Gdzie się podziały polskie fabryki

Kamieni kupa, czyli co się stało z polskim przemysłem
Najlepsza polityka przemysłowa to jej brak – dziś widać, jak bardzo mylili się wyznawcy tamtego bon motu. Byliśmy krajem przemysłowym. Ale już nie jesteśmy. To bardzo źle.
Zakłady Mechaniczne Ursus
Krystian Maj/Forum

Zakłady Mechaniczne Ursus

Zakład Tworzyw Sztucznych Pronit Pionki
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Zakład Tworzyw Sztucznych Pronit Pionki

Ruiny huty Bobrek w Bytomiu
Roman Lipczyński/Forum

Ruiny huty Bobrek w Bytomiu

Ruiny cementowni Grodziec
Maciej Jarzębiński/Forum

Ruiny cementowni Grodziec

Ruiny Fabryki Domów Stare Świdry na warszawskim Tarchominie
Jacek Herok/Newsweek/Reporter

Ruiny Fabryki Domów Stare Świdry na warszawskim Tarchominie

Jeszcze 10 czy 15 lat temu większość dyskusji o przemyśle przypominała wizytę na setnych urodzinach u schorowanego nestora rodu. Owszem, oficjalnie podkreślano, że to czcigodnemu staruszkowi familia zawdzięcza swoje bogactwo i potęgę. Ale panowało przekonanie, że w XXI w. dziadek przemysł powinien z godnością zejść z dziejowej sceny. Tak jak przed nim pradziadek rolnictwo. Przez wieki główne miejsca ludzkiej aktywności, a teraz ledwie marginalna gałąź gospodarki. Wizja przyszłości wydawała się oczywista: wszyscy będziemy robić w usługach, ewentualnie zarządzać ideami albo handlować informacjami. Gospodarkę powinny napędzać prężne internetowe startupy, których rentowność zapewnią takie nowinki jak outsourcing (a jeszcze lepiej offshoring) albo bezprecedensowy rozrost rynków finansowych. Po co komu cuchnący (ekologia), drogi w utrzymaniu (technologie) i nieruchawy (logistyka) przemysł?!

Kilka lat (i jeden poważny kryzys ekonomiczny) później sytuacja wygląda już zgoła inaczej. I już choćby pobieżny przegląd największych słabości światowej gospodarki początków XXI w. zawsze i nieuchronnie prowadzi nas do... deindustrializacji. Weźmy choćby rosnące nierówności dochodowe. Jeśli uznać je za bombę, która może kiedyś wysadzić w powietrze stabilne zachodnie gospodarki, to ich gwałtowny wzrost jest przecież bezpośrednią konsekwencją erozji dobrych i pewnych miejsc pracy, które były właśnie w przemyśle (oraz w otaczającym go sektorze kreatywnym). Spójrzmy też na innowacje technologiczne. Istnieje wiele dowodów, że to właśnie sektor przemysłowy (a nie usługi) generuje ich najwięcej i to on najmocniej przyczynił się do szalonego wzrostu produktywności pracy w ciągu minionych 150 lat. Trudno się więc dziwić, że przechodzenie od przemysłu do usług musi skutkować spadkiem innowacyjności. I to się właśnie dzieje w większości rozwiniętych gospodarek świata!

Są wreszcie i tacy, którzy dowodzą nawet, że industrializacja była ważnym fundamentem powojennego sukcesu zachodnich demokracji. Zorganizowanej wokół dużych i rozumianych klasowo partii politycznych. Wiadomo: socjaldemokraci reprezentowali pracowników, a konserwatyści biznes i finansjerę. Ale jedni i drudzy trzymali się wzajemnie w szachu, co pozwalało wypracować dobrze funkcjonującą społeczną równowagę i polityczną stabilność. Gdy jednak przemysł zaczął zanikać, ten układ utracił rację bytu.

Serce kapitalizmu

Gdzieś pomiędzy początkiem globalizacji (lata 80.) a wybuchem kryzysu w 2008 r. bogaty Zachód uległ zbiorowemu złudzeniu. Uwierzył, że oto nadszedł mityczny kres historii, a gospodarka wchodzi w nowy „ponowoczesny” etap rozwoju. Jest to o tyle zaskakujące, że cała plejada ekonomistów od dawna twierdziła, że takie stawianie sprawy to kompletna bzdura. Wystarczy bowiem spojrzeć na rozwój dziejów ekonomicznych oczami badaczy takich jak Mikołaj Kondratiew czy Joseph Schumpeter. To przemysł stanowi serce każdego kapitalizmu. To stąd wychodzą impulsy dla pozostałej części gospodarki. W tym dla usług, których jest w PKB więcej, ale które jakby żerują na realnym produkcie stworzonym przez twardą gospodarkę. Tak było w latach 1800, 1900, 2000 i tak będzie również w 2050 r. No, chyba że świat przejdzie na jakąś inną formę organizowania życia ekonomicznego niż kapitalizm.

Coraz wyraźniej widać, że wymuszona globalizacją deindustrializacja okazała się pułapką, w którą rozwinięty Zachód sam siebie zagnał. I już widać pierwsze sygnały, że następuje przebudzenie. W końcu w najgorszych kryzysowych latach 2008–09 to przemysł był prawdziwym kołem zamachowym, którym kręcili zachodni politycy, by ich kraje nie wpadły w głęboką i beznadziejną recesję. I wygrywali ci, którzy mieli czym kręcić (jak Niemcy)! To dlatego od 2013 r. w Brukseli mówi się na serio o potrzebie nowej polityki przemysłowej dla całej wspólnoty. Podobne rzeczy dzieją się też w USA. To lekcja, którą musimy w Polsce odrobić. Dla naszego własnego dobra.

Dlaczego musimy się tym przejmować? Nawet jeżeli przyjąć, że deindustrializacja bogatego Zachodu była zbyt pochopna, to i tak gospodarki pierwszego świata znajdują się w sytuacji daleko lepszej niż kraje na dorobku. Bo dla nich rezygnacja z przemysłu była zwyczajnym samobójstwem – uważa Dani Rodrik z Uniwersytetu Princeton. Ten gwiazdor amerykańskiej ekonomii napisał właśnie intrygujący tekst pod tytułem „Przedwczesna deindustrializacja”. Porównuje w nim skutki radosnego przestawiania się na usługi na Zachodzie oraz w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki. I wychodzi mu, że biedne gospodarki dostały po głowie na dwa sposoby: po otwarciu na globalizację stały się importerami dóbr przemysłowych (nawet jeśli skręcanych u nich). I jeszcze zaimportowały sobie deindustrializację, bo przecież ich raczkujące i budowane wielkimi nakładami sektory nie miały szans w starciu z zagraniczną konkurencją.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną