Jak minister Bieńkowska rozdziela unijne miliardy?

Pani 300 miliardów
Jest najmniej atakowanym i krytykowanym ministrem. Spekulowano nawet, że Elżbieta Bieńkowska zostanie wicepremierem. Nie musi – i tak dostała od premiera wielką władzę. To ona ma nadzorować wydanie tych 300 mld zł, które Unia nam obiecała dać.
Elżbieta Bieńkowska jest sprawną i doświadczoną urzędniczką. Jej zespół jest kompetentny i zaprawiony w biurokratycznych bojach.
Robert Gardziński/Fotorzepa/Forum

Elżbieta Bieńkowska jest sprawną i doświadczoną urzędniczką. Jej zespół jest kompetentny i zaprawiony w biurokratycznych bojach.

Dla Komisji Europejskiej Elżbieta Bieńkowska jest twarzą polskiego rządu.
Leszek Zych/FPM

Dla Komisji Europejskiej Elżbieta Bieńkowska jest twarzą polskiego rządu.

Pani minister rozwoju regionalnego stała się odpowiedzialna za rozwój kraju do 2020 r. Firmuje nową długookresową strategię – przyjętą przez rząd w lutym tego roku – formalnie zastępując w roli głównego stratega kraju Michała Boniego, który w poprzednim rządzie premiera Tuska uchodził za mózg ekipy. Bieńkowska za Boniego? To się wydaje dość zaskakujące. Pani minister pokazała się co prawda jako sprawna urzędniczka, ale co innego pilnowanie procedur i skomplikowanej unijnej buchalterii, a co innego wyznaczanie kierunków rozwoju kraju. Bieńkowska na pewno gwarantuje premierowi lojalność, skrupulatność i spokój. Nawet jeśli o to chodziło, pytanie: czy to wystarczy?

W kolegach z rządu nie budzi złych emocji. Ciągle robi wrażenie nieśmiałej. Ładna blondynka z długimi rzęsami, bardziej zwracająca uwagę swoim wyglądem niż tym, co mówi. W ogóle rzadko się wypowiada – i to raczej ogólnikowo i unikowo. Nie należy do żadnej partyjnej frakcji, nie uczestniczy w personalnych rozgrywkach. Nie zagrażając niczyjej pozycji, stopniowo zbudowała własną.

Dla Komisji Europejskiej Elżbieta Bieńkowska jest twarzą polskiego rządu. Dla polskich beneficjentów unijnego budżetu – brukselskimi oczami, które tropią błędy we wnioskach i sprawozdaniach, zanim dojrzą je unijni urzędnicy i zablokują pieniądze. Dzięki niej staliśmy się prymusem w wydawaniu unijnych środków. Brukselscy biurokraci odrzucają nam mniej niż 2 proc. przygotowanych projektów. Żaden inny członek Wspólnoty nie zbliżył się do takiego wyniku. Pani minister wykonała podstawowe zlecone jej zadanie: nie zmarnować żadnego darowanego euro.

Tymczasem w kraju coraz bardziej doskwiera nam poczucie, że te miliardy w sporej części wydawaliśmy i wydajemy bez sensu albo z umiarkowanym pożytkiem. Podnoszą nam standard życia, upiększają kraj, poprawiają stan środowiska naturalnego, w jakimś stopniu przyspieszają rozwój gospodarki, ale – jak się okazuje – ten ogień pod kotłem jest słomiany i szybko gaśnie. Trudno znaleźć przekonujące dowody, że wpompowane w minionym 7-leciu setki miliardów złotych z unijnych dotacji istotnie i na trwałe poprawiły konkurencyjność polskiej gospodarki. Łatwiej o przykłady inwestycji pozorowanych, prestiżowych i zbytkownych albo niedomyślanych, niedokończonych, zwyczajnie przejedzonych. Czy to obciąża panią minister?

Fachowcy od brukselki

Elżbieta Bieńkowska ministrem jest od 2007 r. Przyjechała do Warszawy z katowickiego urzędu marszałkowskiego, polecona przez Jana Olbrychta, europosła PO, który sam ministerialnej teki przyjąć nie chciał. Absolwentka najpierw krakowskiej orientalistyki (studiowała język i kulturę Persów), ale potem Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, była nieźle przygotowana do nowych urzędniczych zadań. Kiedy, jeszcze przed akcesją, trzeba było dzielić pierwsze fundusze unijne, starsi urzędnicy nie potrafili sobie z tym poradzić. Wtedy zaczęła uczyć się unijnych procedur. Zresztą od czasów Elżbiety Bieńkowskiej śląski samorząd wyciska „brukselkę” najskuteczniej.

Przyjeżdżając do Warszawy, 47-letnia wtedy Bieńkowska zostawiła w Mysłowicach, gdzie mieszka, męża z trójką dzieci. Najmłodsza, Zosia, miała wtedy 7 lat, dziś ma 12. Starsze są już na studiach. Przez te lata nie pamięta, żeby w któryś weekend nie była w domu. Ale też w Warszawie poza pracą nie ma osobnego życia, środowiska, towarzystwa. Podobnie jak jej zastępcy. Dla ministerstwa to pewnie dobrze, bo to duża i skomplikowana machina.

MRR odpowiada za wydawanie unijnych pieniędzy przeznaczonych na realizację tzw. polityki spójności. (Dlatego mówimy o 300, a nie o ponad 400 mld zł, jakie przypadły Polsce w wyniku podziału unijnego budżetu. Na Wspólną Politykę Rolną, z osobną pulą pieniędzy, minister Bieńkowska wpływu nie ma). Stosy faktur z tysięcy dofinansowywanych projektów spływają tutaj, a urzędnicy MRR, zanim prześlą je do Komisji Europejskiej, dokładnie im się przyglądają. Jak mówi obrazowo jeden z urzędników MRR: żeby doić Unię, trzeba ją stale karmić tonami papieru.

Nawet opozycja przyznaje, że Elżbiecie Bieńkowskiej udało się stworzyć w ministerstwie zgraną i sprawną ekipę. Klucz, według którego dobierała swoich najbliższych współpracowników, jest czytelny. Szukała w samorządach. Ludzi, którzy nie będą się dopiero uczyć zarządzania projektami unijnymi, ale już umieją to robić. 30-latków z doświadczeniem, znających wspólnotowe procedury i unijnych urzędników. Gotowych, jeśli trzeba, błyskawicznie się spakować i polecieć do Brukseli.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną