Miasta, które nie zasypiają

Życie bez snu
W Londynie ruszyło całodobowe metro, w Tokio można wreszcie tańczyć do rana, a w Amsterdamie pracuje nocny burmistrz. Witajcie w całodobowej ekonomii.
Singapur nocą. Azjatyckie metropolie to liderzy rynku 24/7.
Sam Kang Li/Bloomberg/Getty Images

Singapur nocą. Azjatyckie metropolie to liderzy rynku 24/7.

W Londynie ostatnie piwa w pubach wciąż nalewa się o 23.00, a nowe kluby z trudem uzyskują licencje.
Misterzee/Wikipedia

W Londynie ostatnie piwa w pubach wciąż nalewa się o 23.00, a nowe kluby z trudem uzyskują licencje.

audio

AudioPolityka Paulina Wilk - Życie bez snu

„Miasto, które nie śpi” – chwytliwy slogan nadużywany w broszurach turystycznych właśnie się urzeczywistnia. Przybywa metropolii, które chcą zarabiać całą dobę. Oraz mieszkańców, dla których sen jest tylko jedną z wielu możliwości spędzania czasu.

W piątkową sierpniową noc Sadiq Khan, nowy burmistrz Londynu, odbył przełomową, choć niepozorną podróż. Wraz z innymi mieszkańcami skorzystał z pierwszej w historii nocnej zmiany metra. Teraz na liniach Victoria i Central pociągi w weekendy kursują co 10–20 minut przez całą noc, jesienią tak samo będzie na liniach Jubilee, Picadilly i Northern. W przyszłym roku dołączą pozostałe linie, a za pięć lat – także kolejki naziemne.

Konsekwencje mogą być potężne. Ruszą nowe usługi, wydłuży się czas działania tych już istniejących. – Skorzystają wszyscy – mówił Khan, wyliczając zalety nocnego transportu, który jeszcze w tym roku da miastu 2 tys. nowych miejsc pracy. – Jesteśmy teatralną stolicą świata, mamy fantastyczne koncerty, jedne z najlepszych restauracji i hoteli. Czterech na pięciu turystów przyjeżdża tu ze względu na ofertę kulturalną. Ludzie nie mogą martwić się, jak wrócą do domu.

Podkreślał, że od całodobowej aktywności Londynu zależy przyszłość. – Nocna ekonomia musi być częścią oferty jednego z najwspanialszych miast świata. Jeśli nie pozwolimy jej rozkwitnąć, wyprzedzą nas inni – od Paryża po Tokio, a to oznaczałoby złe wieści dla gospodarki.

Ekonomia nocą

Nowy potencjał Londynu dostrzeżono niedawno. Pierwszy raport dotyczący tzw. nocnej ekonomii, na którą składają się m.in. usługi restauracji, barów, klubów tanecznych, hoteli, opracowała na Wyspach grupa badawcza TBR w 2010 r. Okazało się, że jest to piąty co do wielkości przemysł w kraju, daje zatrudnienie 1,3 mln ludzi i roczny dochód w wysokości 66 mld funtów (to ok. 6 proc. PKB Wielkiej Brytanii, a 40 proc. tej kwoty płynie prosto z Londynu). Ośrodek London First szacuje, że w 2029 r. przemysły nocne w samej stolicy będą warte 30 mld funtów i zatrudnią 790 tys. osób.

Wiosną, jeszcze jako burmistrz, Boris Johnson powołał Komisję Pory Nocnej, złożoną z przedstawicieli ratusza, aktywistów, właścicieli lokali. Jesienią mają opublikować raport wskazujący, jak chronić i rozwijać nocne interesy. Możliwości jest wiele, na przykład reprezentacyjna i handlowa Oxford Street wyludnia się już po 21.00. Powstają pomysły, by piętra sklepów zmienić w restauracje i bary. Albo rozproszyć usługi i ożywiać różne dzielnice i tereny niezagospodarowane.

W tym londyńczycy mają doświadczenie: w dawnej elektrowni stworzyli Tate Modern, w byłych dokach – apartamentowce, zaś robotniczą Brick Lane zmienili w artystyczne zagłębie. Paradoksalnie ten proces działa na szkodę nocnych klubów, takich jak zamknięty w 2014 r. legendarny VIBE, któremu dzielnica zawdzięcza swój awans. Postępująca zmiana jej charakteru powoduje wzrost czynszów, zaostrza regulacje i kontrole. Zamożniejsi mieszkańcy upominają się o prawo do ciszy, wtórują im lokalni politycy. Dlatego w Londynie ostatnie piwa w pubach wciąż nalewa się o 23.00, a nowe kluby z trudem uzyskują licencje. Argumentem jest troska o bezpieczeństwo i zdrowie publiczne. Badania potwierdzają związek nocnych biznesów z konsumpcją alkoholu i przypadkami przemocy, jak np. pobicie dwóch osób przez ochroniarzy w londyńskim Soho, którego skutkiem było kontrowersyjne zamknięcie jednego z najsłynniejszych klubów w mieście.

Alan Miller, twórca VIBE, założył Stowarzyszenie Nocnych Przemysłów. Zachęca londyńczyków do dyskusji o tym, jak może wyglądać nocne życie, i pyta, czy chcą, by władze dyktowały im, co i o której godzinie mogą robić.

Noc bez alkoholu

Władze Sydney w 2011 r. zapytały mieszkańców, jakich ulepszeń chcieliby nocą, i na tej podstawie opracowali plan rozwoju miasta jako azjatyckiej stolicy przemysłów rozrywkowych. Ale jednocześnie wprowadziły regulacje zabijające ducha rozrywki. Teraz w centrum nie można wejść do klubu po 1.30 w nocy ani sprzedawać alkoholu po 3.00 rano. Skutek – upadło 40 proc. lokali, a zatłoczone i wibrujące niegdyś okolice Kings Cross i Oxford Street wcześnie pustoszeją. Miasto może sobie gratulować spadku tzw. zachowań antyspołecznych, wzmagających się razem ze spożyciem alkoholu, oraz natężenia ruchu pieszego w centrum, to jednak nie gwarantuje zwiększenia bezpieczeństwa. Już w latach 60. nowojorska aktywistka Jane Jacobs wykazała, że gwarancją rozwoju i zaufania mieszkańców są dobrze oświetlone ulice, pełne pieszych i różnorodnej aktywności.

W Berlinie, słynącym z przyzwolenia na nocne imprezy, ale i wysokiego poziomu bezpieczeństwa, właściciele ponad 100 klubów tworzą Komisję Nocną, która współpracuje z władzami miasta i reprezentuje interesy branży. Berlin to europejskie epicentrum przemysłów kreatywnych i przykład metropolii, w której sektory artystyczny, edukacyjny i rozrywkowy wzajemnie się wspierają. To także koronny argument entuzjastów nocnego rozwoju: miasta potrzebują mieszkańców młodych, innowacyjnych, przedsiębiorczych – a są to ci sami ludzie, którzy chcą się bawić.

W Warszawie konflikty między dziennymi i nocnymi funkcjami miasta na razie zażegnano, przenosząc sezonową rozrywkę nad Wisłę – miasto udostępnia tam klubom działki z umiarkowanym czynszem, wiele ważnych klubów ma tam sezonowe oddziały działające do rana. Inne lokale otwierają się tam, gdzie nie ma mieszkańców, np. kulinarny Nocny Market działa w dawnym dworcu, a całodobowa restauracja Warszawa Wschodnia w kompleksie pofabrycznym. Poza tym w polskich miastach szerszego rozwoju usług całodobowych nie widać – poza barami i klubami do rana dostępne są głównie apteki, siłownie i sklepy monopolowe. Tymczasem Londyn planuje działające non stop księgarnie, kawiarnie, centra jogi, sklepy i gabinety spa. Pojęcie nocnej ekonomii właśnie się rozszerza i zrzuca odium sfery kojarzonej z przestępczością.

Decyzja o nocnym transporcie w Londynie przyszła w szczególnym momencie. W całej Europie kultura klubowa wyraźnie słabnie. W ostatniej dekadzie w samej Wielkiej Brytanii zamknięto 45 proc. lokali tanecznych. Przyczyną, poza wspomnianymi regulacjami, jest zmiana gustów i zachowań. Taniec traci na znaczeniu, za to zatłoczone są kawiarnie i sklepy. Według Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii np. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Danii spada liczba młodych (do 34. Roku życia) używających ecstasy – pobudzającego narkotyku łączonego z kulturą klubową; wśród nastolatków nieco zmniejsza się też intensywność spożycia alkoholu. Zamiast częstego imprezowania młodzi dwa, trzy razy w roku jeżdżą na festiwale, które monopolizują rynek koncertowy.

W Amsterdamie, którego centrum zmienia się nocą w zagłębie rozrywki łączącej muzykę, legalne usługi erotyczne i używanie marihuany, od 2013 r. urzęduje tzw. nocny burmistrz. Mirik Malik został zatrudniony przez miasto i organizację pozarządową do rozwijania i zarządzania branżą rozrywkową. Jego misja jest ciężkiej wagi – miasto przyciąga ponad 5 mln turystów rocznie, wielu liczy na dobrą zabawę. Malik podkreśla, że życie nocne jest nieodzowną cechą kosmopolitycznych miast. Pozwala się socjalizować w przestrzeni publicznej, zasila zjawiska kulturowe i przyciąga inwestorów, którzy chętniej otwierają siedziby w miejscach atrakcyjnych dla pracowników.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną