Wspólny bilet kolejowy nadal daleko

Bilet do kontroli
Jednego biletu na wszystkie pociągi w Polsce jeszcze długo nie będzie. Najwięcej tracą na tym ci, którzy jeżdżą z przesiadkami. Nie tylko na wakacje.
Po wyborach w 2015 r. temat wspólnego biletu powrócił, ale do tej pory nic się w tej sprawie nie zmieniło.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Po wyborach w 2015 r. temat wspólnego biletu powrócił, ale do tej pory nic się w tej sprawie nie zmieniło.

Pociąg Gryfickiej Kolei Dojazdowej
Kotek20/Wikipedia

Pociąg Gryfickiej Kolei Dojazdowej

audio

Audio Polityka Cezary Kowanda - Bilet do kontroli

To była najważniejsza kolejowa obietnica PiS przed ostatnimi wyborami. Nowy rząd miał szybko i sprawnie wprowadzić, a raczej przywrócić, w Polsce wspólny bilet. Pasażerowie gubiący się w gąszczu przewoźników i ich skomplikowanych taryf mogliby wreszcie wygodnie kupić jeden bilet na dowolną podróż pociągami po kraju. Płaciliby za przejazd z punktu A do punktu B, dostawaliby jeden blankiet i niczym więcej nie musieliby się martwić. To spółki kolejowe musiałyby rozliczać się między sobą.

Od złożenia obietnicy mijają dwa lata, a wspólnego biletu wciąż nie ma. Kto jeździ koleją na co dzień, ten i tak nie wierzy w jego powstanie. Kto jednak z pociągów korzysta rzadko, na przykład podróżując w czasie wakacji, wciąż się dziwi, dlaczego w Polsce przewoźnicy nie potrafią się ze sobą porozumieć. Na przykład podróż z Otwocka do Elbląga to trzy pociągi trzech różnych spółek, a zatem trzy osobne bilety. Najpierw Koleje Mazowieckie lub stołeczna Szybka Kolej Miejska do Warszawy. Potem PKP Intercity do Malborka, a na końcu Przewozy Regionalne do Elbląga.

Brak wspólnego biletu to nie tylko dodatkowa praca dla kasjerek i więcej zużytego papieru. To także ból głowy dla wszystkich planujących podróż pociągiem. Nie da się w łatwy sposób obliczyć kosztów takiej wycieczki, bo każda spółka ma swoje taryfy. Niektóre, zwłaszcza koleje samorządowe, uznają nawzajem swoje bilety, jednak najczęściej przesiadka na pociąg innej spółki to konieczność zakupu kolejnego biletu. Sytuację dodatkowo komplikują różne zasady rezerwacji miejsc. W pociągach PKP Intercity miejscówki są obowiązkowe, a w kolejach regionalnych w ogóle ich nie ma.

Poza tym brak wspólnego biletu kosztuje dosłownie, bo podwyższa ceny. Dzieje się tak, gdyż w Polsce koleje stosują tzw. taryfy degresywne. W praktyce oznacza to tyle, że pierwsze przejechane kilometry są droższe od kolejnych. Na przykład pierwsze 50 km kosztuje więcej niż następne 50. Im dłuższy dystans, tym każdy kolejny kilometr jest coraz tańszy. Tymczasem kupowanie osobnych biletów na każdą część trasy oznacza, że kilometry za każdy odcinek liczy się od zera. Czyli wychodzi drożej, czasem sporo.

Chaos taryfowy

Takie absurdy to jeden z wielu skutków rozbicia kolei w Polsce na imponującą liczbę spółek i spółeczek. Samych przewoźników pasażerskich jest w Polsce trzynastu. Za czasów monopolisty PKP wspólny bilet był oczywistością. Potem koleje zaczęły się dzielić, ale chaos taryfowy nie powstał od razu. Do końca 2008 r. wszystkie pociągi pospieszne i większość osobowych obsługiwały Przewozy Regionalne. Spółka PKP Intercity zajmowała się natomiast najdroższymi połączeniami ekspresowymi. W tamtych czasach wspólny bilet działał całkiem dobrze.

Gdy jednak PKP Intercity przejęło pociągi pospieszne, zmieniając ich nazwę na TLK, a Przewozy Regionalne zostały oddane samorządom wojewódzkim, oferta się pogorszyła. Co prawda przez kilka lat można było jeszcze kupić wspólny bilet PKP Intercity i Przewozów Regionalnych, który był sumą dwóch biletów, pomniejszoną o rabat w wysokości 10 proc. Mało kto jednak o tym wiedział, a i ta oferta zniknęła w 2012 r., gdy PKP Intercity wprowadziło we wszystkich swoich pociągach obowiązkowe miejscówki.

Po wyborach w 2015 r. temat wspólnego biletu powrócił, ale do tej pory nic się w tej sprawie nie zmieniło. W Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa w ubiegłym roku powstał specjalny Komitet Sterujący, który ma taki bilet pomóc wprowadzić. Niby pracuje, ale efektu nie widać. – Szkoda, że do tego Komitetu nie zaproszono przedstawicieli kolei samorządowych, które łącznie przewożą w Polsce ponad połowę pasażerów – mówi Piotr Rachwalski, prezes Kolei Dolnośląskich. W komitecie nie ma nawet przedstawiciela Kolei Mazowieckich, które przewożą ponad 20 proc. wszystkich pasażerów. Powodów można się tylko domyślać. Zapewne chodzi o politykę, bo rząd nie chce mieć nic wspólnego z samorządami wojewódzkimi kontrolowanymi przez opozycję. Wolał zatem zignorować kolejowe spółki założone przez marszałków województw.

Nic dziwnego, że efekty działań Komitetu Sterującego są mizerne. Można by je nazwać „niedasizmem”. To często używany na polskiej kolei termin, mający ilustrować jej marazm. Różnych rzeczy „nie da się” zrobić, chociaż nikt tak dokładnie nie wie dlaczego. Skoro „nie da się” remontować szybciej torów ani lepiej koordynować inwestycji, to trudno się dziwić, że i z samym kupowaniem biletów są problemy.

Ponoć „niedasizm” ma zostać pokonany. Prezes PKP SA Krzysztof Mamiński ogłosił, że po wakacjach pojawi się wspólny bilet. Czy aby prawdziwy? Owszem, na jednym wydruku mają być bilety na całą, dowolnie wybraną trasę, ale opłata wyniesie dokładnie tyle, ile za bilety kupowane z osobna. Problem wysokich cen z powodu przesiadek nie zostanie zatem rozwiązany. – Co gorsza, wspólny blankiet obejmie tylko trzech państwowych przewoźników – PKP Intercity, Przewozy Regionalne i Szybką Kolej Miejską w Trójmieście. Jakby tego było mało, ma być dostępny wyłącznie w kasach. W internecie go już nie kupimy. Taka oferta na pewno nie zasługuje na miano wspólnego biletu – twierdzi Jakub Majewski, prezes Fundacji ProKolej.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną