nie należą do wierzycieli uprzywilejowanych. Pierwszeństwo mają wynagrodzenia syndyka i pracowników upadłej firmy, podatki, zobowiązania wobec banków.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną