Rynek

I żyli długo i szczęśliwie

Bajka o rozwoju gospodarczym. Jak będzie wyglądała gospodarka po PiS?

Plan rządu zakłada, że napęd polskiej gospodarce w najbliższych latach zapewni indywidualna konsumpcja, czyli rosnące wydatki gospodarstw domowych. Plan rządu zakłada, że napęd polskiej gospodarce w najbliższych latach zapewni indywidualna konsumpcja, czyli rosnące wydatki gospodarstw domowych. cookelma / PantherMedia
Rząd przyjął wieloletni plan finansowy. Zaplanował prosperity: szybki wzrost gospodarczy, malejące bezrobocie, kurczący się deficyt sektora finansów publicznych oraz spadający dług publiczny. Brzmi jak bajka. I jak w bajkę – trudno w to uwierzyć.
Nawet dawni podwładni wicepremiera z banku BZ WBK oceniają, że „przewidywania resortu finansów oparte są na dość optymistycznych założeniach makroekonomicznych”.Igor Morski Nawet dawni podwładni wicepremiera z banku BZ WBK oceniają, że „przewidywania resortu finansów oparte są na dość optymistycznych założeniach makroekonomicznych”.

Artykuł w wersji audio

Plan jest prosty. Polska gospodarka w najbliższych latach będzie się szybko rozwijać za sprawą realizacji planu Morawieckiego, inwestycji unijnych i rosnących dochodów Polaków, które nakręcą popyt konsumpcyjny. W tym roku produkt krajowy brutto (PKB) wzrośnie o 3,6 proc., w przyszłym o 3,8 proc., w dwóch kolejnych tempo dojdzie do 3,9 proc. Jak obiecuje wicepremier Morawiecki, minister rozwoju i finansów, po 2020 r. mamy szansę na utrzymanie tych 4 proc., a może nawet tempo przyspieszy.

Na razie może składać bezkarnie takie obietnice, ale planować nie musi, bo wieloletnie plany finansowe państwa obejmują tylko cztery lata budżetowe. Taki dokument wymagany jest przez Komisję Europejską oraz Radę ds. Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN) przygotowującą zalecenia dotyczące polityki gospodarczej państw członkowskich, które należy uwzględnić przy projektowaniu budżetu na kolejny rok. To element programu konwergencji, czyli dochodzenia do standardów niezbędnych dla przyjęcia wspólnej waluty euro. Trudno w to dziś uwierzyć, ale Polska ma do spełnienia taki obowiązek.

Szklana kula wicepremiera

Prognozowanie jest trudne, zwłaszcza gdy dotyczy przyszłości – głosi słynna sentencja przypisywana duńskiemu nobliście Nielsowi Bohrowi. O jej prawdziwości mógł się przekonać w ostatnim roku wicepremier Morawiecki, który stara się konsekwentnie prognozować wzrost gospodarczy. I cały czas mu to nie wychodzi.  

W listopadzie 2015 r. zapowiadał: „Chcielibyśmy, aby wzrost PKB w Polsce sięgał powyżej 4 proc. Wierzymy, że poprzez inwestycje, eksport będziemy w stanie nie tylko doprowadzić do wzrostu PKB przewyższającego dzisiejsze założenia, ale również do zrównoważonego i zdrowego wzrostu”. Jednak w budżecie państwa na 2016 r. przewidziano wzrost PKB poniżej oczekiwań wicepremiera – 3,8 proc., czyli taki jak w 2015 r. Ale padła zapowiedź, że w 2017 r. będzie już 4 proc.

Ekonomiści i międzynarodowe instytucje finansowe dość sceptycznie przyjęły ten plan, uznając go za nierealny. Większość przewidywała, że jeśli uda się przekroczyć 3 proc., to będzie sukces. Pesymiści wróżyli niższe tempo, za co sypały się na nich gromy i oskarżenia, że spiskują albo są skrajnie niekompetentni.

Wicepremier szybko się zorientował, że wyśrubowanego wyniku faktycznie nie da się osiągnąć, ale zapewniał: „W tym roku mamy szansę i myślę, że będzie 3,7–3,8 proc.”. W sierpniu widać było jak na dłoni, że sprawy idą nie tak. Dlatego kolejny raz spuścił z tonu: „jest szansa na odbicie do poziomu powyżej 3,5 proc. To by oznaczało, że w całym roku PKB wzrośnie o 3,4–3,5 proc., niewiele poniżej założeń”. W październiku zakomunikował lakonicznie: „prognoza wzrostu w całym 2016 r. wynosi 3,4 proc.”. Potem już się na temat 2016 r. nie wypowiadał. A w styczniu 2017 r. GUS ogłosił smutną informację: „według wstępnego szacunku PKB w 2016 r. wzrósł o 2,8 proc. wobec 3,8 proc w 2015 r.”. W kwietniu zaś pogorszył swoją ocenę: „PKB w 2016 r. wzrósł o 2,7 proc.”. Tak z przewidywanego przez wicepremiera wzrostu powyżej 4 proc. zjechaliśmy do 2,7.

Mimo to – jak się dowiedzieliśmy – Polska odniosła wyjątkowy gospodarczy sukces. „Mówimy »gospodarka plus«, bo warto ten plus dodać ze względu na to, że rozwija się ona coraz szybciej i jest coraz silniejsza” – przekonywała premier Beata Szydło na konferencji, podczas której towarzyszył jej Mateusz Morawiecki.

O marnym wyniku 2016 r. nie wspomniała. Skupiła się na ważniejszym z jej punktu widzenia marcu 2017 r., w którym GUS zanotował duży wzrost sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej, co uznała za najlepszy dowód, że „wprowadzamy takie programy i projekty prorozwojowe, które realnie wpływają na rozwój polskiej gospodarki”.

Z kolei Morawiecki za sukces uznał wynik IV kwartału 2016 r. To „najszybszy wzrost od dziewięciu lat (...), jeden z najmocniejszych wyników w Europie” – entuzjazmował się. Tyle że ta nadzwyczajna skala wzrostu wynikła z porównania z poprzednim, wyjątkowo słabym, kwartałem. I niewiele pomogła wynikom całego roku. Ale statystyka ma to do siebie, że jak się bardzo chce, to zawsze można znaleźć jakiś powód do chwały. Trzeba tylko mieć twórcze podejście do liczb i bezkrytycznych słuchaczy.

Większość ekonomistów zachowuje jednak krytycyzm. Dlatego wieloletni plan finansowy przyjęli z dużym dystansem. Nawet dawni podwładni wicepremiera z banku BZ WBK oceniają, że „przewidywania resortu finansów oparte są na dość optymistycznych założeniach makroekonomicznych. (...) Trudno będzie utrzymać wzrost gospodarczy w kolejnych latach blisko 4 proc.”.

Podobnego zdania jest ekonomista prof. Witold Orłowski: – Można stymulować gospodarkę, by uzyskać wyższy kwartalny, a nawet roczny wzrost PKB. Ale nie widzę źródeł, które mogłyby zapewnić Polsce trwały wzrost na poziomie 4 proc. Plan Morawieckiego zawiera w wielu punktach trafne diagnozy problemów polskiej gospodarki, ale proponuje złe rozwiązania.

Dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan, uchyla się od oceny wieloletniego planu finansowego: – Nie wiemy, na jakich założeniach makroekonomicznych oparli się autorzy. Dziś mamy do czynienia z tyloma czynnikami niepewności i ryzyka, że prognozowanie wyników kolejnego kwartału jest niełatwe, kolejnego roku bardzo trudne, a prognoza wieloletnia to wróżenie z fusów. Nie wiemy np., jak będzie wyglądał polski system podatkowy, co z rynkiem pracy, na jakich zasadach przeprowadzony będzie Brexit, jaka będzie polityka prezydenta Trumpa itd. O tych trudnościach nawet krótkookresowego prognozowania najlepiej powinien wiedzieć Mateusz Morawiecki.

Plan rządu zakłada, że napęd polskiej gospodarce w najbliższych latach zapewni indywidualna konsumpcja, czyli rosnące wydatki gospodarstw domowych, a także inwestycje – te finansowane z unijnej kasy oraz z krajowego budżetu państwowego i samorządowego, a także polskich firm.

Najłatwiejszą częścią tego planu jest stymulowanie popytu konsumpcyjnego. Polaków nie trzeba do tego długo namawiać. Wystarczy nieco optymizmu, pewności zatrudnienia, trochę więcej pieniędzy w portfelach i natychmiast ruszają na zakupy. Takim zakupowym dopalaczem okazały się pieniądze z programu Rodzina 500 plus. Już w drugiej połowie ubiegłego roku sprzedaż detaliczna zaczęła szybko rosnąć. Zwłaszcza żywności, ale i towarów trwałego użytku. Analitycy NBP w swojej okresowej ocenie sytuacji gospodarczej kraju zwracają jednocześnie uwagę, że relatywnie mało pieniędzy z programu 500 plus jest przeznaczanych na usługi nierynkowe, a do tej kategorii zalicza się opiekę zdrowotną i edukację. Tak więc chętniej inwestujemy dodatkowe pieniądze w telewizory czy samochody, a mniej w zdrowie i edukację dzieci, które teoretycznie miały być najważniejszymi beneficjentami programu.

Bo co do wpływu programu 500 plus na wzrost urodzeń zdania ekspertów są podzielone. Po wejściu w życie programu wzrosła wprawdzie liczba urodzin, ale nie na tyle, by mówić o baby boomie, który został już oficjalnie ogłoszony. Wciąż mamy ujemny przyrost naturalny.

Koło się zaciera

Owoce programu konsumują intensywnie niektóre branże. Rekordową sprzedaż notują biura turystyczne, cieszą się sprzedawcy samochodów. W pierwszym kwartale tego roku sprzedano 125,9 tys. samochodów osobowych, o 21,2 tys. więcej niż kwartał wcześniej. Osoby prywatne kupiły o 13,4 proc. nowych aut więcej. – Cztery największe marki premium – BMW, Mercedes, Audi oraz Volvo – odnotowały wzrost sprzedaży ok. 30 proc., średnio co czwarte auto kupione zostało przez osoby prywatne – wyjaśnia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rosnący popyt wprowadza w dobry nastrój wielu przedsiębiorców. Z analiz NBP wynika, że ta sytuacja wiele firm może w najbliższym czasie skłonić do rozbudowy swojego potencjału produkcyjnego, a także do podnoszenia cen. Rosnąca inflacja to uboczny skutek naszej wzrastającej skłonności do wydawania pieniędzy. To także dodatkowa korzyść dla rządu, bo wzrost cen zwiększa też wpływy podatkowe.

Popyt konsumpcyjny nie buduje trwałego wzrostu gospodarczego. Nakręca jedynie import, zwiększając deficyt handlowy, z którym już dziś mamy kłopot. Wielkim wyzwaniem jest dziś niska stopa oszczędności, co podkreśla wicepremier Morawiecki. Dlatego nie rozumiem, dlaczego zamiast budować krajowy kapitał, promuje konsumpcję – dziwi się prof. Witold Orłowski.

Drugim kołem zamachowym polskiej gospodarki mają być inwestycje. I tu mamy problem. Bo o ile koło konsumpcyjne udało się łatwo rozkręcić, o tyle inwestycyjne wyraźnie się zaciera. Mizerny wzrost PKB w ubiegłym roku to efekt porażki inwestycyjnej. I choć Mateusz Morawiecki przekonywał, że niebawem wszystko ruszy z kopyta, nie ma wielu dowodów, że już ruszyło.

Trochę się ostatnio poprawiło z inwestycjami drogowymi, jest więcej przetargów. Co nie znaczy, że jest dobrze. Natomiast fatalna sytuacja jest na kolei. Ale do tego branża budowlana już się zdążyła przyzwyczaić, więc zaskoczenia nie ma. Szkoda tylko, że unijne pieniądze na kolej mogą zostać niewykorzystane – ocenia Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Na inwestycje drogowe i kolejowe idzie największa część unijnych pieniędzy.

Branża budowlana liczy na samorządowców, którzy także wstrzymywali się z inwestycjami. Przyszłoroczne wybory samorządowe mogą ich skłonić do podjęcia takich decyzji, by wyborcy docenili, jak wiele budują. Dlatego już dziś część ekonomistów obawia się, że jeśli państwo i samorządy zaczną jednocześnie nadrabiać opóźnienia w wykorzystaniu funduszy unijnych, to zaczniemy się nadmiernie zadłużać. Pojawią się problemy z deficytem sektora instytucji rządowych i samorządowych (2,4 proc. PKB w 2016 r.), a także z poziomem ich zadłużenia (54,4 proc. PKB).

Wszystkie inwestycje wymagają udziału własnego i wcześniejszego finansowania z krajowych źródeł, bo Bruksela płaci dopiero po realizacji (w przypadku większych inwestycji po określonych etapach). Zacznie się pożyczanie pieniędzy i samorządy znów popadną w długi. Tymczasem wieloletni plan zakłada, że ofensywie inwestycyjnej planu Morawieckiego będzie towarzyszyło ograniczanie długu sektora publicznego, jak i jego deficytu.

Jak to osiągnąć? Zwiększając tempo wzrostu PKB i dochodów budżetowych, a to, jak wiadomo, nie jest łatwe. Można też zdobyć pieniądze na boku, przejmując ostatecznie to, co zgromadziły otwarte fundusze emerytalne. Jednak wiele się nie osiągnie bez inwestycji przedsiębiorstw. A przedsiębiorcy do inwestowania się nie garną. W ubiegłym roku zanotowaliśmy wyjątkowo wysoki spadek inwestycji – o 13,2 proc.

Kuszenie emerytów

Prezes Kaczyński oskarżył przedsiębiorców prywatnych o antyrządowy spisek, zrobiło się groźnie. Dziś premier Szydło stara się używać języka miłości, mówiąc przedsiębiorcom, jak są ważni i jak dużo robią dla gospodarki. Nie pomaga to wiele. – Wstrzemięźliwość przedsiębiorców bierze się z poczucia niepewności wobec trudnego do oceny ryzyka politycznego i prawnego. Jeśli w tym samym czasie kilku wysokich przedstawicieli władz prezentuje kilka konkurencyjnych projektów zmian systemu podatkowego, to trudno planować nową inwestycję. Jeśli z dnia na dzień radykalnie zmieniane są warunki funkcjonowania całych branż gospodarczych – np. handlu, rynku aptecznego, energetyki wiatrowej – trudno spokojnie myśleć o rozwoju biznesu. Z naszych ocen wynika, że ten problem odczuwają nie tylko polscy przedsiębiorcy, ale także zagraniczni – wyjaśnia dr Starczewska-Krzysztoszek.

Ekspertka zwraca jednocześnie uwagę, że w takich warunkach nawet odważniejsi przedsiębiorcy mają problem z uzyskaniem kredytu, bo banki domagają się biznesplanów, w których zostaną uwzględnione nie tylko aktualnie obowiązujące reguły, ale także i te, które być może zostaną wprowadzone. I często taki scenariusz alternatywny przesądza o fiasku projektu. Tymczasem co chwila pojawiają się nowe przepisy, które komplikują sytuację przedsiębiorcom. Najnowszy przykład to wydłużenie procedury rejestracji płatników VAT z kilku dni do kilku miesięcy, bo państwo będzie teraz każdego dokładnie prześwietlało, czy nie planuje oszustwa.

W ciągu roku zakładanych jest 350 tys. przedsiębiorstw. Bez rejestracji VAT nie można zacząć działalności. Tego typu rozwiązanie skutecznie zahamuje rozwój przedsiębiorczości – ostrzega dr Starczewska-Krzysztoszek.

Przedsiębiorcy muszą się też mierzyć z nową barierą – brakiem rąk do pracy. Spadek bezrobocia premier Szydło uznaje za jeden z dowodów na sukces swojego rządu, choć jego udział w tym zjawisku jest niewielki. Już większą zasługę ma Angela Merkel, bo rosnący popyt na pracę to w dużym stopniu efekt dobrej koniunktury dla polskiego eksportu, którego głównym odbiorcą jest rynek niemiecki. Wieloletni plan zakłada, że z obecnego poziomu bezrobocia 6,2 proc. dojdziemy do 4 proc. w 2020 r. – Jesteśmy coraz bliżej granicy bezrobocia frykcyjnego, czyli sytuacji, w której bez pracy pozostają tylko te osoby, które nie dysponują jakimikolwiek kwalifikacjami przydatnymi na rynku. Dlatego musimy myśleć poważnie o pracownikach z zagranicy – wyjaśnia dr Kazimierz Sedlak, ekspert rynku pracy z firmy Sedlak&Sedlak.

Sytuacja pracodawców dodatkowo skomplikuje się jesienią, kiedy zaczną obowiązywać przepisy o obniżeniu wieku emerytalnego. Ponad 300 tys. osób dodatkowo nabędzie prawa emerytalne. Rząd będzie musiał jednocześnie zwiększyć budżetowe dofinansowanie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Dlatego obiecuje, że przekona zainteresowanych, by nie korzystali z przyznanego im prawa i liczba faktycznych odejść będzie niewielka. Zajmą się tym specjalni doradcy, których zatrudnił ZUS, by zachęcali do dalszej pracy. – Słyszymy też o 10 tys. zł, którymi mają być kuszeni kandydaci na emerytów, by nie rezygnowali z pracy. A to w przypadku samej tylko tegorocznej grupy emerytów będzie kosztowało 3 mld zł. Nie bardzo rozumiem, jaki jest tego sens – dziwi się dr Starczewska-Krzysztoszek.

„Za rządów PO-PSL Polska szła drogą Grecji – dramatycznie rosło zadłużenie, obywatele mieli niewielkie wsparcie, podatki należne nie wpływały do budżetu, a państwa nie było stać na wsparcie polskich rodzin i przeprowadzenie takiego chociażby programu, jak Rodzina 500 plus” – powiedziała premier Szydło. Trochę to przypomina anegdotę o Gomułce, który w przemówieniu mówił o tym, że Polska stała nad przepaścią. A potem dodał: ale zrobiliśmy duży krok naprzód.

Polityka 20.2017 (3110) z dnia 16.05.2017; Rynek; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "I żyli długo i szczęśliwie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Zofia Posmysz – nikt w taki sposób jak ona nie napisał o Auschwitz

Te książki najlepiej czytać razem: wywiad rzekę z Zofią Posmysz „Królestwo za mgłą” i jej wznowioną powieść – arcydzieło „Wakacje nad Adriatykiem”.

Justyna Sobolewska
14.02.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną