Rynek

Ciemna strona mocy

Dlaczego będziemy płacić więcej za prąd

Produkujemy z węgla 85 proc. energii elektrycznej i nie mamy specjalnych zamiarów, by się w tej dziedzinie ograniczać. Produkujemy z węgla 85 proc. energii elektrycznej i nie mamy specjalnych zamiarów, by się w tej dziedzinie ograniczać. Arielbedzin / Wikipedia CC BY 4.0
Od przyszłego roku zapłacimy więcej za prąd. Nie dlatego, że energia nagle zdrożała. Po prostu gdzieś trzeba znaleźć pieniądze na politykę gospodarczą rządu.
Polski system elektroenergetyczny ledwo wiąże koniec z końcem. Wypadnięcie jednej dużej elektrowni powoduje dramatyczne perturbacje i grozi blackoutem.EAST NEWS Polski system elektroenergetyczny ledwo wiąże koniec z końcem. Wypadnięcie jednej dużej elektrowni powoduje dramatyczne perturbacje i grozi blackoutem.

Będę szukała rozwiązań, które uchronią nasz kraj przed wzrostem cen energii. Polacy mogą spać spokojnie – obiecywała wkrótce po nominacji premier Beata Szydło. Dziś już takich deklaracji nie składa. Wszystkich odsyła do wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Ten zaś „musi się zastanowić, w jaki sposób znaleźć środki, doinwestować polską energetykę, która jest w trudnej sytuacji, jak rozwiązać problemy górnictwa, co zrobić, żeby ceny prądu nie rosły, co zrobić, żeby znaleźć środki na inwestycje”. Innymi słowy, pani premier od swego zastępcy wymaga cudu. Ale cudu nie będzie.

„Należy oczekiwać, że koszty związane z niezbędną modernizacją całej polskiej energetyki, jak również przewidywany wzrost poziomu PKB spowodują wzrost nominalnych cen energii – tak hurtowych, jak detalicznych” – przewiduje Ministerstwo Energii. I wie, co mówi, bo szykowane przez resort rozwiązania prawne spowodują spory skok cenowy. Nasze domowe rachunki mogą wzrosnąć o ponad 100 zł rocznie. I nie dlatego, że wzrośnie cena energii, ale rozmaite dodatkowe opłaty.

Mix fakturowy

Każdy, kto próbował analizować fakturę otrzymywaną z zakładu energetycznego, dobrze wie, ile tajemniczych pozycji zawiera. Płacimy nie tylko za zużywany w domu prąd, czyli energię czynną (firmy płacą też za bierną), ale uiszczamy także dodatkowe opłaty – handlową, abonamentową, przejściową, sieciową za przesył i stałą, też za przesył. Mamy również tajemniczą stawkę jakościową.

Ten mix cenowy odzwierciedla skomplikowaną strukturę energetyki, w której pieniądze muszą się znaleźć i dla elektrowni, i dla sieci wysokiego napięcia, a także sieci dystrybucyjnych docierających do naszych domowych gniazdek. I dla sprzedawcy prądu, i dla dystrybutora (nie zawsze to te same firmy), i na eksploatację infrastruktury oraz na jej rozbudowę. Jest nawet stawka dla inkasentów za sprawdzanie liczników.

Niektóre z opłat mają charakter parapodatków. Zwłaszcza opłata przejściowa. To pamiątka po wydarzeniach z początku lat 90., kiedy elektrownie zaciągały potężne kredyty na modernizacje. Banki nie chciały pożyczać bez gwarancji, że będą pieniądze na spłatę. Dlatego państwowy operator systemu elektroenergetycznego – Polskie Sieci Elektroenergetyczne – podpisał z kredytobiorcami kontrakty długoterminowe, gwarantując im opłacalny zbyt. Kiedy jednak UE zdecydowała, że ceny gwarantowane kłócą się z zasadami rynku energetycznego, trzeba było to zmienić. Dlatego gwarancje zamieniono na opłatę, która ma zapewniać możliwość spłaty pożyczek. Dziś wynosi ona 3,87 zł miesięcznie od licznika. Jej wysokość maleje, bo spora część elektrowni już nie wymaga wsparcia. Wydawało się, że niebawem w ogóle zniknie.

Nie zniknie, lecz wzrośnie do 8 zł od licznika, czyli do 96 zł rocznie. Zapłacą wszyscy, także odbiorcy gospodarczy. Zważywszy, że samych liczników odbiorców detalicznych jest w Polsce prawie 15,5 mln, to robią się spore kwoty. Podwyżkę przemycono w znowelizowanej właśnie ustawie o odnawialnych źródłach energii (OZE). Jeśli ktoś sądzi, że podwyżka ma wspierać zieloną energetykę, to się myli. Przeciwnie, ustawa pogorszyła warunki energetyki odnawialnej do tego stopnia, że wielu producentów znalazło się na progu bankructwa.

Pomysł z podwyżką opłaty przejściowej w ustawie OZE to jeden z prostych sposobów na zdobycie pieniędzy potrzebnych na rozbudowę firm węglowo-energetycznych. Choć może słowo „proste” jest tu na wyrost, bo cała inżynieria transferowania pieniędzy od konsumentów do spółek energetycznych będzie dość zawikłana. Chodzi o to, by transfery nie zostały uznane przez Brukselę za niedozwoloną pomoc publiczną, czego wielu ekspertów się spodziewa.

Unia akceptuje tylko te formy wspierania energetyki, które prowadzą do jej przebudowy na niskoemisyjną, przyjazną dla środowiska i rynkową. Dlatego w zmienionej ustawie o OZE pojawił się też drugi parapodatek, już na prawdziwą zieloną energetykę. Od połowy tego roku na naszych rachunkach pojawiła się nowa pozycja: opłata OZE. Ma służyć „zapewnieniu dostępności energii ze źródeł odnawialnych w krajowym systemie elektroenergetycznym” – jak wyjaśnia Urząd Regulacji Energetyki. Jej wysokość jest jednak niewielka: 3,08 zł/MWh. Przeciętne gospodarstwo domowe zużywa przez rok ok. 2,1 MWh, więc nowa roczna składka na zieloną energetykę wyniesie 7,30 zł, mniej niż miesięczna na energetykę węglową.

Zielone słuszne i niesłuszne

Te różnice oddają istotę doktryny energetycznej PiS, która w zielonej energetyce widzi nie szansę, lecz zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego Polski. Bo każdy megawat produkowany przez wiatr, słońce czy inne zielone źródło wypycha megawat węglowy. A węgiel to nasza opoka.

Dziś produkujemy z niego 85 proc. energii elektrycznej i nie mamy specjalnych zamiarów, by się w tej dziedzinie ograniczać. Chcemy, by Unia uznała tę naszą węglową specyfikę i nie przesadzała z ograniczeniem emisji CO². Oficjalne stanowisko ministra energii jest takie, że zielone źródła energii są złe, bo nieprzewidywalne i niesterowalne. Wiatr wieje, kiedy chce, a nie kiedy potrzeba. Dlatego jeśli już musimy mieć zieloną energię, minister jest za spalaniem drewna zmieszanego z węglem albo wykorzystywaniem biogazu, produkowanego z odpadów roślinnych i zwierzęcych.

Z zieloną energetyką elektrownie węglowe mają same kłopoty. Muszą w pogotowiu stać pod parą, bo nie wiadomo, czy i kiedy będą potrzebne. To im nie służy – ekonomicznie i technicznie – zwłaszcza że wiele z nich jest już wyeksploatowanych, dożywa swoich dni i powinno być wyłączone. Tylko jeśli się je wyłączy, co wtedy?

Polski system elektroenergetyczny ledwo wiąże koniec z końcem. Wypadnięcie jednej dużej elektrowni powoduje dramatyczne perturbacje i grozi blackoutem. Latem ubiegłego roku przeżywaliśmy taki moment, gdy kłopoty wisiały na włosku. Upał wywołał nagły wzrost zapotrzebowania na energię, którego elektrownie węglowe nie były w stanie zaspokoić. Bo do chłodzenia bloków czerpią wodę z pobliskich rzek i zbiorników, a kiedy robi się gorąco, to jest jej za mało i jest zbyt ciepła. Trzeba wtedy zmniejszać produkcję energii, choć jest wyjątkowo potrzebna. W efekcie okazało się, że węglowa energetyka jest równie zależna od pogody i niesterowalna jak wiatraki.

Musi sobie z tym wszystkim jakoś radzić operator systemu elektroenergetycznego, czyli PSE. Płacimy mu za to co miesiąc w opłatach sieciowych za przesył energii, a szczególnie w opłacie jakościowej, która jest parapodatkiem na funkcjonowanie systemu elektroenergetycznego. Potrzeby inwestycyjne są duże, bo jakość sieci jest marna i za dużo energii tracimy podczas przesyłu. Teoretycznie moglibyśmy ratować się importem energii, gdybyśmy mieli techniczne możliwości jej sprowadzania. Tymczasem przepustowość połączeń transgranicznych jest niewielka i nie zapowiada się, by coś się w tej sprawie radykalnie zmieniło. Główna przeszkoda to ceny. Polskie są na ogół wyższe niż u sąsiadów, więc otwieranie nowych szlaków dostaw mogłoby narazić państwowe koncerny na konkurencję, której sobie nie życzą.

Obowiązująca doktryna widzi w imporcie kolejne zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego. Naszym ideałem jest autarkia – sami sobie wytwarzamy energię z krajowych surowców i sami ją zużywamy.

Energetyka paramilitarna

Tylko ile to będzie kosztować i dlaczego tak drogo? Czy gospodarka to udźwignie? To bez znaczenia, bo tu chodzi o bezpieczeństwo – przekonują eksperci energetyczni PiS z instytutów Sobieskiego i Jagiellońskiego. Niektórzy narzekają nawet, że ceny energii i tak są za niskie, co podobno też nie jest dobre. Tymczasem energochłonny przemysł przerażony wzrostem cen ostrzega: będzie musiał zwinąć interes. Dlatego już zdołał sobie wywalczyć rozmaite ulgi. My sobie tych ulg nie wywalczymy, choć teoretycznie nasze taryfy kontroluje prezes URE. Nie kontroluje jednak ustaw, które nam powiększają rachunek o kolejne pozycje.

Według obowiązującej doktryny energetyka to szczególna formacja obrony terytorialnej, bo dziś zagrożenia ekonomiczne są poważniejsze niż militarne. Wróg nie śpi, może nas porazić swoim prądem. Dlatego na wszelki wypadek na noc wyłączana jest nowo wybudowana polsko-litewska linia energetyczna.

Bezpieczeństwo energetyczne to wygodne hasło, którym rząd może wytłumaczyć każdą nieracjonalną decyzję. Panuje przekonanie, że największym zagrożeniem są mechanizmy rynkowe. Tymczasem to rynek energetyczny może najskuteczniej zapewnić nam bezpieczeństwo – przekonuje dr Leszek Juchniewicz, twórca i pierwszy prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Profesor Jan Popczyk, były prezes PSE i współtwórca rynkowych reform polskiej energetyki (współpracował z Leszkiem Balcerowiczem), nazywa obecną koncepcję energetyką paramilitarną. Opiera się ona na wielkich pionowo zintegrowanych państwowych koncernach energetycznych produkujących energię w wielkich, konwencjonalnych elektrowniach. Profesor przekonuje, że bezpieczeństwo może nam zapewnić tylko pospolite ruszenie – rozproszona energetyka obywatelska, dzięki której prąd będziemy wytwarzać w lokalnych, niewielkich źródłach odnawialnych, a przesyłać inteligentnymi sieciami. Ta rewolucja już się w świecie zaczęła i jeśli się do niej nie przyłączymy, zostaniemy ze swoimi wielkimi elektrowniami na węgiel, które nie będą nikomu potrzebne.

Wątpliwości, czy budowa nowych wielkich bloków węglowych jest potrzebna, miał Krzysztof Kilian, były prezes Polskiej Grupy Energetycznej. Z analiz ekspertów PGE wynikało, że budowa największej elektrowni węglowej w Opolu nie opłaca się. Do podobnych wniosków doszli szefowie innych państwowych spółek.

Kurczący się popyt na drogi polski węgiel i perspektywa ograniczania jego wykorzystania doprowadziły do zawału górnictwo, a w efekcie zmobilizowało polityków, by wymusili na energetykach budowę nowych elektrowni węglowych. Cztery wielkie inwestycje w Opolu, Kozienicach, Jaworznie i Turowie zaczął jeszcze rząd PO-PSL, choć ich opłacalność jest wciąż wątpliwa. Rząd PiS ma dziesiątki pomysłów na nowe inwestycje nie tylko węglowe, ale i atomowe, ale koncentruje się na mówieniu, więc na razie idzie mu jak po maśle.

Realne pieniądze z energetyki rząd dziś wykorzystuje na ratowanie górnictwa, wymuszając na koncernach nie tylko kupowanie węgla, ale przejmowanie całych kopalń wraz z górnikami. W ten sposób do naszych rachunków za prąd została dopisana, choć nieuwidoczniona na fakturze, pozycja – opłata na górników. Płacimy ją nie tylko w rachunkach, ale także w podatkach ogólnych, bo górnictwo jest zasilane na dziesiątki sposobów z budżetu państwa czy z ZUS.

Potrzeby są jednak coraz większe. Szacunki mówią o blisko 100 mld zł, jakie trzeba znaleźć na nowe inwestycje energetyki. Skąd je wziąć? Pożyczyć? Owszem, ale tylko z polskich państwowych banków, bo zagraniczne nie chcą finansować węgla. Ale i tak wszystko będzie musiało być sfinansowane z naszych rachunków za prąd. Dlatego wkrótce na fakturach znajdziemy kolejny punkt: opłatę za rynek mocy. To rodzaj parapodatku na dofinansowanie energetyki. Będzie to opłata za samą gotowość elektrowni do wytwarzania energii. Dzięki temu opłacalne staną się inwestycje w konwencjonalną energetykę, a może i w jądrową. O ile Bruksela nie uzna tego za niedozwoloną pomoc publiczną.

Ile zapłacimy za rynek mocy, jeszcze nie wiadomo. Ministerstwo Energii przygotowuje kolejne koncepcje. Według informatorów „Rzeczpospolitej” mowa jest rocznie o 20–25 zł od przeciętnego gospodarstwa domowego.

Pompa dwukierunkowa

Paradoks sytuacji polega jednak na tym, że rząd PiS, myśląc, jak wpompować w energetykę pieniądze, jednocześnie stara się je z niej wypompowywać. Krzysztof Tchórzewski, minister energii, niedawno odkrył, że państwowe koncerny energetyczne mają wielomiliardowe kwoty w formie kapitału zapasowego. Wpadł na pomysł, by po nie sięgnąć, przenosząc na kapitał akcyjny. To zabieg księgowy, od którego trzeba zapłacić podatek. W ten sposób państwowy akcjonariusz wyjmie z kasy spółek spore pieniądze, nie dzieląc się nimi z akcjonariuszami mniejszościowymi. Im ma wystarczyć satysfakcja ze wzrostu nominalnej wartości akcji, co podobno podnosi wartość spółki.

Na zarzut, że to skok na kasę firm potrzebujących dziś pieniędzy, minister odpowiada, że to naturalne prawo państwa. W ten sposób w ciągu kilku lat uda się wypompować z energetyki ok. 10 mld zł. Eksperci oceniają, że minister myli się w rachunkach, bo tylu pieniędzy nie wyciśnie. W przypadku niektórych koncernów, jak np. Tauronu, którego kondycja nie należy do najlepszych, wpędzi go dużo szybciej w kłopoty.

Pierwsza taka próbna operacja w Grupie PGE została przeprowadzona. Na przyszły rok plan zakłada wypompowanie 1,5 mld zł. Zostało to już zapisane w budżecie, a tu liczy się każda złotówka. Akcjonariusze mniejszościowi raczej nie mają co liczyć na dywidendę. Państwowa ma przecież spore wydatki związane z inwestycjami, repolonizacją (zagraniczni inwestorzy gremialnie wycofują się z Polski, wyprzedając swoje elektrownie i elektrociepłownie) i górnictwem, któremu wkrótce skończą się pieniądze. Wiele więc wskazuje, że w naszych rachunkach za prąd mogą pojawić się dodatkowe opłaty.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną