Rynek

Ziemia nasza, ale wasza

Jak PiS rujnuje polskich rolników

Na wsi strach przed wykupem ziemi przez obcych był duży, ustawę o ziemi przyjęto więc z aplauzem. Teraz aplauz zamienia się w złość. Na wsi strach przed wykupem ziemi przez obcych był duży, ustawę o ziemi przyjęto więc z aplauzem. Teraz aplauz zamienia się w złość. rudall30 / PantherMedia
Po roku obowiązywania tzw. ustawy o ziemi widać już, jakie wyrządziła ­spustoszenie. Miała zapobiegać wykupowi gruntów przez obcych, zamiast tego uderzyła w rodzimych rolników. Gwałtownie wzrosły też ceny działek budowlanych, więc wkrótce zaczną drożeć mieszkania.
Na razie obrót nieruchomościami rolnymi zamiera. Jeszcze w pierwszej połowie 2016 r. notariusze przeprowadzili 43 tys. transakcji. W drugiej połowie roku zgłosili zaledwie 23 tys.Paweł Mamcarz/Forum Na razie obrót nieruchomościami rolnymi zamiera. Jeszcze w pierwszej połowie 2016 r. notariusze przeprowadzili 43 tys. transakcji. W drugiej połowie roku zgłosili zaledwie 23 tys.

Mieszczuchom wydawało się, że nowe prawo ich nie dotyczy. Bardzo się pomylili. Właściciele domków jednorodzinnych w otulinie Puszczy Kampinoskiej z dnia na dzień dowiedzieli się, że straciły one na wartości ok. 30 proc. A może i więcej, o czym jednak lepiej się nie przekonywać. Wiele domów zbudowano na działkach większych niż 3 tys. m kw., często – rolnych albo leśnych. W myśl nowych przepisów właściciele już nie mogą ich sprzedać, komu zechcą.

Przywiązani do kapusty

W przypadku działki rolnej nabywcą może być tylko miejscowy rolnik albo… ksiądz. Pod warunkiem że z prawa pierwokupu nie skorzysta Agencja Nieruchomości Rolnych. W przypadku domów posadowionych na działkach leśnych, jakich pełno np. w podwarszawskim Izabelinie lub Magdalence, prawo pierwokupu mają Lasy Państwowe. Zgodnie z ustawą o lasach, bliźniaczą do tej o ziemi. Z tą różnicą, że domów na działkach leśnych, nawet malutkich, też bez zgody Lasów sprzedać nie można.

Po co Lasom Państwowym luksusowe nieruchomości na leśnych działkach? Ekipa PiS na to pytanie nie odpowiada. Miejscowa agencja Kampinos Nieruchomości nie jest w stanie powiedzieć swoim klientom, jaka, w przypadku skorzystania przez Lasy z prawa pierwokupu, będzie wycena nieruchomości. Żadne orzecznictwo tego nie reguluje. Skoro rynek zamarł, a jedynym klientem mogą okazać się Lasy, cenę podyktują leśnicy – mówi Danuta Kwiatkowska, właścicielka agencji.

Nieco jaśniejsze przepisy regulują sprzedaż nieruchomości na działkach rolnych większych niż 3 tys. m kw. Jeśli dotychczasowy właściciel znajdzie w tej samej gminie rolnika chętnego do kupna i ten zaakceptuje cenę, a także zobowiąże się przez dziesięć lat prowadzić na działce gospodarstwo rolne, można mu ją sprzedać. Innym osobom kupić domu na działce rolnej nie wolno. Nawet jeśli ma ona zaledwie kilka tysięcy metrów kwadratowych.

Agencja Nieruchomości Rolnych – gdy zdecyduje się skorzystać z prawa pierwokupu – powinna zapłacić cenę ustaloną z niedoszłym nabywcą. Czyli – właściciel straty nie poniesie. Ale spać spokojnie też już nie będzie. ANR może bowiem uznać, że jednak cena była za wysoka. I po jakimś czasie zwrócić się do sądu, żeby ustalił właściwą. Trudno oprzeć się obawie, że nie po to władza bierze sądy pod but, żeby orzekały niezależnie.

Zresztą w sytuacji, gdy prawo tak bardzo przerzedziło grono potencjalnych nabywców, ceny rynkowe muszą spadać. Mocno uderzy to po kieszeni dotychczasowych właścicieli nieruchomości i wygląda na to, że tylko o to chodzi. Z akcją obrony polskiej ziemi przed obcymi nie ma to bowiem nic wspólnego. Holendrzy ani Niemcy apetytu na polskie domki jednorodzinne, nawet te na leśnych działkach, nie przejawiali.

Spać spokojnie nie może także nabywca domu położonego na działce rolnej. Gdyby z jakichś powodów zaprzestał działalności rolniczej na nowo kupionej działce (w przypadku, gdy stoi na niej tzw. siedlisko, zbudowane przed wejściem w życie ustawy, jej wielkość może być większa, sięgać do 5 tys. m), agencja ma zwrócić się do sądu, aby mu własność odebrał. Prawo własności, gwarantowane przez konstytucję, w ten sposób stało się fikcją. Właścicieli małych kawałków gruntu rolnego przywiązano do kapusty.

Na razie obrót nieruchomościami rolnymi zamiera. Jeszcze w pierwszej połowie 2016 r. (ustawa o ziemi weszła w życie od 1 maja) notariusze przeprowadzili 43 tys. transakcji (to dane bankier.pl). W drugiej połowie roku zgłosili zaledwie 23 tys. Według GUS ceny ziemi rolnej stanęły. W sytuacji bowiem, gdy ANR ani Kościół nie są zainteresowane zakupem, w gronie potencjalnych kupców nie ma też rolników od co najmniej pięciu lat zamieszkujących gminę, w której znajduje się nieruchomość – praktycznie staje się ona niesprzedawalna. Także z powodu, że prawdziwego rolnika często na nią nie stać. A przestać być rolnikiem po zakupie kawałka ziemi przez najbliższe dziesięć lat nie może. Nawet gdy ma świetny pomysł na biznes.

Miasta się duszą

Po wejściu w życie ustawy o ziemi w kuriozalnej sytuacji znalazło się wiele miast. Na przykład Rzeszów, który zamierzał ogłosić przetarg na atrakcyjną działkę położoną prawie w centrum miasta, na osiedlu Drabinianka. Cena wywoławcza miała wynieść 3,2 mln zł, byłaby zbliżona do rynkowej. Na przetarg nieograniczony zgodziła się rada miasta. Taką działką byliby zainteresowani deweloperzy, do przetargu zamierzała też wystartować firma, która chciała postawić ekskluzywne, 14-piętrowe akademiki. Ustawa te plany przekreśliła. Działka może zostać sprzedana tylko rolnikowi, ponieważ grunt jest rolny. Żaden rolnik nie wyda jednak takiej sumy, żeby sadzić w środku miasta warzywa czy siać owies, bo nigdy mu się zakup nie zwróci. Teren jest wart co najmniej 3,2 mln zł tylko wtedy, gdy można go potraktować jako inwestycyjny. Atrakcyjna działka w środku miasta stała się niesprzedawalna.

Radni PiS, przeciwni przetargowi, żądają od miasta sporządzenia planu zagospodarowania przestrzennego. To furtka, która umożliwia przekwalifikowanie, a potem sprzedaż gruntu przyszłemu inwestorowi. Dlaczego miasto z niej nie korzysta? – Z powodów finansowych – twierdzi rzecznik Maciej Chłodnicki. – Jeśli w planie teren będzie przeznaczony np. pod budownictwo mieszkaniowe, samorząd lokalny już teraz musi wykupić grunty na drogi, inwestycje publiczne itp. Nie mamy na to pieniędzy.

To jeden z powodów, że planami zagospodarowania przestrzennego nie jest objęte aż 70 proc. powierzchni kraju. Często w granicach miast. Zamiast planu samorządy robiły tzw. studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, określając w nich przyszłe przeznaczenie terenu, co nie hamowało inwestycji. Deweloper budował, mimo braku planu, na podstawie decyzji o warunkach zabudowy. Teraz stało się to niemożliwe. Ziemia ma być dla rolników albo dla nikogo. Przygotowanie planu trwa latami. Ekipa PiS wymyśliła kolejną broń, z której strzela do nielubianych samorządów.

W przypadku Płocka grunty rolne zajmują prawie 40 proc. powierzchni miasta. Ich właściciele, nierzadko także rolnicy, którzy zamierzali je sprzedać pod inwestycje, już nie mogą tego zrobić. Miasto nie może się rozwijać. Dusi się nawet Warszawa. Na gruntach rolnych położony jest m.in. Wilanów. Teraz kolejne osiedla mieszkaniowe już nie mogą tu powstawać.

Na razie deweloperzy budują jeszcze na gruntach, które kupili przed wejściem w życie ustawy – wyjaśnia Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Ale głód terenów inwestycyjnych staje się coraz bardziej odczuwalny. Tylko w ciągu ostatniego roku ceny działek budowlanych wzrosły, według GUS, od 5 do 15 proc. Nowe mieszkania zaczną wkrótce drożeć.

Rolnicy mają w miastach działki, na których spodziewali się zarobić. Są też chętni do kupna, gotowi dobrze zapłacić. Inwestorzy potrzebują terenów pod budownictwo. Na przeszkodzie stoi jednak prawo. Rodzi się więc pokusa, żeby je omijać. Zdaniem Konrada Płochockiego furtka jest oczywista. – Rolnik musi zostać deweloperem. Jak zmieni przeznaczenie gruntu i zacznie na nim budować, będzie mógł bez przeszkód legalnie sprzedać rozpoczętą inwestycję deweloperowi. Za tę fikcję zapłacą przyszli właściciele mieszkań.

Ryby głosu nie mają

Na wsi strach przed wykupem ziemi przez obcych był duży, ustawę o ziemi przyjęto więc z aplauzem. Teraz aplauz zamienia się w złość. Nikt bowiem nie zna „słupów”, które zamierzały sprzedać polską ziemię obcym, coraz głośniej natomiast o zwykłych rolnikach, którym nowe przepisy utrudniają życie.

Do burmistrza Kęt w Małopolsce zgłasza się po pomoc Justyna H. Odziedziczyła po ojcu prawie 7 ha ziemi rolnej, w większości zalanej stawami rybnymi. Dopóki była zdrowa, zajmowała się hodowlą sama. Teraz, po operacji kręgosłupa, już nie daje rady. Postanowiła ojcowiznę sprzedać. Tym bardziej że aby spłacić brata, który wyjechał do Anglii, zaciągnęła kredyt. I się zaczęło. Ustawa nakłada na sprzedającego obowiązek udowodnienia, że intensywnie, np. przez ogłoszenia w mediach, szukał nabywcy, któremu prawo pozwala ziemię ze stawami kupić. Przypomnijmy – ma być zameldowany w tej samej gminie, od co najmniej pięciu lat być rolnikiem i zobowiązać się do kontynuowania działalności rolnej przez kolejne dziesięć lat. Może to być także Kościół, który do niczego się zobowiązywać nie musi. Justyna H. kupca spełniającego te wszystkie warunki nie znalazła.

Znalazła natomiast innego. Kandydat chce nie tylko hodować ryby, ale także założyć stadninę. Niestety, jest rolnikiem dopiero dwa lata. W takich przypadkach zgodę na sprzedaż może, ale nie musi, wydać tylko dyrektor oddziału ANR w Rzeszowie, czego Justyna H. nie rozumie, bo do Krakowa o wiele bliżej. Żaden obcokrajowiec stawami Justyny H. raczej się nie zainteresuje.

Żeby się o tę zgodę starać, odbyła pielgrzymkę po wielu urzędach w celu zdobycia wymaganych dokumentów. Wszystkie zaświadczenia muszą być potwierdzone notarialnie, co dodatkowo kosztuje. – Akt własności, wypis z rejestru ewidencji gruntów i budynków, mapki z wydziałów geodezji, zaświadczenie, że stawy pokrywają wody powierzchniowe, nawet akt zgonu ojca, który umarł dwa i pół roku temu – wylicza Justyna H. – Za każde musiałam zapłacić, co na razie kosztowało mnie dobre kilkaset złotych. Teraz czekam – dodaje.

Agencja Nieruchomości Rolnych zapewnia, że aż 92 proc. wydanych decyzji jest dla rolników pozytywna. Tyle że to nie do końca prawda. Od maja 2016 r. do końca marca 2017 r. wpłynęło bowiem do agencji 11 106 wniosków o wydanie zgody. Decyzji wydano jednak tylko 7223 (dane POLITYKI INSIGHT). Rośnie grono oczekujących. W grudniu było ich ponad 2,9 tys., pod koniec marca już prawie 4 tys. Agencja może sprawy przewlekać, żądając kolejnych zaświadczeń.

W gronie oczekujących na pozwolenie kupna kawałka ziemi znajduje się też młody rolnik spod Płocka. Zbigniew Maruszewski, prezes powiatowej izby rolniczej, nie może mu pomóc. – Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, jako młodemu rolnikowi, dała mu 100 tys. zł dotacji, więc musiał im przedstawić dobry biznesplan – sądzi Maruszewski. – Zamierzał część tych pieniędzy przeznaczyć na dokupienie ziemi. I nawet znalazł chętnego, który jest gotów mu ją sprzedać. Ale nie spełnia warunków ustawy, jest dopiero dwa lata rolnikiem – puentuje. Do rolników zaczyna docierać, jak bardzo nowe prawo jest dla nich krzywdzące. Obie agencje nie dogadały się w tej sprawie. Maruszewski przypuszcza, że zgody na zakup w podobnych sytuacjach będą wydawane według kryterium „nasz – nie nasz”.

Z danych ANR wynika, że nie taki diabeł straszny. Na razie tylko trzy razy skorzystała z prawa pierwokupu. Zapewne w tej trójce znalazł się niedoszły kupiec 247 ha stawów w gminie Kłoczew w woj. lubelskim. Stawy były własnością upadłego gospodarstwa rybnego Jagodne i sprzedawał je syndyk. Kupujący spełniał warunki, ale agencja powiedziała „nie”. Po co agencji stawy? Po interwencjach wydzierżawiła je na 20 lat. Dzierżawca, który z niewiadomych powodów nie mógł zostać właścicielem, dobrze pomyśli, zanim zainwestuje prywatne pieniądze w państwowe stawy.

Dobijanie zadłużonych

Małgorzata Muszalska, notariusz z Poznania, stwierdza, że coraz więcej nieruchomości podpada pod ustawę. Dlatego strony transakcji muszą przedstawiać coraz więcej dokumentów. Kiedyś kupujący oglądał dom i działkę, teraz – jeśli działka ma więcej niż 3 tys. m – musi mieć dokument, że został zbudowany przed wejściem w życie ustawy. W przeciwnym razie nabywcą może być tylko rolnik. Absurdy się mnożą. – Ta ustawa zrodziła strach i ryzyko – konkluduje Muszalska. Oraz dobija zadłużonych rolników, czego najwyraźniej ustawodawca nie przewidział. Nowe prawo powoduje, że nigdy nie wygrzebią się z długów.

Do tej pory rolnik, który nie był w stanie spłacić kredytu, sprzedawał kawałek ziemi i pozbywał się długów. Rafał Łyszczak, komornik z Bielska-Białej, nie raz prowadził licytację ziemi, której cena wywoławcza wynosiła 20 tys. zł, a sprzedawano ją za 120 tys., ponieważ chętnych do kupna było wielu. Teraz to praktycznie niemożliwe. – Żeby do takiej licytacji przystąpić, trzeba mieć zgodę prezesa ANR na zakup gruntu – twierdzi Łyszczak. Czyli – być rolnikiem z tej samej gminy co dłużnik. Ale nawet uprawniony musi na zgodę czekać. Bez zgody prezesa ziemię w licytacji może natomiast kupić ksiądz. I to, zdaniem Maruszewskiego, najbardziej wkurza nawet bardzo wierzących mieszkańców wsi.

W praktyce więc jest tak, że do pierwszej licytacji coraz częściej nie staje nikt. Nawet rolnik, który spełnia warunki. Czeka na drugą, w której cena wywoławcza stopnieje o połowę. W ten sposób dłużnik nie ma szans wykaraskać się z długów, a nabywcą zostaje cwaniak. Pierwsze zorientowały się banki. Odmawiają przyznawania rolnikom kredytów, których zabezpieczeniem miałaby być ziemia, bo wiedzą, że – w razie problemów – nie będą mogły jej sprzedać. Rolnicy, którzy chcą rozwijać i unowocześniać swoje gospodarstwa, to kolejne ofiary złej ustawy. Bez kredytów nie są w stanie inwestować. Rozwój wsi został zahamowany.

PiS od lat podsycało wśród wiejskich wyborców strach przed „słupami”. Czyli osobami, które kupują polską ziemię, żeby ją potem odsprzedać obcym, w domyśle – rolnikom duńskim, niemieckim czy holenderskim. Liderzy tej partii celowo przemilczali fakt, że „słupem” może być tylko polski rolnik, ponieważ od lat nikt inny gruntu rolnego kupić w Polsce nie może. Ustawa o ziemi zmieniła to w ten sposób, że teraz najłatwiej jest zostać „słupem”, będąc księdzem. PiS wystawia w ten sposób osoby duchowne na wielką pokusę.

Polityka 20.2017 (3110) z dnia 16.05.2017; Rynek; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Ziemia nasza, ale wasza"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak się leczy na Stadionie? „Wstyd mi, że w tym uczestniczę”

Doktor M. leczy na Narodowym. Zaprosił mnie do Regent Warsaw Hotel, jednego z droższych w stolicy. To tutaj zakwaterowano personel szpitala tymczasowego.

Paweł Reszka
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną