Rynek

Podzieleni niedzielą

Ilu Polaków pracuje w niedzielę

Przymusowe zamknięcie sklepów w niedziele nie spowoduje, że tego dnia Polacy będą siedzieć w domu albo że więcej z nich pójdzie do kościoła. Przymusowe zamknięcie sklepów w niedziele nie spowoduje, że tego dnia Polacy będą siedzieć w domu albo że więcej z nich pójdzie do kościoła. Owaki/Kulla / Getty Images
Regularnie w niedziele pracuje ponad milion Polaków. Dekadę temu było ich prawie dwa razy więcej.
W Polsce pracuje łącznie ok. 16,5 mln osób, przynajmniej dwie niedziele w miesiącu zajęte ma nieco ponad milion Polaków.SimpleFoto/PantherMedia W Polsce pracuje łącznie ok. 16,5 mln osób, przynajmniej dwie niedziele w miesiącu zajęte ma nieco ponad milion Polaków.

Artykuł w wersji audio

Kodeks pracy to dokument długi i trudny, ale można w nim wyczytać sporo ciekawych rzeczy. W art. 151 wszystkie niedziele są określone jako dni wolne od pracy. Niewiele jednak z tego wynika, bo jeszcze w tej samej części spisano długą listę wyjątków. Nikogo raczej nie dziwi, że praca w niedzielę jest dozwolona w przypadku prowadzenia akcji ratunkowych, przy niezbędnych remontach, w ochronie, w placówkach służby zdrowia albo w zakładowych strażach pożarnych. W niedziele mogą też pracować hotele, firmy gastronomiczne, a także, jak mówi kodeks, „zakłady prowadzące działalność w zakresie kultury, oświaty, turystyki i wypoczynku”, czyli na przykład kina, teatry, baseny czy szkoły.

Jednak największe kontrowersje od lat budzi przepis dotyczący sklepów. Z kodeksu wynika, że w niedziele można pracować „w placówkach handlowych przy wykonywaniu prac koniecznych ze względu na ich użyteczność społeczną i codzienne potrzeby ludności”. W rzeczywistości każdy, nawet najmniejszy, sklep wykorzystuje ten przepis, bo przecież zakup dowolnego towaru to realizacja „codziennej potrzeby ludności”. Tak właśnie prawo przeczy samo sobie i tworzy iluzję dnia świątecznego.

Teoretycznie zatem w niedziele pracować może bardzo wielu Polaków. To nie tylko strażacy, których mamy (licząc samych zawodowych) ponad 30 tys., czy policjanci w sile aż 100 tys. To także pracownicy ochrony zdrowia, a ten sektor zatrudnia ponad 600 tys. osób. Kolejne 250 tys. pracuje w branży ochroniarskiej, bo przecież złodzieje nie mają wolnych niedziel. W niedziele jeżdżą pociągi, a transport kolejowy to następne 90 tys. pracowników. Funkcjonuje też komunikacja miejska i lotnicza, ciężarówkami przewożone są różne towary, a liczbę zawodowych kierowców szacuje się w Polsce na 600–650 tys. Do tego dochodzi cały handel, zatrudniający w przybliżeniu nawet dwa miliony osób. Jednak oczywiście nie wszyscy zatrudnieni w tych branżach muszą pracować w niedziele. A reszta dzieli się najczęściej dyżurami tak, żeby mieć jak najwięcej niedziel wolnych.

Chociaż od miesięcy toczy się głośna debata o zamykaniu sklepów na koniec tygodnia, w rzeczywistości w niedziele pracuje nie coraz więcej, ale coraz mniej Polaków. Świadczą o tym liczby publikowane przez Europejski Urząd Statystyczny Eurostat. Sprawdza on, jaki odsetek osób zatrudnionych deklaruje, że musi pracować przynajmniej w dwie niedziele w miesiącu. W chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. odsetek takich osób przekraczał u nas 13 proc. ogółu zatrudnionych. Od tego czasu systematycznie spada, a w ubiegłym roku wyniósł zaledwie 6,8 proc. Co to w praktyce oznacza?

Niedzielne obowiązki zawodowe

Skoro w Polsce pracuje łącznie ok. 16,5 mln osób, to łatwo policzyć, że przynajmniej dwie niedziele w miesiącu zajęte ma nieco ponad milion Polaków. Czy to dużo? Nie, jeśli porównujemy Polskę z innymi krajami europejskimi. Mniej osób musi chodzić do pracy w niedziele tylko w dwóch unijnych państwach – w Portugalii i na Węgrzech. Średnia unijna to 14 proc. zatrudnionych, którzy pracują w większość niedziel, czyli dwa razy więcej niż w Polsce. Co ciekawe, nawet w państwach takich, jak Niemcy, Francja czy Austria, gdzie większość sklepów jest w niedziele ustawowo zamknięta, tego dnia, licząc procentowo, do pracy chodzi znacznie więcej osób niż w Polsce.

Powodów takich różnic jest kilka. – Na pewno Polacy są dziś mniej skłonni, żeby pracować w niedziele niż kilkanaście lat temu. Cenimy sobie wypoczynek, a przy niskim bezrobociu wielu nie boi się odmówić pracy w niedziele – zauważa Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji Lewiatan. Spadek liczby osób, które nie mają wolnej niedzieli, jest też na pewno związany ze spadkiem liczby bezrobotnych. Jeszcze w 2004 r., kiedy wchodziliśmy do Unii, stopa bezrobocia wynosiła ok. 20 proc. Wtedy był rynek pracodawcy, a wiele osób nie miało specjalnego wyboru. Bez szemrania stawiały się na wezwanie. Teraz, kiedy sporo firm ma kłopoty ze znalezieniem pracowników, przełożeni wolą za mocno ich nie naciskać, żeby przychodzili do firmy w niedziele.

Fakt, że tak wielu Polaków ma wolne weekendy, związany jest też ze słabo rozwiniętym sektorem czasu wolnego. W państwach, gdzie turystyka ma duże znaczenie, jak w Hiszpanii czy Grecji, wiele osób musi pracować niemal na okrągło, a dni ustawowo wolne odbierać w tygodniu, bo przecież w niedziele nikt nie zamknie tam hoteli czy restauracji. Każdy turysta ostro zaprotestuje, jeśli w niedziele zamknie mu się basen albo plażowy bar. – W wielu branżach to konsumenci narzucają rytm pracy – podkreśla Jeremi Mordasewicz. To prawda, że na przykład w Niemczech pracujący w supermarketach mają wszystkie niedziele wolne. Jednak ci sami Niemcy chodzą w niedziele tłumnie do muzeów, do restauracji czy kawiarni, często jeżdżą na weekendy do innych miast, pływają statkami po rzekach albo odwiedzają lokalne festyny. Nic dziwnego, że aż 14 proc. Niemców pracuje przynajmniej w dwie niedziele w miesiącu.

W Polsce niedzielne obowiązki zawodowe nie są wcale największym problemem społecznym. A mimo to od miesięcy żyjemy kwestią zamykania sklepów w niedziele. To swoisty paradoks, że z jednej strony Solidarność razem z Kościołem katolickim walczą o poprawę losu zatrudnionych w handlu, a równocześnie mamy Kodeks pracy wprost zachęcający do zatrudniania w niedzielę.

Nie tylko bowiem istnieje w nim mnóstwo wyjątków pozwalających firmom na pracę w niedzielę. Kodeks nie przewiduje nawet żadnego ustawowego dodatku finansowego dla tych, którzy tego dnia nie mają wolnego. A to dlatego, że zgodnie z wyjaśnieniami PIP praca w niedzielę, wbrew obiegowej opinii, nie jest wcale automatycznie pracą w godzinach nadliczbowych. Pracodawca musi tylko za niedzielę dać w ciągu tygodnia inny dzień wolny. Dopiero gdy tego obowiązku nie wykona, godziny przepracowane w niedzielę muszą być płatne podwójnie.

Kto przejmuje się losem tych, którzy nie mają wolnego weekendu, ten chyba powinien zacząć od zmian sposobu wynagradzania. Jeśli niedziela rzeczywiście ma mieć szczególny status, to każda praca w ten dzień powinna mieć nie tylko charakter wyjątkowy, ale i być dodatkowo płatna. W ten sposób najłatwiej byłoby zniechęcić pracodawców, którzy poza szczególnymi wyjątkami na pewno dwa razy by się zastanowili, zanim kazaliby podwładnym przyjść w niedzielę. Jednak o takich zmianach ani Solidarność, ani PiS w ogóle nie mówią.

Nowa ustawa

Organizacje zrzeszające sieci handlowe, branżę gastronomiczną i hotelarską, wystąpiły z kontrpropozycją. Chcą wprowadzić do Kodeksu pracy inną zmianę. Zgodnie z nią każdy pracownik zatrudniony na etat miałby prawo do dwóch wolnych niedziel w miesiącu. W tej chwili przepisy są pod tym względem w Polsce również mało przyjazne dla pracowników. Kto na koniec tygodnia musi regularnie chodzić do pracy, temu przysługuje wolna jedynie co czwarta niedziela. Przedstawiciele handlowców chcą tę liczbę podwoić, czyli dawać wolne średnio w co drugą niedzielę. Jednak tego pomysłu PiS wprowadzić nie zamierza. Traktuje go jako lobbing i próbę odwrócenia uwagi od postulatów związkowców. Na razie obiecał Solidarności zakaz handlu w dwie niedziele w miesiącu. Jednak związku to nie zadowala. Negocjacje trwają i wielce prawdopodobne, że z dwóch niedziel zrobią się trzy albo i cztery.

Wszystko wskazuje zatem na to, że osoby zatrudnione w dużych sklepach rzeczywiście będą miały więcej niedziel wolnych, ale całej reszcie pracującej w weekendy już się nie poprawi. Według szacunków Krajowej Izby Gospodarczej projekt w obecnym kształcie dotknie zaledwie 38 tys. spośród 360 tys. placówek handlowych w całej Polsce. Tyle jest przewidzianych różnych wyjątków.

Wiadomo, że pod przykrywką ochrony pracowników chodzi o to, żeby zaszkodzić dużym, w większości niepolskim sieciom handlowym. Jasno powiedział o tym Janusz Śniadek, dawny lider Solidarności, a obecnie poseł PiS. Kto pracuje w kawiarniach, restauracjach czy innych punktach usługowych, ten nie ma co liczyć ani na więcej wolnych niedziel, ani na lepszą płacę w te dni. Zresztą podział na pracowników lepszej i gorszej kategorii najlepiej będzie widać w centrach handlowych. W wybrane niedziele ci z butików i hipermarketów mają mieć wolne, ale już ci z restauracji czy z kin nie zostaną objęci nowymi przepisami.

Tymczasem w dyskusjach o wolnej niedzieli często przejawia się przecież wątek religijno-etyczny. Niedziela ma być dniem szczególnym, darem od Boga, czasem poświęconym rodzinie. Gdyby rzeczywiście związkowcy i politycy używający tego argumentu mieli szczere intencje, nie spieraliby się o zamykanie tych czy innych sklepów, tylko przedstawiliby projekt radykalny, ale za to spójny. Inspiracje można czerpać chociażby z Izraela, gdzie na terenach zamieszkanych w większości przez Żydów szabat, czyli okres od piątkowego do sobotniego wieczoru, ma rzeczywiście charakter szczególny. Zamknięte są nie tylko sklepy i punkty usługowe. Nie funkcjonuje też komunikacja miejska, nie jeżdżą pociągi, nie prowadzi się żadnych remontów ani robót publicznych. W ograniczonym zakresie działają tylko służby alarmowe. To rozwiązanie wzbudza kontrowersje wśród świeckiej części społeczeństwa, ale za to nie faworyzuje jednych pracowników względem innych. Zamknięte ma być po prostu wszystko, aby szabat świętować godnie. A u nas?

Nowa ustawa powstaje w straszliwym chaosie i pełna będzie dziur, w żaden sposób też nie wybiega w przyszłość. Tymczasem przymusowe zamknięcie sklepów w niedziele nie spowoduje, że tego dnia Polacy będą siedzieć w domu albo że więcej z nich pójdzie do kościoła.

Raczej ciężko zarobione pieniądze zaczną jeszcze chętniej wydawać w kawiarniach czy restauracjach, będą więcej podróżować po kraju i częściej zatrzymywać się w hotelach. Potrzebujemy zatem zmian w Kodeksie pracy poprawiających los pracowników w branży hotelarskiej, restauracyjnej czy turystycznej. Oni będą zapewne pracować w niedziele coraz częściej. Tymczasem o nich i politycy PiS, skupieni na bitwie z Biedronką, Lidlem czy Carrefourem, zupełnie zapomnieli.

Polityka 45.2017 (3135) z dnia 07.11.2017; Rynek; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Podzieleni niedzielą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną