Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Rynek

Bez kompasu

Czy polska gospodarka będzie czerpać z chińskich wzorców

Justin Yifu Lin Justin Yifu Lin Piotr Waniorek/Forbes / Forum
Dobrze, że wicepremier Mateusz Morawiecki testuje pomysły Chińczyka Justina Yifu Lina. Źle, jeśli zaprowadzą nas one prosto do Chin.
Justin Lin w książce „The China Miracle” (Chiński Cud) z 1992 r. pisał, że „im bardziej radykalna jest reforma, tym bardziej destrukcyjne okażą się później konflikty socjalne oraz opozycja wobec reform”.Aslu/Ullstein Bild/Getty Images Justin Lin w książce „The China Miracle” (Chiński Cud) z 1992 r. pisał, że „im bardziej radykalna jest reforma, tym bardziej destrukcyjne okażą się później konflikty socjalne oraz opozycja wobec reform”.

W Chinach Justin Yifu Lin jest znany jako ten pierwszy. I faktycznie był pierwszym od czasu rewolucji kulturalnej chińskim studentem, który wrócił do kraju z tytułem doktora ekonomii zdobytym na porządnej amerykańskiej uczelni. W 2008 r. jako pierwszy człowiek z kraju rozwijającego się został głównym ekonomistą i wiceprezydentem Banku Światowego. I pewnie nikogo specjalnie nie zdziwi, jeśli gdzieś w okolicach 2020 r. Lin będzie pierwszym w historii chińskim laureatem Nobla z ekonomii.

Justin Yifu Lin to nie jest jego prawdziwe nazwisko. Justinem został po to, żeby na zachodnich uniwersytetach nie łamali sobie języka na imieniu Zhengyi. Yifu to z kolei przybrany już w dojrzałym wieku pseudonim inspirowany tradycją konfucjańską, który oznacza „wytrwałego człowieka w trakcie długiej podróży”. Jak się popatrzy na życiorys ekonomisty, to coś jest na rzeczy. Urodzony na Tajwanie na początku lat 50., niedługo po tym, jak wyspa stała się azylem dla chińskich nacjonalistów Czang Kaj-szeka wypartych z kontynentalnych Chin przez komunistów Mao Zedonga. O Linie pierwszy raz zrobiło się głośno, gdy jako student wydziału rolniczego uniwersytetu w Tajpei zgłosił się jako ochotnik do wojska. A był to jeszcze czas, gdy wojna w cieśninie tajwańskiej mogła wybuchnąć w każdej chwili. W wojsku Lin dosłużył się stopnia kapitana i po paru latach skierowano go do jednostki na Kinmen, maleńkim archipelagu wysp leżących zaledwie kilka kilometrów od Chin kontynentalnych.

Nudna ewolucja

Pewnej majowej nocy 1979 r. kapitan Lin zdjął buty, wszedł do wody i popłynął kraulem w kierunku Chin Ludowych. O swoich zamiarach nie powiedział nawet żonie. Wstrzelił się dobrze w takt przypływów i odpływów, więc już po trzech godzinach był na miejscu. Oczywiście został natychmiast aresztowany.

Polityka 52/53.2016 (3091) z dnia 18.12.2016; Rynek; s. 64
Oryginalny tytuł tekstu: "Bez kompasu"
Reklama