Czy mamy w Polsce obozy pracy dla migrantów z Ukrainy

Kolory wyzysku
Sprawa Oksany, porzuconej z udarem przez pracodawcę na przystanku, wywołała oburzenie. Pracuje u nas już milion ludzi ze Wschodu. Czy Polacy wyzyskują Ukraińców? Czy mamy u nas obozy pracy?
Ukraińcy trafiają na polski rynek pracy, który nawet dla rodzimych pracowników nie był w ostatnich trzech dekadach przyjazny.
Igor Morski/Polityka

Ukraińcy trafiają na polski rynek pracy, który nawet dla rodzimych pracowników nie był w ostatnich trzech dekadach przyjazny.

Niewolnictwo to zjawisko występujące również w pierwszej ćwiartce XXI w. Przyjmuje różne oblicza.
papa42/PantherMedia

Niewolnictwo to zjawisko występujące również w pierwszej ćwiartce XXI w. Przyjmuje różne oblicza.

Niestety, wyzysk ekonomiczny jest przewrotną sprawą. Jest tak mocno spleciony z samym mechanizmem funkcjonowania kapitalizmu, że w zasadzie nie da się jednoznacznie wskazać winnych tego problemu.
Dirk Ercken/PantherMedia

Niestety, wyzysk ekonomiczny jest przewrotną sprawą. Jest tak mocno spleciony z samym mechanizmem funkcjonowania kapitalizmu, że w zasadzie nie da się jednoznacznie wskazać winnych tego problemu.

audio

AudioPolityka Rafał Woś - Kolory wyzysku

Uliana Worobiec ma marzenie. Chciałaby doprowadzić do zamknięcia wszystkich obozów pracy w Polsce. Wyznaczyła sobie nawet termin. Chce to zrobić w ciągu pięciu lat.

Tym, którzy słyszą termin „polskie obozy pracy” po raz pierwszy, należy się wyjaśnienie. Nie są one wytworem bujnej wyobraźni 33-latki z Żółkwi pod Lwowem. Nie dalej jak w styczniu 2018 r. wrocławska prokuratura oskarżyła Polkę Agnieszkę G. o to, że w latach 2014–16 prowadziła taki obóz na Dolnym Śląsku. Formalnie były to trzy firmy budowlane, które bazowały na pracy obywateli Ukrainy. Zatrudnionych ściągano ze Wschodu, po czym na wstępie zabierano im dokumenty, a za pracę wypłacano marne grosze. A i to w najlepszym razie, bo „model biznesowy” był taki, że po potrąceniu „kosztów” migrantom zostawał goły dług wobec pracodawcy. Nieco wcześniej, w październiku 2017 r., zarzut handlu ludźmi usłyszał Mirosław K. Był pośrednikiem pracującym na potrzeby warszawskiej gastronomii. Schemat działał tak. Restauracje zgłaszały mu, ile „sztuk” i na jak długo im potrzeba. A biznesmen im te „sztuki” ze swojego własnego rezerwuaru ukraińskiej siły roboczej dostarczał. Jeszcze wcześniej „Dziennik Gazeta Prawna” pokazywał przykłady pańszczyźnianych umów, które podpisywali pracujący w Polsce migranci. Kilka z nich: „Jeśli pracownik nie uprzedzi o nieobecności w pracy co najmniej dwa dni przed tym faktem, grozi mu kara w wysokości 100 złotych”. Albo: „Umowa może być rozwiązana przez pracownika wyłącznie z trzymiesięcznym terminem wypowiedzenia. Jeśli pracownik porzuci pracę, grozi mu kara 1 tysiąca złotych dziennie. Pracodawca może za to rozwiązać umowę z dnia na dzień”. Takich przykładów jest więcej.

Gdy staje temat obozów pracy dla migrantów, Polacy lubią zajmować bardzo skrajne stanowiska. – Jedni twierdzą, że to jednostkowe przypadki, o których nie warto nawet mówić, bo psuje się ogólną atmosferę wokół Ukraińców w Polsce. Inni są gotowi w każdym zatrudnionym Ukraińcu widzieć wyzyskiwanego niewolnika, odartego z człowieczeństwa. Ani jedno, ani drugie nie jest prawdziwe – ocenia Worobiec, która razem z bielskim przedsiębiorcą Danielem Dziewitem współtworzy portal PracaDlaUkrainy.pl.

Strona powstała w 2016 r. jako prywatna agencja pośrednictwa pracy. Szybko przekształciła się jednak w rodzaj skrzynki kontaktowej. Dzwonią tam przedsiębiorcy, którzy chcieliby zatrudnić migrantów, ale nie wiedzą, jak się za to zabrać. Oraz sami pracownicy z zażaleniami na nieuczciwych pracodawców czy złe warunki pracy. Nie jest to oczywiście jedyne takie miejsce w Polsce. Długi ogonek interesantów ustawia się też zazwyczaj u Jurija Kariagina, szefa działającego przy OPZZ od 2016 r. Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników Ukraińskich w Polsce. Zdesperowani albo rozczarowani migranci to także stały ostatnio obraz z Okręgowych Inspektoratów Pracy (terenowe oddziały PIP).

Nie dalej jak wczoraj była para Ukraińców ze skargą, że pracodawca umówił się na jedną stawkę, a zapłacił dużo niższą – mówi Rafał Pasik, szef departamentu legalności zatrudnienia w warszawskiej Inspekcji Pracy. A konsul honorowy Ukrainy działający na Pomorzu przygotowuje właśnie pozwy przeciwko sieciom handlowym, których management miał pomniejszać wypłaty nowym pracownikom ze Wschodu, przekonując ich, że to efekt „podwójnego opodatkowania”. Słowem, problem jest. I to niemały. Kłopot w tym, by opisać go, uwzględniając całą paletę różnych odcieni polsko-ukraińskiego wyzysku.

Kolor pierwszy: obóz pracy

Zacznijmy więc od samego czubka. Obóz pracy w całym przerażającym tego słowa znaczeniu to miejsce, do którego trafiła Oksana. – O szóstej rano wyskoczyłam z krzaków i pobiegłam w stronę przystanku autobusowego. Miałam na sobie klapki i białe robocze ubranie. Stała tam staruszka i Bogu dzięki, że przede mną nie uciekła. Ale pozwoliła mi zadzwonić ze swojego telefonu – rozpoczyna opowieść o swojej ucieczce z pewnej upiornej łódzkiej cukierni. Historia Oksany brzmi jak materiał na scenariusz filmowy. Kobieta nie należała do pierwszej fali ukraińskich migrantów, która ruszyła do Polski po 2013 r., gdy zaczął się tam czas politycznego zamętu i gospodarczego kryzysu. – Jeszcze na Ukrainie słyszałam historie ludzi, którzy pojechali na Zachód i trafiali w różne dziwne miejsca pełne nieuczciwych ludzi. Ale byłam przekonana, że to dotyczy osób niewykształconych albo kompletnie naiwnych. Nie to co ja, dziennikarka na poziomie, pisząca o życiu kulturalnym, której nikt nigdy nie skrzywdził – ciągnie swoją opowieść.

Oksana nie planowała wyjazdu, ale popłynęła na kredycie dolarowym. Bo załamanie kursu hrywny sprawiło, że jej dług (w przeliczeniu na lwowskie zarobki) z potencjalnie spłacalnych 20 tys. urósł w krótkim czasie do niespłacalnych 100 tys. Polska miała pomóc jej się odkuć. Przełknęła więc dumę, że musi jechać do roboty poniżej swoich ambicji i kwalifikacji. Rolnictwo to było zbyt wiele, praca w wydawnictwie wymagała lepszej znajomości polskiego, a rozmowa kwalifikacyjna do ogłoszenia „szukamy recepcjonistek” szybko skręciła w kierunku, „czy ma pani coś przeciwko finałowi w stylu francuskim”.

Ale robota w piekarni wydawała się optymalna. – Pierwszy dzwonek ostrzegawczy był taki, że pytasz o adres, a oni ci mówią: „nie, nie, my panią odbierzemy z dworca”. Ale myślisz sobie, że to może taka troska o pracownika. Podjeżdża bus i wiezie cię w jakieś dziwne miejsce – relacjonuje. Na wstępie odbierają paszport i telefony („bo wszyscy oddają”). Mieszka się w bezpośredniej bliskości miejsca pracy. Na pierwszy rzut oka to niby oszczędność czasu i pieniędzy. Ma to jednak swoją cenę. Pobudka i do pracy. Tam pieczenie bułeczek, a na koniec dniówki sprzątanie zakładu. Potem powrót na kwaterę. Nic pomiędzy. Do tego kary za podjadanie wypieków. No i nie wolno wychodzić. „Dziewczyny, nas jest 30, a tych ochroniarzy pięciu. Przecież nie dadzą nam rady”. – Za takie gadanie dostałam na wstępie takiego kopa, jak jeszcze nigdy w życiu – mówi Oksana. To było drugiego dnia pracy. Trzeciego uciekła.

Fizycznie nie było to trudne, bo łódzka piekarnia to jednak nie jest zakład karny. Najtrudniejsze było raczej przełamanie bariery psychologicznej. Oksana tłumaczy: po pierwsze, strach o dzieci, bo oni znali mój ukraiński adres. Po drugie, musisz wyjść tak, jak stoisz, a nie masz pewności, że to, co cię czeka poza obozem, jest lepsze od tego, co masz tu. Po trzecie, wstyd, że niby jesteś taka mądra, a oszukali cię jak dziecko. To ostatnie było chyba najgorsze. Dlatego ludzie w obozach najpierw wierzgają, potem płaczą, a potem akceptują. Przeważająca większość tak właśnie robi. O ich ciężkim losie zapewne nigdy się nie dowiemy.

Kolor drugi: pętla długu

Miejsce, do którego trafiła Oksana, to oczywiście przypadek ekstremalny. Podobne miejsce próbowali pokazać w kwietniu reporterzy „Superwizjera TVN”, co przyczyniło się do oskarżenia wspomnianego już Mirosława K. o handel ludźmi. Ale taka otwarta przemoc to przyciągający wzrok czubek góry lodowej. Poniżej są zaś inne, bardziej miękkie formy wyzysku i ucisku. W wielu z tych miejsc nie ma odbierania dokumentów ani ochroniarzy. Bo nie są potrzebni. Wystarczy obietnica zarobku, zalegalizowania pobytu. Strach przed wziętymi z sufitu karami umownymi. Nieznajomość języka. Albo odpracowywanie długu.

Bo trzeba pamiętać, że temat pracy w Polsce zaczyna się zazwyczaj jeszcze na długo przed przyjazdem nad Wisłę. Aż do stycznia tego roku polska polityka migracyjna była w zasadzie zupełnie zderegulowana. Przez całe lata kluczowym dokumentem, otwierającym przybyszowi ze Wschodu drogę do Polski, było tzw. oświadczenie o zamiarze powierzenia pracy. Polskie Urzędy Pracy wydawały je jak leci, a załatwienie tej formalności trwało mniej więcej minutę. Przedsiębiorcom takie rozwiązanie było na rękę, bo mogli łatwo rekompensować sobie negatywne (z ich perspektywy) konsekwencje wzmocnienia pozycji pracownika (500 plus, wzrost płacy minimalnej). Zastępując coraz bardziej „roszczeniowych” Polaków tańszymi i bardziej dyspozycyjnymi Ukraińcami. Polityczny klimat również sprzyjał takiej deregulacji. Zwłaszcza od czasu wybuchu kryzysu uchodźczego w Europie Warszawa mogła argumentować, że my bierzemy na siebie uciekinierów z ogarniętej wojenną pożogą Ukrainy, więc Syrię, Afganistan czy Afrykę Północną ogarnijcie już wy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną