Jak opodatkować bogatych

Niepogoda dla bogaczy
Jak by tu mocniej skubnąć podatkami najbogatszych? To znów modny temat. Tylko jak to zrobić, żeby ci biedni nie zbiednieli jeszcze bardziej?
Wyższe podatki dla najbogatszych to konieczność, jeden z niewielu sposobów ratowania kapitalizmu i demokracji przed samozniszczeniem.
Mirosław Gryń/Polityka

Wyższe podatki dla najbogatszych to konieczność, jeden z niewielu sposobów ratowania kapitalizmu i demokracji przed samozniszczeniem.

Czy podatki dla najbogatszych już na zawsze pozostaną umiarkowanie niskie?
AKG Images/EAST NEWS

Czy podatki dla najbogatszych już na zawsze pozostaną umiarkowanie niskie?

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Niepogoda dla bogaczy

Właśnie mija pięć lat, odkąd miliarder Warren Buffet napisał w „New York Timesie”, że płaci niższe podatki niż jego własna sekretarka. Na ostatniej prostej kampanii wyborczej o podwyżkach podatków dla najbogatszych przypomnieli sobie walczący o amerykańską prezydenturę Hillary Clinton oraz Donald Trump. I co? I nic. Buffet (majątek wart 67 mld dol.) nadal płaci tak samo niskie podatki jak 5, 10 i 15 lat temu. I nie tylko on. Problem dojmująco niskiego opodatkowania wielkiego zakumulowanego kapitału dotyczy wszystkich zachodnich gospodarek. Kto uważa, że to jakieś populistyczne zawracanie głowy, niech koniecznie sięgnie do najnowszej pracy ekonomistów Kennetha Scheve’a i Davida Stasavage’a. Stworzyli oni potężną bazę danych dotyczącą opodatkowania najbogatszych w 20 najbardziej rozwiniętych krajach świata. I to na dodatek w imponującej historycznej skali od 1800 r. do dziś. Pod uwagę wzięli dwa kluczowe składniki. Pierwszy to najwyższa stawka podatku dochodowego. Drugim była wysokość podatku spadkowego. „Jeżeli jakiemukolwiek fiskusowi udało się kiedykolwiek opodatkować kapitał, to właśnie przy użyciu tych dwóch narzędzi” – przekonują autorzy.

Gospodarczy rozrusznik 

Gdy te podatki nanieść na oś czasu, to będą one swym kształtem przypominały odwróconą literę U. Najpierw długo, długo nic. A potem (mniej więcej sto lat temu) ostro w górę. Szczyt przypada na lata 50., 60. i 70. XX w. To wtedy krańcowa stawka podatku dochodowego wynosiła w zachodnich gospodarkach średnio ok. 60 proc. (a bywały i kraje, gdzie sięgała nawet 90 proc.). Po czym zaczyna się gwałtowny spadek. Aż do dzisiejszych 38 proc. Wyjątków od tej reguły prawie nie było. A gdy się zdarzały, to przybierały postać groteskowych krótkotrwałych wahnięć. Jak choćby inicjatywa François Hollande’a, który w 2014 r. podniósł we Francji najwyższą stawkę PIT do 75 proc. A potem wycofał się z tego przedsięwzięcia zaledwie po roku.

Przyczyną tamtej i wielu innych spektakularnych klęsk w opodatkowaniu bogatych zajmiemy się za chwilę. Na razie (by zrozumieć wymiar problemu) pozostańmy jeszcze przy statystykach. Bo odwrócone U powraca również, gdy próbujemy pokazać najnowsze dzieje podatku spadkowego. Sto lat temu wynosił na Zachodzie średnio ok. 20 proc. W połowie stulecia poszedł w górę do ponad 40. Po czym spadł znów do dzisiejszych 20. Jeśli kogoś nie zadowalają te uśrednione dane, zawsze może dostroić soczewkę nieco dokładniej.

Stany Zjednoczone? 79 proc. w 1935 r., a potem powyżej 70 proc. aż do 1982 r. I ostro w dół do dzisiejszych 39 proc. (a było już nawet 35 proc.). Wielka Brytania? Z 60 (międzywojnie) przez 90 (okres powojenny) do 40 dziś. Szwecja? Z 70 proc. po wojnie do dzisiejszych 30. I tak dalej, i tak dalej. Liczbami można w zasadzie żonglować w nieskończoność. Wzbogacając opowieść na przykład o stawki efektywne (czyli ciężary podatkowe po odliczeniu ulg i ułatwień). W niczym nie zmieni to jednak ogólnego przesłania. „Bogaci początków XXI w. dokładają się do wspólnej kasy w stopniu dużo mniejszym niż pokolenie ich rodziców, a czasem i dziadków”podsumowują swoje główne przesłanie Scheve i Stasavage.

Tylko czy to źle? Jeszcze niedawno na tak postawione pytanie znalazłoby się całe naręcze odpowiedzi przeczących. Mówiono by, że przecież niskie podatki skłaniają biznes do inwestowania, co z kolei przekłada się na tworzenie nowych miejsc pracy. A w erze globalizacji kapitał wysokich podatków i tak płacił nie będzie. Tego typu argumentacja wciąż jest bardzo popularna. Ale trzeba powiedzieć, że w ciągu ostatnich kilku lat przybyła jej w przestrzeni publicznej mocna konkurencja. I to przynajmniej pod dwiema postaciami.

Pierwsza dowodzi, że bez radykalnego pociągnięcia najbogatszych do kasy świat jeszcze długo nie wyjdzie z tzw. wielkiej stagnacji, która trzyma nas za szyję przynajmniej od kryzysu 2008 r. Tkwimy wszak wewnątrz typowego dla stagnacji błędnego koła: wzrost jest mikry, więc prywatny kapitał boi się inwestować. Bo po co ma inwestować, skoro nie ma ani popytu, ani specjalnie wielu dobrych pól do ekonomicznej ekspansji? Tylko że to właśnie ta sama niechęć do inwestycji sprawia, że wzrost na Zachodzie pozostanie mikry! I tak koło się zamyka. A przecież od wielkiego kryzysu lat 30. wiemy, że z tego nieszczęścia można się wyrwać. Wystarczy, że państwo podejmie się roli gospodarczego rozrusznika. Albo – jak kto woli – dietetyka, który zaordynuje biznesowi nieprzyjemną, ale konieczną kurację odchudzającą.

Zebrane zaś tą drogą nadwyżki finansowe przepompuje w realną gospodarkę (choćby w formie przestawiania jej na tory zielonych technologii). Te inwestycje otworzą nowe biznesowe możliwości, zbudują miejsca pracy i wygenerują popyt. Zareaguje na to biznes, znów bardziej głodny przedsiębiorczości i jakby ruchliwszy. A gospodarka powoli zacznie się wydobywać z recesyjnego dołka, bez osunięcia w społeczną katastrofę. Tylko że bogaty Zachód tą drogą nie idzie. Dlaczego? Bo po pierwszej fazie kryzysu (lata 2008–09) do głosu doszedł fiskalny konserwatyzm, który nakazał rządom w Berlinie, Paryżu, Londynie i Waszyngtonie (tu trochę mniej) szukać przede wszystkim budżetowej równowagi. Na porządne rozruszanie koniunktury nie starczyło już więc środków. Dlatego coraz więcej zachodnich ekonomistów głosi, że zmasowane i skoordynowane podwyżki podatków dla najbogatszych to dziś jeden z niewielu niesprawdzonych jeszcze sposobów wyjścia z kryzysu.

Ale to jeszcze nie wszystko. Bo nie chodzi tylko o to, że gospodarka od lat nie kręci się tak szybko, jak powinna. Problem również w tym, że każdy rok bez tego kręcenia jest jak podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy. „Powody do obaw już są. I to ogromne” – przekonują Roberto Stefan Foa i Yascha Mounk, autorzy głośnego ostatnio tekstu „The democratic disconnect” (Demokratyczne odklejenie), opublikowanego w „Journal of Democracy”. Foa i Mounk ubrali w nim w twarde liczby te wszystkie obawy, które unoszą się w powietrzu od dawna. Pokazali, że na Zachodzie w dramatycznym tempie spada bezwarunkowe poparcie dla demokracji. Zwłaszcza gdy stawiamy obok siebie kolejne grupy wiekowe. O ile więc jeszcze w pokoleniu 70 plus sięga 60 proc., o tyle już wśród dzisiejszych 30-latków spada do ok. 30 proc. Dlaczego?

Deklarowany spadek poparcia dla demokracji niemal całkowicie pokrywa się z notowanym w ostatnich kilkudziesięciu latach gwałtownym wzrostem nierówności majątkowych. Słowem: starsze pokolenia, które pamiętają jeszcze „bardziej sprawiedliwą i lepiej działającą” wersję kapitalizmu, wierzą w demokrację. Dla młodszych staje się ona pustym sloganem. Bo świat, który zastali, wyraźnie różnicuje obywateli ze względu na ich miejsce na majątkowej drabinie. To zagrożenie nie jest oczywiście niczym nowym. Już w 1520 r. florencki polityk i historyk Francesco Guiccardini ostrzegał, że nadmierne nierówności podminują wiarę obywateli w republikę i poprowadzą prostą drogą do tyranii. Straszył tym również Jean-Jacques Rousseau, dowodząc, że nadmierne bogactwo stwarza olbrzymie możliwości „przechwycenia” procesu demokratycznego przez najsilniejszych. Coraz więcej wskazuje na to, że właśnie ten niepokojący scenariusz realizuje się dziś.

Biorąc to wszystko pod uwagę, wyższe podatki dla najbogatszych jawią się więc już nie tylko jako ekstrawagancki pomysł idealistycznej lewicy, ale jako konieczność, jeden z niewielu sposobów ratowania kapitalizmu i demokracji przed samozniszczeniem. Pytanie nie brzmi więc: czy należy mocniej opodatkować kapitał, lecz: jak to zrobić w sposób skuteczny i politycznie akceptowalny? I właśnie nad tym głowią się Scheve i Stasavage w opublikowanej niedawno, ale już głośnej książce „Taxing the Rich” (Podatkami w bogatych).

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną