Rynek

Darz-ferma!

Wiejskie fermy jeleni, lam i muflonów. W jaki sposób zarabia się na dziczyźnie?

Łania z fermy w Rudziach koło Gołdapi Łania z fermy w Rudziach koło Gołdapi Bartłomiej Dmuchowski
Kiedyś wieś kojarzyła się z krowami, świniami, owcami, końmi. Dziś coraz częściej spotkać można jelenie, daniele, dziki, lamy, muflony, alpaki, bizony, strusie. Moda to czy biznes?
Jerzy Wilczewski hoduje 1300 jeleni. Gospodarstwo nadzoruje z helikoptera.Bartłomiej Dmuchowski Jerzy Wilczewski hoduje 1300 jeleni. Gospodarstwo nadzoruje z helikoptera.

[Artkuł ukazał się w POLITYCE 15 kwietnia 2014 roku]

Raper przybiega pierwszy. Wystarczy okrzyk opiekuna, warkot silnika samochodu i natychmiast pędzi z odległego końca pastwiska. Wciska pysk w wielkie oka siatki ogrodzenia, przygląda się przybyłym ludziom, wącha. Daleko za nim biegną pozostałe jelenie. Wszystko samce, młode byki z wiosennym, pokrytym świeżym scypułem porożem. Zatrzymują się jednak w bezpiecznej odległości, nerwowe, gotowe w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Z zazdrością obserwują, jak Raper ładuje pysk do podstawionego wielkiego wiadra i głośno mlaskając, zajada się owsem. Boją się zbliżyć, bo nie są, jak Raper, butelkowcami.

W mazurskiej fermie jeleni w Rudziach tak nazywają te zwierzęta, które jako cielęta zostały wykarmione przez ludzi. Dzięki temu są udomowione i inaczej niż pozostali półdzicy pobratymcy nie czują wobec człowieka instynktownego lęku. To ważny element prowadzenia hodowli. Butelkowcy oswajają inne jelenie z ludźmi, pokazują, że nie ma się czego bać, pozwalają łatwiej zarządzać stadami.

Jelenie cały rok żyją na kwaterach, czyli wielkich ogrodzonych pastwiskach. Norma wynosi 3–6 łań na hektar w zależności od obfitości trawy. Bo hoduje się przede wszystkim samice, które co roku dają po jednym cielaku. Byków potrzeba niewiele i wiadomo, w jakim celu. Do zarządzania taką fermą jeleni niezbędny jest mocny samochód terenowy, a czasem dodatkowo quad. Żeby dotrzeć na odległe kwatery i dokonać inspekcji. Także wtedy, kiedy zwierzęta trzeba przepędzić z jednego pastwiska na drugie albo zaprowadzić do zagrody manipulacyjnej. Stado idzie wówczas za samochodem. Idą chętnie, bo auto kojarzy im się z jedzeniem. Na czele idzie zawsze śmiały butelkowiec, choć w samym stadzie nie musi mieć pozycji lidera.

Jelenie zamiast bizonów

Ferma jeleni w Rudziach, koło Gołdapi, powstała na terenach dawnego Romnickiego Kombinatu Rolniczego. Na 350 ha malowniczych, porośniętych trawą wzgórz, gdzie kiedyś pasły się państwowe owce, żyje dziś 600 jeleni. Ferma należy do Gospodarstwa Ogrodniczego Wilczewscy. Właściciel i szef Jerzy Wilczewski to znany podlaski biznesmen. Odziedziczone po rodzicach 7,5-hektarowe gospodarstwo rozwinął do przedsiębiorstwa gospodarującego na 2 tys. ha. Mieszka w Białousach, niedaleko Białegostoku, a swoje gospodarstwo dogląda z pokładu małego śmigłowca.

Na Podlasiu działa bliźniacza do Rudzi farma jeleni Słoja. Na 200 ha hodowanych jest 700 zwierząt. Rudzie i Słoja to największe hodowle jeleni w Polsce. Bywały już okresy, że było nawet 3 tys. zwierząt.

Jerzemu Wilczewskiemu marzyła się hodowla amerykańskich bizonów. ­Zakochał się w nich, kiedy je z bliska zobaczył podczas podróży po USA. A potem jeszcze odwiedził Martina Popiela w wielkopolskich Kurozwękach, gdzie hodowane jest stado tych ogromnych zwierząt. Postanowił sprowadzić je na Podlasie, ale podniósł się krzyk, że za blisko Białowieży, że bizony mogą uciec i krzyżować się z polskimi żubrami. Popsują cenną pulę genową. Potem zobaczył jelenie i zdecydował, że jeśli nie może bizonów, to właśnie je będzie hodował.

Pierwsze stado przyjechało pod koniec 2006 r. ze Szkocji, ponad 1000 sztuk. Bliżej nie było wystarczającej liczby odpowiednich zwierząt. Potem jeszcze dokupił 120 sztuk ze Stacji Badawczej Instytutu Parazytologii PAN w Kosewie Górnym na Mazurach, gdzie prowadzone są badania nad udomowieniem jeleniowatych. Z Kosewa pozyskał też nie byle jakiego fachowca. Dr Bartłomiej Dmuchowski był szefem Stacji PAN, napisał doktorat na temat hodowli jeleni szlachetnych, ale uznał, że czas się zająć jelenim biznesem. Przyjął więc ofertę pokierowania fermą w Rudziach.

Ojczyzną hodowli europejskich jeleni szlachetnych jest... Nowa Zelandia. Zwierzęta te przywieziono tam w XIX w. z Anglii, ku rozrywce miejscowych myśliwych, tęskniących za angielskimi polowaniami. Wypuszczone na wolność znalazły wyjątkowo sprzyjające warunki, więc populacja zaczęła się mnożyć jak króliki w Australii. Trzeba było ją ograniczać. Nowa Zelandia stała się największym eksporterem jeleniej dziczyzny, a polowania jedną z miejscowych atrakcji przyciągających myśliwych z odległych stron.

Mięso zdrowe, smaczne, zawierające mało cholesterolu, szybko doceniono w wielu krajach świata. Polowania nie mogły jednak zapewnić stałych i regularnych dostaw. Zaczęto więc prowadzić hodowle. Nie tylko jeleni szlachetnych, ale także innych gatunków jeleniowatych – jak daniele czy azjatyckie jelenie sika. Dziś na nowozelandzkich fermach żyje ok. 1,5 mln zwierząt, a przemysł jeleniowy (deer industry) to ważna gałąź gospodarki kraju. Wkrótce podobne farmy jeleni zaczęły powstawać w innych częściach świata. Wszyscy importowali doświadczenia nowozelandzkie, a także najwartościowsze zwierzęta (zwłaszcza byki). Bo na import całych stad było za daleko.

Myśliwi kontra hodowcy

W Polsce przez lata daniele były hodowane na niewielką skalę głównie przez koła łowieckie albo Lasy Państwowe w celu introdukcji, czyli wypuszczania zwierząt do lasu. Daniele nie są rodzimym gatunkiem, myśliwi chcieli urozmaić sobie polowania. Hodowlą jeleni interesowali się jedynie naukowcy. Kiedy pojawiły się pierwsze hodowle o charakterze gospodarczym, zaczęła się wojna między myśliwymi a hodowcami. Jelenie i daniele miały status zwierząt łownych, więc myśliwi walczyli o to, by zachować nad nimi władzę. Spór miał i ma do dziś charakter w dużym stopniu ekonomiczny: rynek dziczyzny jest w Polsce ograniczony, myśliwi bali się, że hodowcy pozbawią ich dochodów ze sprzedaży jeleniego mięsa z polowań. Przekonują, że tylko mięso z upolowanych sztuk jest prawdziwą dziczyzną, a to z ferm tylko je udaje. Hodowlana dziczyzna – to przecież sprzeczność sama w sobie. Hodowcy odpowiadają, że myśliwi strzelają do tego, co im podejdzie pod lufę, a konsument chce mieć towar pewny i zawsze dobrej jakości. Tylko oni mogą go dostarczyć.

Presja myśliwych długo wiązała ręce hodowcom, bo choć ich zwierzęta pochodziły z innych hodowli, a nie z lasu, to miały wciąż status leśny. Dopiero po 2001 r. udało się sprawy uregulować, i jeleniowate, tak jak niemal w całej UE, przeszły do kategorii zwierząt gospodarskich. Dziś mają status taki jak krowy czy owce. – Pod względem biologii są bardzo do krów i owiec podobne. Też przeżuwacze, tyle że jeszcze nie w pełni udomowione – tłumaczy dr Dmuchowski.

Przekonuje, że ten brak udomowienia ma swoje zalety. Jeleniowate są dużo bardziej odporne na choroby i warunki atmosferyczne. Mogą żyć przez cały rok na pastwiskach. Muszą mieć tylko wystarczającą przestrzeń, wodę do picia i taplania się, bo uwielbiają kąpiele, a także trochę drzew, które latem dadzą cień, a zimą osłonę przed wiatrem. Karmić je trzeba tylko zimą, przez resztę roku żywią się trawą na pastwisku. Żyją w stadach, w których rządzą się same według ustalonej hierarchii. Nawet wiosenne porody cielaków nie wymagają obecności ludzi. Z biznesowego punktu widzenia to ideał, bo nie potrzeba wielu pracowników.

Daniele księdza biskupa

Ministerstwo Rolnictwa nie traktuje nas poważnie i nie chce rozwiązać naszych problemów. Upominamy się o prawo do dopłat jak inni hodowcy, o sprawy nadzoru weterynaryjnego, o kwestię ubojni, bo jest tylko jedna w kraju – wylicza Andrzej Karwala, prezes Polskiego Związku Branżowego Hodowców Jeleniowatych.

Karwala hoduje daniele koło Nowego Miasta na Mazowszu. Daniele są o połowę mniejsze od jeleni, mniej wymagające. Choć bardziej dzikie i płochliwe, dominują w polskich hodowlach. Większość jest niewielka i ma charakter hobbystyczny – zwierzęta są trzymane jako ciekawostka przyrodnicza i atrakcja turystyczna. Słynnymi hodowcami danieli są np. biskup Leszek Sławoj Głódź, a także minister Radosław Sikorski (jest nawet członkiem PZBHJ) oraz senator Włodzimierz Cimoszewicz. Znany lekarz immunolog prof. Waldemar Roszkowski-Śliż w swym wielkim gospodarstwie rolnym Wenecja koło Morąga hoduje aż 1300 danieli.

Nawet nie wiadomo, ile jest w Polsce ferm i ile hodowanych w nich zwierząt. Ministerstwa to nie interesuje – ubolewa prezes Karwala. Istotnie, na pytanie o hodowle jeleniowatych Generalny Inspektorat Ochrony Środowiska odsyła do Ministerstwa Środowiska, to zaś do kolegów z resortu rolnictwa. Z punktu widzenia Ministerstwa Rolnictwa hodowcy jeleniowatych, podobnie jak bizonów, dzików, alpak, muflonów, strusi itd., to egzotyczny margines, którym może interesować się najwyżej weterynaria. Dlatego w sprawie jeleni radzą dowiadywać się u prezesa Karwali albo w konkurencyjnym Polskim Związku Hodowców Jeleniowatych. – Według moich szacunków w polskich hodowlach jest 15 tys. danieli i 45 tys. jeleni – ocenia dr Dmuchowski, który jest polskim reprezentantem w Federation of European Deer Farmers Association.

Leczenie penisem

Centralnym punktem jeleniej farmy jest zagroda manipulacyjna, czyli odłownia. Stada wędrują do niej kilka razy do roku. To ważny rytuał, także z punktu widzenia udomowiania zwierząt i oswajania z ludźmi. Wtedy oddziela się podrośnięte cielaki od matek, dzieli na grupy wiekowe, na stada męskie i żeńskie. Bo w fachowo prowadzonej fermie koedukacja obowiązuje jedynie w przypadku cielaków. Potem już łanie i byki żyją na osobnych kwaterach oddzielone siatkowymi płotami. Jedynie w czasie rykowiska wybrane, najwartościowsze samce mają szansę spotykać się ze stadami łań. To element świadomej polityki prokreacyjnej. Krzyżuje się jelenie pod kątem wybranych cech, głównie masy ciała, jakości poroża i spokojnego temperamentu, bo to ułatwia hodowlę.

Najważniejszym elementem odłowni jest poskrom. To urządzenie służące unieruchomieniu jelenia w czasie wykonywania zabiegów weterynaryjnych, m.in. ważenia, odrobaczania, kolczykowania, obcinania poroża. Wieńce ścina się latem, kiedy są już ukształtowane i skostniałe. W sposób naturalny odpadłyby na wiosnę, ale chodzi o to, by podczas jesiennych godów, czyli rykowiska, kiedy samce stają się agresywne, nie kaleczyły się nawzajem ostrym porożem. Potem skóra ma mniejszą wartość.

Same poroża też mają wartość, ale już nie taką wielką. – Rynek na ten towar jest ograniczony – pamiątkarstwo, myśliwskie noże, lampy. Nie to co w Nowej Zelandii – tłumaczy dr Dmuchowski. Tam można ścinać poroże w fazie wzrostu, jeszcze ze scypułem. – Oczywiście w znieczuleniu, jelenia to nie boli. Ucięte poroże potem odrasta – zapewnia. Na takie nieskostniałe jeszcze poroże jest ogromny popyt w Azji, bo to jeden z cenionych specyfików używanych w tamtejszej tradycyjnej medycynie. Hodowcom przynosi spore dochody, podobnie jak jelenie penisy, preparowane z zabitych zwierząt, także azjatycki specjał. U nas żywych rogów ciąć nie wolno, co ogranicza opłacalność hodowli. A z penisami do Azji pchać się trudno.

Rogacz eksportowy

Polscy hodowcy na ogół narzekają, że popyt zbyt mały, ceny za niskie, koszty za wysokie i że to wszystko się nie opłaca. Spodziewali się, że jelenie zrobią z nich milionerów, a teraz sami czują się jak jelenie. Zwłaszcza ci, którzy kupowali zwierzęta w szczycie hossy, kiedy za żywe daniele płacono 1 tys. zł albo i więcej. A dziś dobrze jak się dostanie połowę tego. Podobnie było wcześniej ze strusiami, kiedy hodowców ogarnęła spekulacyjna gorączka. Potem większość ferm padła, bo okazało się, że nie ma zbytu na strusie mięso.

Jerzego Wilczewskiego te narzekania denerwują. – Hodowla jeleniowatych pod względem opłacalności jest porównywalna do hodowli krów mlecznych, a za to dużo mniej pracochłonna. Musi być jednak prowadzona w sposób fachowy. Jak się ma kilkanaście zwierząt marnej jakości, dopuszcza do krzyżowania rodziców z dziećmi, to trudno spodziewać się kokosów – przekonuje.

Sam nastawił się na eksport, bo w kraju popyt na dziczyznę wciąż nie jest duży. Handlują nią nieliczne specjalistyczne sklepy i delikatesy, więc ceny są wysokie. Hodowcy dostają 20–22 zł/kg tuszy, a konsumenci płacą 120 zł za kilogram jeleniego combra. Udziec jest o połowę tańszy, ale to nie są ceny na przeciętną kieszeń. Na szczęście przy odpowiedniej skali produkcji można wchodzić na rynki zagraniczne, gdzie króluje jelenina z Nowej Zelandii (największym jej odbiorcą są Niemcy). W Austrii za kilogram tuszy płacą 10–15 euro. Na razie jednak Rudzie i Słoja eksportują głównie żywe zwierzęta, bo ceny są lepsze. Zwłaszcza do Rosji i Białorusi, gdzie hodowla jeleni dopiero się rozkręca, a nie mają odpowiednich zwierząt ani doświadczenia. Fermy powstają też niedaleko Rudzi, w obwodzie kaliningradzkim.

Rosjanie nie ukrywają, że stawiają na biznes głównie pod kątem myślistwa. Wielu bogatych Rosjan poluje, ale nie ma czasu na jakieś długie wyprawy do lasu. Chcą jednak nad kominkiem powiesić efektowne rogate trofeum. Polowania na fermach to taka droga na skróty, za to z gwarantowanym efektem, bo pod względem wieńców dzikie jelenie nie mogą konkurować z hodowlanymi.

Takie polowania wymyślili Nowozelandczycy jako sposób zarabiania na bykach kończących swoją karierę rozpłodową, czyli jak eufemistycznie mówią hodowcy: „wychodzących z produkcji”. W polskich fermach panuje pewne niedomówienie – polowania są formalnie zabronione, choć tzw. odstrzał sanitarny dopuszczalny. Myśliwi pilnują, by hodowcy nie zrobili z nich kompletnych jeleni. Bo jak się wtedy będą pozdrawiać? Darzbór? Darzferma?

Polityka 16.2014 (2954) z dnia 15.04.2014; Rynek; s. 51
Oryginalny tytuł tekstu: "Darz-ferma!"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną