Rynek

Stolice pozbywają się turystów. Airbnb wypada z łask w kolejnych miastach

Te same miasta, do których ściągają masy turystów, są też najczęściej atrakcyjne dla mieszkańców. Te same miasta, do których ściągają masy turystów, są też najczęściej atrakcyjne dla mieszkańców. Soroush Karimi / StockSnap.io
Władze Paryża chcą ograniczyć możliwość wynajmu mieszkań za pośrednictwem Airbnb. Popularna platforma ma coraz więcej wrogów.

Władze Paryża uruchomiły specjalną stronę internetową, na której muszą zarejestrować się wszyscy właściciele mieszkań wynajmujący je przez platformy takie jak Airbnb. Mają na to czas do grudnia. Potem wynajmowanie bez rejestracji, nawet na kilka dni, stanie się przestępstwem.

Ci, którzy się zarejestrują, też nie będą mogli wynajmować mieszkań bez ograniczeń. Obecnie mogą to robić maksymalnie przez 120 dni w roku, ale „Le Figaro” pisze, że wkrótce limit ten może zostać zmniejszony nawet o połowę.

Administracja stolicy Francji nie ukrywa, że chce w ten sposób ograniczyć popularność Airbnb w mieście. Paryż należy do najpopularniejszych miast w tym serwisie, umożliwiającym wynajem mieszkań lub pokoi przez prywatne osoby na krótki termin. Obecnie w Airbnb wystawionych jest ponad 55 tys. paryskich lokali. Wiele osób z wynajmowania przez Airbnb po prostu się utrzymuje. Jednak paryżanie skarżą się, że wpływa to na zmniejszenie dostępności mieszkań dla nich, zresztą i tak ograniczonej, bo wynajem lokum w stolicy Francji to koszmar.

Paryż nie jest pierwszym miastem, które walczy z Airbnb. Różnego rodzaju prawne ograniczenia wprowadziły już m.in. San Francisco, Berlin, Barcelona i Reykjavik. Argument zawsze jest ten sam – Airbnb winduje ceny i ogranicza dostępność lokali dla mieszkańców miasta.

Dlaczego władze Paryża walczą z Airbnb?

Źródłem tych problemów jest overtourism – „przeturystycznienie”. W zeszłym roku na świecie prawie 1,3 mld osób wyjechało na zagraniczne wakacje. Jeszcze w 2011 r. był to niecały miliard. Zdecydowana większość turystów kieruje się w te same miejsca, co gorsza, korzystając z zorganizowanych wycieczek. Lokalne gospodarki coraz mniej na nich korzystają, bo obwożeni autobusami turyści poza zrobieniem sobie selfie pod wieżą Eiffla czy Sagradą Famílią niewiele wydają na miejscu. Do tego sami turyści są coraz mniej zadowoleni, bo mają wrażenie uczestniczenia w taśmowej produkcji wspomnień. Nie poznają miast i kultur, a wakacje w tłumie i pędzie ich męczą.

Te same miasta, do których ściągają masy turystów, są też najczęściej atrakcyjne dla mieszkańców. Do Berlina, Paryża, Amsterdamu czy Barcelony zjeżdżają zarówno osoby z aparatami fotograficznymi, jak i te szukające tam pracy czy studiów. A mieszkań najczęściej nie przybywa lub przybywa zbyt wolno, zwłaszcza w dobrych lokalizacjach. To powoduje presję na ceny – nawet w Berlinie, znanym przez długie lata jako najtańsza stolica Europy Zachodniej, mieszkania za 250 euro miesięcznie to już odległa przeszłość. Teraz czynsz jest co najmniej dwukrotnie wyższy, a i tak Berlin jest wśród najbardziej przystępnych cenowo miast na kontynencie.

Ceny to jedno, ale jeszcze większym problemem jest po prostu dostępność mieszkań. Osoby o ograniczonym budżecie w coraz większej liczbie miast muszą nastawić się na nawet wielomiesięczne poszukiwanie przyzwoitego mieszkania. Prym wiodą tu Paryż czy Londyn.

W miastach takich jak Wenecja, Reykjavik czy Dubrownik, choć mieszkańców jest tam znacznie mniej, przeludnienie turystami jest jeszcze większym problemem z uwagi na skalę. Wenecja, podobnie zresztą jak znacznie większy Amsterdam, mają w szczycie sezonu więcej turystów na lokalnego mieszkańca niż… Disneyland.

Mieszkańcy popularnych turystycznych miast mówią więc „dość”. Wolą mieć mniej turystów, ale lepiej się nimi zająć, pozwolić im cieszyć się miastem. A przy okazji odzyskać rynek mieszkaniowy, obniżyć ceny i poprawić dostępność. Coraz więcej małych miast, takich jak Wenecja, Santoryn czy Dubrownik, wprowadza ograniczenia maksymalnej liczby turystów na dzień.

Choć overtourism jest zjawiskiem globalnym, to za jego szkodliwy wpływ na lokalny rynek mieszkaniowy wiele osób obwinia właśnie Airbnb.

Czym jest Airbnb i jak można wynająć mieszkanie

To o tyle przewrotne, że Airbnb powstało, aby promować odpowiedzialną turystykę i wspierać integrację z „lokalsami”. Idea była taka, aby mieszkańcy miast gościli turystów u siebie w domu i pokazywali im swoje ulubione miejsca czy dzielnice. Samo Airbnb podkreśla, że overtourism jest problemem i propaguje slow tourism – dłuższe pobyty, mniej nastawione na oglądanie najbardziej znanych zabytków, a bardziej na doświadczenia.

Na początku serwis faktycznie tak działał, zresztą ciągle można spotkać takich „osobistych” gospodarzy. Ale coraz częściej wynajmujący mieszkania na Airbnb działają jak pośrednicy nieruchomościowi, mają kilka lokali i traktują je wyłącznie jako źródło zarobku. W ogóle nie myślą, by w nich mieszkać.

W samej Barcelonie szacuje się, że jest 75 tys. łóżek hotelowych, 50 tys. certyfikowanych apartamentów pod wynajem i kolejne 50 tys. mieszkań i pokoi w ramach Airbnb.

Airbnb zabezpiecza się w warunkach platformy, informując, że dla wynajmujących nie może to być główne zajęcie. Sposobów weryfikacji nie ma jednak żadnych, zresztą pytanie, czy w ogóle chciałoby ograniczać podaż mieszkań. Robią więc to w zamian władze poszczególnych miast. Szczególnie ostrymi kontrolami wsławili się Katalończycy w Barcelonie, którzy otworzyli ponad 6 tys. postępowań administracyjnych wobec właścicieli mieszkań w ciągu ostatniego półtora roku.

Równocześnie protestują też właściciele hoteli, którzy – w przeciwieństwie do wynajmujących na Airbnb – muszą spełniać szereg wymogów prawnych i podatkowych. To sytuacja bliźniacza do reakcji taksówkarzy na Ubera.

Reakcje władz na Airbnb też w zasadzie nie odbiegają od metod stosowanych do ograniczenia działalności Ubera. W Barcelonie, Paryżu czy Berlinie nadal można wynajmować mieszkanie przez Airbnb, ale trzeba działać na zasadach zbliżonych do hotelu. Prywatnym właścicielom, tym, dla których Airbnb powstało, odbiera to atrakcyjność wynajmu.

Pod wieloma innymi względami Airbnb trudno porównywać do Ubera, bo to firma, która wychodzi z siebie, by walczyć z rasizmem czy nietolerancją swoich gospodarzy i słynie z otwartości. Ale obydwie firmy znalazły się na froncie walki o przyszłość miast. Ograniczenie ich działalności nie rozwiązuje problemu, bo Airbnb i Uber narodziły się z potrzeby tańszego, bezpieczniejszego i lepszego zakwaterowania i transportu. W ich miejsce pojawią się inne firmy.

Już konkretnie w przypadku Airbnb overtourism nie zniknie wraz z ograniczeniem podaży mieszkań. Trochę to pewnie pomoże, ale walka o zrównoważoną turystykę wymaga zdecydowanie szerszego podejścia i współpracy z biurami podróży (które w większości problem teraz ignorują, bo na nim zarabiają), liniami lotniczymi, władzami miast i przede wszystkimi turystami, których trzeba wyedukować, że nie mogą wszyscy naraz wejść na wieżę Eiffla. Zresztą w Paryżu i tak są ciekawsze miejsca do zobaczenia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną