Rynek

Książka życzeń i zażaleń

Co dobre dla księgarzy, a co dla czytelników

Magazyny giganta e-handlu w Phoenix w USA.. Magazyny giganta e-handlu w Phoenix w USA.. Ralph Freso/Reuters / Forum
Polski rynek książki jest chory – przekonują wydawcy i księgarze. Doradzają lekarstwo: jednolite ceny książek. Pomoże to czy zaszkodzi?
Problemem polskiego rynku wydawniczego jest nadpodaż książek.Łukasz Dejnarowicz/Forum Problemem polskiego rynku wydawniczego jest nadpodaż książek.
Nie należy problemu rynku książek pozostawiać wyłącznie grze rynkowej.Wikipedia Nie należy problemu rynku książek pozostawiać wyłącznie grze rynkowej.

Artykuł w wersji audio

Warszawa, ruchliwe przejście podziemne koło Dworca Centralnego. W wielkiej witrynie efektownie ustawione książki. Głośne tytuły znanych autorów. Na wielu okładkach naklejki: „-20 proc.”, „-30 proc.” „-50 proc.”. Wbrew pozorom to nie salon Taniej Książki, ale księgarnia sieci Matras. Kilka metrów dalej jest następna podobna witryna, też Matras.

Za dwa tygodnie odbędzie się oficjalny debiut mojej najnowszej książki, a Matras oferuje ją już w swojej księgarni internetowej, i to jako przecenioną o 30 proc. Ktoś może pomyśleć, że to niewiele warta lektura, skoro księgarnia jeszcze przed rozpoczęciem sprzedaży organizuje przecenę – mówi Małgorzata Gutowska-Adamczyk, pisarka i scenarzystka, autorka wysokonakładowych powieści wydawanych przez Naszą Księgarnię. Matras przedsprzedaż jej książki reklamuje hasłami „bestseller” oraz „promocja”. Obok przekreślona cena wydawnicza 39,90 zł i nowa, okazyjna: 27,93 zł.

Nie rozumiem tego biznesu – dziwi się autorka, która ma też doświadczenia bizneswoman, bo w przeszłości, imając się różnych zajęć, prowadziła sklep odzieżowy. – Dystrybutorzy wymagają od wydawców 180-dniowego okresu rozliczeń oraz prawa do zwrotu niesprzedanych książek. Nie pamiętam, żebym mogła się z dostawcami rozliczać po pół roku i oddawać towar tylko dlatego, że go nie sprzedałam.

Księgarnie Matras wyróżniają się nowoczesnym wyglądem, są dobrze urządzone i zlokalizowane w ruchliwych punktach. To druga pod względem wielkości sieć księgarska, słynąca z agresywnego marketingu. Wiele tytułów można tu kupić poniżej cen okładkowych. – W naszym sąsiedztwie mamy aż trzy księgarnie tej sieci. Nowości sprzedawane są tam z rabatami dochodzącymi do 30 proc., sieć stosuje także cykliczne promocje na określone gatunki literackie, np. książki historyczne, bestsellery itd. Prowadzi to, niestety, do postrzegania innych księgarń, w tym naszej, jako drogich i pozostających w tyle za konkurencją. Dochodzi nawet do tego, że jesteśmy oskarżani o celowe zawyżanie cen – ubolewa Małgorzata Tomaszek z księgarni Victoria w Galerii Zabrze.

Pięć minut od zabrzańskiej galerii jest księgarnia sieci Świat Książki. Ona także przystąpiła ostatnio do wojny rabatowej, oferując – podobnie jak Matras i Empik (największa sieć w Polsce) – nowości po obniżonych cenach. A przecież są jeszcze sieci supermarketów – Biedronka, Lidl, Tesco itp. – które obok chleba, ziemniaków i proszku do prania oferują i książki. Wybór niewielki, najbardziej chodliwe tytuły, ale ceny niższe niż w księgarniach. – Słyszmy komentarze: w Lidlu można tę powieść kupić za 19,90, a u was kosztuje 29,90 – skarży się Beata Pietras z księgarni Wiedza w Mrągowie, która też musi konkurować z pobliskimi marketami Biedronki, Polomarketu, Intermarché, a nawet z placówką Poczty Polskiej.

Monopol na chwilę

Sprzedaż najnowszej powieści Gutowskiej-Adamczyk przed oficjalną premierą po promocyjnej cenie to przykład kolejnego problemu, z którym borykają się księgarze. Duże sieci są w stanie wymóc na wydawcach wyłączność na dobrze rokujące tytuły, by zacząć ich sprzedaż wcześniej niż inni. Paulina Nawrocka z olsztyńskiej Księgarni Literackiej: – Klientom ciężko zrozumieć, dlaczego nie mogą kupić określonej książki w „swojej” księgarni, a jest ona już dostępna w innej.

Najwięksi gracze rynku książki rządzą. Empik, Matras, Platon, FK Olesiejuk, Azymut, Książnica Polska są w stanie uzyskiwać u wydawców duże rabaty. – Na rynku księgarskim toczy się wojna cenowa – wyjaśnia Sonia Draga, szefowa wydawnictwa Sonia Draga. – Dystrybutorzy rywalizują cenami, więc żądają od wydawców coraz większych rabatów. Sieci księgarskie, takie jak Empik czy Matras, wymagają dodatkowo ponoszenia sporych kosztów promocyjnych (w Empiku takie wydatki mogą sięgnąć nawet 400 tys. zł). Żeby móc oferować rabaty, my, wydawcy, jesteśmy zmuszani do podnoszenia cen detalicznych książek.

Wydawcy przyznają, że tak kalkulują okładkową cenę, by koszty własne (honorarium autorskie, redakcja, opracowanie, druk itd. plus zysk) stanowiły mniej więcej połowę. Reszta to poduszka bezpieczeństwa, przestrzeń do negocjacji. Wielkim i silnym trzeba dać więcej, reszta dostanie mniej. Jeśli sieć wyciśnie 50 proc., bez kłopotu może już na starcie zaoferować klientowi zniżkę 25 albo 30 proc. Księgarnie zaopatrujące się za pośrednictwem hurtowni muszą kupować po cenach, które w sieciach często dostępne są dla klientów detalicznych. – To wyniszczająca wojna. W efekcie giną w pierwszej kolejności małe, niezależne księgarnie – wyjaśnia Sonia Draga.

Patent Langa

Ten proces wymierania księgarń postępuje w szybkim tempie. Dziś jest ich w Polsce 1,8 tys., choć pięć lat temu było 2,5 tys. Paradoksalnie wojna cenowa niszczy też wielkich. Empik walczy o życie. By przetrwać, spółka musiała ostatnio pożyczyć od właścicieli 100 mln zł. Wyprzedaje część swoich biznesów, a w księgarniach redukuje część książkową na rzecz gier, filmów i rozmaitych gadżetów.

Również Matras przeżywa trudne chwile. W ubiegłym roku został uratowany przez krajowego inwestora, który postanowił uregulować stare zobowiązania wobec wydawców i dofinansować sieć. W branży księgarskiej panuje przekonanie, że spółka kupuje rynek, nie licząc się z kosztami, bo właściciele chcą ją sprzedać.

Polacy mało czytają, za to coraz więcej książek kupują przez internet. Dziś to już ok. 30 proc. rynku książek papierowych (e-booki to wciąż margines). Sprzedają duzi gracze, a także wydawcy, którzy w ten sposób omijają księgarzy. Państwo samo postanowiło zająć się produkcją i dystrybucją podręczników szkolnych, więc księgarze i wydawcy znów oberwali. Z księgarń przestały korzystać też biblioteki. Zaopatrują się bezpośrednio u wydawców lub hurtowników, targując się o rabaty. I znów cierpią księgarze.

Polski rynek książki jest chory. Lekarstwem może być ustawa o jednolitej cenie książki. Od dłuższego czasu upominamy się o nią – przekonuje Włodzimierz Albin, szef wydawnictwa Wolters Kluwer, prezes Polskiej Izby Książki (PIK). Izba przygotowała projekt ustawy i mobilizuje ludzi książki – autorów, wydawców, księgarzy – do walki o jej uchwalenie. Lista poparcia akcji „Polska książka potrzebuje ratunku” liczy już ponad 2 tys. podpisów, w tym wiele znanych nazwisk ze świata kultury.

Pomysł polega na wprowadzeniu obowiązku sprzedaży książek odbiorcom końcowym po cenach okładkowych. Miałby być egzekwowany (pod karą grzywny) przez pierwszy rok od wejścia książki do sprzedaży. Z rabatów mogłyby korzystać jedynie biblioteki, szkoły, a także klienci na targach książki. Takie rozwiązanie nie jest polskim wynalazkiem. To kopia francuskiej ustawy Langa z 1981 r. Jednolite ceny na nowe książki (z różnym okresem obowiązywania) stosuje wiele krajów Europy, w tym m.in. Niemcy, Austria, Hiszpania, Włochy, Holandia. – Niedawno zdecydowały się na to Chorwacja, Słowenia, a także Izrael – wylicza prezes Albin. – Jeśli tam się to sprawdziło, dlaczego nie możemy i my skorzystać? Były jednak państwa, które się z tego rozwiązania wycofały. Wielka Brytania, bo uznała, że wolny rynek jest ważniejszy, i Szwecja, która postawiła na wspieranie bibliotek publicznych.

Inicjatorzy akcji przekonują, że uporządkowanie rynku i zakończenie wojny cenowej przyniesie wszystkim korzyść – autorom, wydawcom, księgarzom. Nawet klientom, bo będzie większy wybór ambitnych pozycji, a ceny mogą być niższe. – Wydawcy będą mogli inaczej je kalkulować, wiedząc, że nie muszą robić zapasu na ogromne rabaty – wyjaśnia prezes Albin. Przykładem Włochy, które w 2011 r. wprowadziły takie rozwiązanie. Średnia cena książki wynosząca 21,60 euro w 2010 r. po trzech latach zmalała do 18,56 euro. Niedawno niemieccy księgarze odwiedzili polskich kolegów i współczuli im, że muszą pracować w takim rynkowym chaosie.

Ten straszny Amazon

Zdaniem prezesa ważne jest też ratowanie księgarń, które dla upowszechnienia kultury i promocji czytelnictwa stanowią dobro bezcenne. Oferują wysoką jakość i fachową obsługę, której w supermarketach się nie znajdzie. Dlatego powinny być traktowane w sposób szczególny, także pod względem polityki podatkowej czy czynszowej. Tak robią Francuzi – dbający o swój język i kulturę. Tymczasem u nas samorządom nie robi różnicy, czy lokal zajmie lumpeks czy księgarnia.

Pomysł jednolitych cen książek cieszy się w branży sporym poparciem. Za jest nawet Empik. Nie brakuje też przeciwników. Zwłaszcza wśród bibliotekarzy, którzy nie wierzą w spadek cen. Widzą, że mogą dziś wywalczyć większe rabaty niż te, które ma zagwarantować im ustawa. Także wśród czytelników pomysł nie budzi entuzjazmu. Zwłaszcza wrogo nastawieni są łowcy okazji. Na dodatek jednolite ceny miałyby obowiązywać także w księgarniach internetowych, które z definicji wszystko oferują taniej. Bo tak naprawdę to internet jest na celowniku pomysłodawców. Cała branża ekscytuje się dziś Empikiem i Matrasem, ale wszyscy żyją w lęku, że kiedy wkroczy globalny gigant e-handlu Amazon (a magazyny już u nas ma), rodzimy biznes księgarski może nie przetrwać. Dowodzi tego przykład Wielkiej Brytanii. Jednolita cena może temu zapobiec.

Wszyscy straszą Amazonem, a przecież gdyby chciał, już by u nas działał. Najwyraźniej jednak nie chce. Polski rynek książki jest dla niego za mały. To raptem ok. 2 mld zł rocznych obrotów – przekonuje Gabriel Kamiński, ekspert z portalu ksiązka.net.pl. Jest sceptycznie nastawiony do pomysłu ustawy. – Problemem polskiego rynku wydawniczego jest nadpodaż książek o wartości 5060 mln zł. Publikuje się za dużo pozycji, w za dużych nakładach, na które nie ma zbytu. Ustawa tego nie zmieni.

Opinię o nadmiarze tytułów podziela Wacław Holewiński, pisarz, a w przeszłości także wydawca i wiceprezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. I on nie kryje zastrzeżeń. – Chciałbym jednolitej ceny, równych warunków dla wszystkich, ale nie uważam, aby to była sprawa kluczowa. Inne czynniki, w moim odczuciu, decydują o zapaści rynku książki – przekonuje. – Nie widzę wspólnoty celów wśród wydawców. Jaki może być poziom rozmowy między tymi największymi, produkującymi kilkaset tytułów, a tymi, którzy wydają od trzech do pięciu książek rocznie?

Inicjatorzy ustawy zabiegają o polityczne poparcie. Politycy nie mówią tak, nie mówią nie. – Minister kultury Bogdan Zdrojewski przekonywał nas, że pomysł mu się podoba, ale musimy zyskać dla niego społeczne poparcie. Podobne rozmowy toczymy teraz z minister Małgorzatą Omilanowską – mówi prezes Albin. W sejmowej komisji kultury zdobyli na razie sojuszniczkę w osobie wiceprzewodniczącej Anny Grodzkiej. Podpisała się pod apelem o przyjęcie ustawy. Pomysł popierają też ludowcy, którym generalnie podobają się administracyjnie ustalane ceny minimalne. Ale przewodnicząca Iwona Śledzińska-Katarasińska przyznała, że ma do tego stosunek ambiwalentny. Wśród inicjatorów wkradł się pesymizm, bo widzą, że wszystko zależy od klubu PO. A Platformie nie zależy, nie chce się wystawić na społeczną krytykę. Ustawowej kontroli cen i zakazu rabatów nie da się dobrze sprzedać w mediach. Książki to nie węgiel, a księgarze to nie górnicy.

Panuje przekonanie, że owa rezerwa to efekt poglądów posła Rafała Grupińskiego, szefa klubu PO, człowieka wywodzącego się z branży księgarskiej. W przeszłości był prezesem kilku wydawnictw (m.in. WSiP, Prószyński i S-ka). Wydawcy liczyli na jego solidarność podczas bojów o szkolne podręczniki, ale się przeliczyli. Teraz nie mają złudzeń, zwłaszcza że znane jest krytyczne stanowisko żony posła Ewy Malinowskiej-Grupińskiej. Pełni ona funkcję przewodniczącej Rady Warszawy, ale ma też własne wydawnictwo (MG). W przeszłości była prezesem Polskiej Izby Książki.

„Rynek książki to jest rynek, więc należy stosować zasady rynku. Nie oznacza to, że problem rynku książki należy zostawić wyłącznie grze rynkowej, tylko regulacje powinny być też rynkowe” – przekonuje Bernard Jóźwiak w raporcie z badań polskiego rynku książki. Branża księgarska nie jest pierwszą, która źródeł swoich kłopotów upatruje w regułach wolnego rynku i upomina się o ochronę. W wewnętrznych dyskusjach pojawiają się też inne źródła problemów: rozdrobnienie księgarń i wydawnictw, niechęć do współpracy, nieporadność w prowadzeniu firm, nieumiejętność korzystania z funduszy UE, niski poziom wyedukowania kadry. Wiele księgarń zastygło w modelu obowiązującym w PRL, więc trudno im konkurować z internetem albo z nowoczesnymi sieciówkami czy z powstającymi w dużych miastach klimatycznymi kawiarnio-księgarniami.

Polityka 8.2015 (2997) z dnia 17.02.2015; Rynek; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Książka życzeń i zażaleń"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną