GUS zaczął wliczać prostytucję, narkotyki i przemyt do PKB

Wzrost niekontrolowany
Nielegalna działalność to jednak tylko drobna część szarej strefy, która w sumie odpowiada za czwartą część naszej gospodarki i należy do najwyższych w Europie. O oszukiwaniu fiskusa opowiadają nam polscy przedsiębiorcy.
PantherMedia

Obowiązek wliczania szarej strefy do PKB nałożyła na kraje członkowskie Unia Europejska. Chodziło o ujednolicenie obliczeń pomiędzy gospodarkami wspólnoty. Dotychczas bowiem dochody z prostytucji czy obrotu miękkimi narkotykami były uwzględniane np. w PKB Holandii, a pomijane w państwach, w których są nielegalne. 

Wliczenie szacunków dotyczących przemytu, narkotyków i prostytucji do polskiego PKB podniosło zeszłoroczne tempo wzrostu polskiego PKB o 0,1 pkt proc. – do 1,7 proc.

Nowością jest jednak tylko wliczanie działalności nielegalnej do obliczeń Głównego Urzędu Statystycznego. Już od połowy lat 90. uwzględnia on w PKB tzw. legalną szarą strefę. Czyli usługi dozwolone przez prawo, ukrywane jednak przed państwem w celu uniknięcia opodatkowania.

Działalność ukrywana przed władzami publicznymi odpowiada za około jedną czwartą polskiej gospodarki i należy do najwyższych w Europie:

O mijanie się z księgami Urzędów Skarbowych i innych instytucji spytaliśmy trzech przedsiębiorców:

Były menadżer kilku warszawskich kawiarni:

Najprostszym sposobem obchodzenia systemu są paragony fiskalne, a właściwie ich brak. Kasa podłączona jest do dwóch drukarek – fiskalnej i zwykłej. To samo w sobie nie jest nielegalne, ale może być. Nagminne było, że otwieraliśmy rachunek stolika w kasie, ale na koniec nie drukowaliśmy paragonu, tylko zwykły wydruk. Na takim wydruku nie ma VAT-u i podatku, czyli jakieś 35 proc. wartości zamówienia zostaje w kasie. Nie zdarzyło się, by klient kiedykolwiek się zorientował, że dostał wydruk, a nie paragon. Zresztą nawet gdyby ktoś zwrócił na to uwagę, to zawsze można taki paragon fiskalny wydrukować. Nie powiem, że robiliśmy tak z każdym rachunkiem i codziennie, ale w miesiącu w jednej kawiarni zebrałoby się 15–20 proc. obrotu, który szedł poza kasą fiskalną. 

Inną procedurą było zatrudnianie ludzi na czarno. Metody były dwie: albo zatrudniało się na zwykłe umowy zlecenia, oczywiście z zaniżoną kwotą jako pensją, albo – tych najcenniejszych pracowników – „nagradzaliśmy” umowami o pracę. Oczywiście umowa była na ćwierć etatu, czyli na jakieś 500 złotych. Osoba i tak wypracowywała miesięcznie 250 godzin, za które dostawała uczciwie 10–12 złotych, ale to było w większości nieopodatkowane, nieoskładkowane.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj