Rynek

Ścigany

Rozmowa z Grzegorzem Ślakiem o polowaniu na byłych menedżerów państwowych spółek

Grzegorz Ślak Grzegorz Ślak Marek Wiśniewski/Puls Biznesu / Forum
Rozmowa z Grzegorzem Ślakiem, byłym prezesem Rafinerii Trzebinia, o trudnym losie byłych menedżerów spółek Skarbu Państwa.
Rafineria Trzebinia z lotu ptaka.Paweł Pawłowski/Wikipedia Rafineria Trzebinia z lotu ptaka.

ADAM GRZESZAK: – Co kilka dni do aresztu trafiają menedżerowie, którzy jeszcze kilka lat temu byli prezesami lub członkami zarządów dużych spółek Skarbu Państwa – Grupy Lotos, Azoty, PKN Orlen, PKP Cargo, KGHM. Śledzi pan te doniesienia?
GRZEGORZ ŚLAK: – Śledzę. Bardzo im współczuję, wiem, co przechodzą i co jeszcze ich czeka.

Czeka ich karząca ręka sprawiedliwości.
Raczej wiele lat postępowań prokuratorskich, procesów sądowych, przesłuchań, dochodzeń. Żmudnego udowadniania rzeczy zupełnie oczywistych, tłumaczenia mechanizmów gospodarczych, które dla menedżera są jasne i proste, a dla prokuratora nie bardzo. Ich życie zmieni się w koszmar nieustannych konsultacji z adwokatami, stawiania się na niekończące się przesłuchania, a potem latami trwające rozprawy sądowe. Zmieni się też ich życie zawodowe, bo nikt ich teraz nie zatrudni, a i z samodzielnym prowadzeniem biznesu będą mieli spory kłopot. Bo kto będzie chciał prowadzić interesy z kimś, na kim ciążą poważne prokuratorskie zarzuty? Długo przyjdzie im żyć z piętnem podejrzanych. Muszą się przyzwyczaić, że media będą o nich pisały, używając inicjałów, na zdjęciach zasłaniając im oczy, choć wszyscy będą wiedzieli, o kogo chodzi. Zarzuty prokuratorów będą traktowane jak sądowe orzeczenia winy. A po latach, jeśli uda im się wreszcie udowodnić swoją niewinność, nikogo to już nie będzie interesowało.

Są niewinni?
Tego nie wiem, o tym może rozstrzygać niezawisły sąd. Ale czytając o zarzutach, mam sporo wątpliwości. Wiem za to, że nie zasłużyli, by ich traktować jak groźnych bandytów. Te demonstracyjne zatrzymania o szóstej rano przez zamaskowanych agentów, te zdjęcia z doprowadzania ich do prokuratury zakutych w kajdanki – po co to wszystko? Przecież ci ludzie nie ukrywali się, nie uciekali za granicę, często wcześniej stawiali się już w prokuraturze. Tu chodzi tylko o demonstrację siły, by tych ludzi już na starcie pognębić i upokorzyć.

Przemawia przez pana gorycz własnych doświadczeń. Aresztowanie Grzegorza Ślaka, byłego prezesa Rafinerii Trzebinia, było w 2006 r. sporym wydarzeniem. Prokuratura ogłosiła wówczas wielki sukces, przekonując, że rozbiła groźną mafię paliwową. Był pan członkiem mafii?
Czułem się raczej jak Józef K., z powieści Franza Kafki. Początkowo nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. W latach 2002–05 byłem prezesem Rafinerii Trzebinia, państwowego zakładu, który gdy do niego przychodziłem, był przestarzały, zadłużony i z trudem walczył o przeżycie. Udało mi się firmę oddłużyć, postawić na nogi, stworzyłem pierwszą w Polsce instalację do produkcji biopaliw oraz pierwszą w Europie do produkcji hydrorafinowanej parafiny. Moje sukcesy były dostrzegane i doceniane. Otrzymywałem wiele atrakcyjnych propozycji pracy z sektora prywatnego. Dlatego kiedy w 2005 r. moja kadencja w Trzebini dobiegła końca, postanowiłem odejść. Jednocześnie przyjąłem ofertę kierowania giełdową spółką Skotan, którą złożył mi główny akcjonariusz Roman Karkosik. Rozkręcałem biznes biopaliwowy Skotana. I nagle, pół roku później, w moim mieszkaniu w Rybniku pojawili się agenci ABW. Było ich kilkunastu.

Zaskoczenie?
Całkowite. Początkowo myślałem, że to jakaś pomyłka. Chciałem się dowiedzieć, o co chodzi, ale powiedzieli tylko, że przychodzą w sprawie Rafinerii Trzebinia i mają nakaz rewizji oraz doprowadzenia mnie do krakowskiej prokuratury. Wyjaśnili też, że mam prawo tylko do telefonicznego kontaktu z adwokatem. A ja roztrzęsiony, bo nie wiem, do kogo dzwonić, zwłaszcza o tak wczesnej porze. Nie znałem żadnego adwokata zajmującego się sprawami karnymi.

Co było dalej?
Wsadzili mnie do auta i zawieźli do Krakowa. W samochodzie grało radio, nadawali oratorium Rubika, to z klaskaniem. Do dziś, kiedy słyszę tę muzykę i oklaski, robi mi się niedobrze.

Trafił pan do aresztu?
Nie od razu. Czekał już na mnie prokurator, który w krótkich słowach powiedział, że jestem podejrzany o uszczuplenie podatkowe w wysokości 764 415 185,05 zł. Zdębiałem. Jakie uszczuplenie podatkowe!? On mi wyjaśnił, że prokuratura ma takie wyliczenie i żebym się przyznał. Wtedy on mnie wypuści i będę odpowiadał z wolnej stopy. A jak nie, to trafię do aresztu, a o sprawie jutro dowie się cała Polska.

Przyznał się pan?
Oczywiście, że nie, i dlatego trafiłem do aresztu. To był przecież jakiś absurd i długo trwało, zanim pojąłem tok rozumowania prokuratora. Chodziło o produkty naftowe produkowane przez Rafinerię Trzebinia, które nie były paliwami, więc nie obejmowała ich akcyza paliwowa. Prokuratura wyliczyła, że gdyby te produkty potraktować jak olej napędowy, to należałoby odprowadzić 760 mln zł akcyzy. Tyle że my działaliśmy zgodnie z obowiązującymi przepisami, a nawet uzyskaliśmy interpretację podatkową z Ministerstwa Finansów.

Pewnie urząd kontroli skarbowej zmienił zdanie i złożył na pana doniesienie.
Nie złożył. UKS dopiero w 2008 r. zakończył kontrolę i potwierdził prawidłowość rozliczeń. Żadnego uszczuplenia nie było.

Sprawa została zamknięta?
Przeciwnie, została otwarta kolejna. Prokuratura wszczęła postępowanie przeciwko pracownikom aparatu skarbowego i Ministerstwa Finansów, którzy nie dostrzegli uszczuplenia.

Długo pan siedział?
Sankcję dostałem na trzy miesiące. Orzeczenie wydał nawet nie sędzia, ale asesor. Pobyt w areszcie na Montelupich w Krakowie wspominam jako koszmarne doświadczenie. Siedziałem w dwuosobowej celi z facetem, który okradł jakąś staruszkę i wydano za nim list gończy. Pytał, czy widziałem kiedyś morze, i prosił, żebym mu o tym opowiadał, bo on nigdy nie wyjeżdżał z Krakowa. Po ponad miesiącu odsiadki sąd uchylił mi areszt mimo sprzeciwu prokuratury. Zamieniono mi areszt na poręczenie majątkowe – 0,5 mln zł. Wyszedłem, nie przypuszczając, że jeszcze tam wrócę.

Jak pana powitano na wolności?
Rodzina, przyjaciele, znajomi – bardzo dobrze. Nikt nie wierzył w zarzuty, jakie mi stawiano. Ale moje życie zawodowe się zawaliło. Musiałem rozstać się ze Skotanem, spółka giełdowa nie mogła być kierowana przez kogoś, kto ma prokuratorskie zarzuty. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedziałem, co dalej robić. Na szczęście mam dość unikatowe kwalifikacje, więc znalazłem pracę w branży biopaliwowej w Niemczech.

Liczył pan, że sprawa szybko się wyjaśni?
Na to się nie zanosiło, bo prokuratorzy byli zdeterminowani, żeby mnie pociągnąć do odpowiedzialności. W mediach przekonywali, że sprawa jest rozwojowa i są na tropie moich kolejnych przestępstw. Bo nie tylko dokonałem uszczuplenia podatkowego, ale także w 2007 r. dorzucili mi kolejny zarzut działania na szkodę Rafinerii Trzebinia. Uznali, że spółka zapłaciła za dużo za instalację biopaliwową i wycenili szkodę na 160 mln zł. A na dodatek w sprawie akcyzowej przedstawili mi jakiegoś gangstera, który przekonywał, że widział, jak wręczono mi korzyść majątkową w wysokości 100 tys. zł.

Wręczono?
Ależ skąd! Człowieka w życiu na oczy nie widziałem. Sąd potem stwierdził, że zeznania gangstera były skrajnie niewiarygodne, i dziwił się, że prokuratura przedstawia takie dowody. Podobnie było z wyceną szkody powstałej przy budowie instalacji biopaliwowej. Okazało się, że prokuratura zamówiła opinię w tej sprawie u biegłego, który był... socjologiem. A chodziło o wycenę skomplikowanej instalacji biopaliwowej, pierwszej takiej w Polsce. Nic dziwnego, że i ten zarzut po paru latach upadł. Ale sprawy ciągnęły się w nieskończoność.

Prokuratorzy zawzięli się na pana?
Myślę, że grała tu ambicja. Prokuratorzy chcieli się wykazać i bali się przyznać do błędów. Wszystko zaczęło się w 2006 r. w czasach, kiedy trwała „walka z układem”. Prokuratorzy byli na pierwszej linii tej walki i chcieli pokazać, co potrafią. Widać pasowałem im do tego układu. Dlatego wypytywali mnie nie tylko o Rafinerię Trzebinia, ale o moje kontakty z politykami i ministrami. Zdaje się, mieli koncepcję, żeby mi zarzucić, że uczestniczyłem w jakichś transferach finansowych z politykami.

Może za bardzo się pan stawiał i prowokował prokuratorów. Jednego nawet pozwał pan o naruszenie dóbr osobistych.
Uznałem, że nie mogę dłużej tolerować tego, że prokurator ogłasza w mediach na mój temat niestworzone historie i szkaluje mnie. Chwali się przy tym, jak skutecznie walczy z mafią paliwową. A w sądzie niczego nie jest w stanie udowodnić.

To się nie mogło dobrze skończyć...
Sąd uznał, że prokurator ma prawo informować opinię publiczną o toczących się sprawach. A sam prokurator postanowił wszcząć przeciwko mnie kolejną sprawę o szkodę wielkiej wartości.

Znów w Rafinerii Trzebinia?
Nie, tym razem w Banku BPH, gdzie pracowałem 10 lat wcześniej. W grudniu 2009 r. prokuratura postawiła mi zarzut działania na szkodę banku, bo kredyty, o których udzieleniu decydowałem, nie zostały spłacone. Doprowadziłem do powstania szkody wielkiej wartości wysokości 3,2 mln zł. I znów trafiłem do aresztu.

Pewnie znowu nie chciał się pan przyznać?
Nie miałem do czego. Kiedy odchodziłem z banku, wszystkie kredyty, w których udzielaniu uczestniczyłem, były spłacone. Przesiedziałem cztery miesiące. Akurat urodził mi się syn, a ja w areszcie. Byłem załamany.

Jak sąd ocenił te szkody dokonane w banku?
Nie ocenił, bo prokuratura wcześniej sama umorzyła sprawę. Okazało się, że nie spytali banku, a gdy wreszcie to zrobili, to bank stwierdził, że żadnych strat nie było. Kredyty pospłacane. Prokurator wyjaśnił, że się pomylił. Zdarza się. A ja przesiedziałem cztery miesiące...

Ale w pozostałych sprawach postępowania sądowe toczyły się dalej?
Tak, toczyły się latami. W efekcie wciąż pozostawałem w zawieszeniu, co komplikowało mi życie zawodowe, bo na dodatek okresami miałem zakaz opuszczania Polski albo nakaz regularnego meldowania się na komisariacie. Wciąż nie było wiadomo: winny, niewinny? Sprawa uszczuplenia podatkowego, która zaczęła się w czerwcu 2006 r., zakończyła się w pierwszej instancji dopiero w styczniu 2017 r. Zostałem uniewinniony. Prokuratura wniosła apelację i w październiku 2018 r. apelacja została oddalona. Byłem uniewinniony prawomocnie. Wszystko to trwało więc ponad 12 lat. W sprawie o szkodę wielkich rozmiarów wyrok uwalniający mnie od wszelkich zarzutów zapadł w lipcu 2017 r. I znów prokuratura wniosła apelację, która została oddalona w grudniu 2018 r. Uniewinnienie stało się prawomocne. Sprawa toczyła się 11 lat i sześć miesięcy. Zakończyły się moje wszystkie sprawy. Ale taka wiadomość nie ma szans trafić na czołówki gazet, jak wtedy gdy mnie pierwszy raz zatrzymano. Dziś ciekawsze są informacje o kolejnych zatrzymaniach.

Na sali sądowej spędził pan pewnie tyle czasu, ile w areszcie?
Liczyłem to sobie, w sumie odbyło się 120 rozpraw. Kiedy podjeżdżałem na parking koło krakowskiego sądu, parkingowy tytułował mnie panem mecenasem. Był przekonany, że ja tu pracuję, skoro przyjeżdżam od lat tak regularnie.

Ale dziś pana sprawy są już zamknięte?
Sprawy przeciwko mnie się skończyły, natomiast teraz ja pozwałem Skarb Państwa o odszkodowanie. Za szkody materialne i niematerialne. Za szkalowanie, za nadszarpnięte zaufanie, które naraziło mnie na duże straty finansowe i poważnie ograniczyło możliwości prowadzenia biznesu. Domagam się 13,5 mln zł. Chciałbym te pieniądze przeznaczyć na stworzenie fundacji pomagającej osobom, które znalazły się w sytuacji podobnej do mojej. Pozew złożyłem w 2011 r. i wciąż czekam na wyrok.

Czy państwo poczuwa się do odpowiedzialności?
A czy poczuwa się do odpowiedzialności za to, co spotkało Romana Kluskę, właściciela Optimusa, czy Andrzeja Modrzejewskiego, prezesa PKN Orlen? Nie, nie poczuwa. W mojej sprawie Skarb Państwa reprezentuje prokurator, który mnie oskarżał. Przekonuje, że nic wielkiego się nie stało. Nie poniosłem specjalnych szkód, w końcu jestem prezesem i współwłaścicielem dużej spółki.

Trochę ma rację. Jest pan prezesem Akwawitu i Wratislawii, spółek produkujących alkohol i biokomponenty paliwowe. Przejął pan biznesy, które kiedyś prowadził Aleksander Gudzowaty. Nie miał obiekcji, że wiąże się z osobą uwikłaną w procesy sądowe?
Pan Aleksander nie wierzył w oskarżenia, miał zresztą na ten temat własną teorię. Potrzebował pomocy w ratowaniu firm, z którymi sobie nie radził, dlatego zwrócił się do mnie. Prosił, bym mu pomógł jakoś z tego wybrnąć, a w ostateczności zamknąć Akwawit i zrestrukturyzować Wratislawię, które były w opłakanym stanie. Podjąłem się tego zadania i uratowałem obie firmy. Policzyłem, że w latach 2011–18 spółki, którymi kierowałem i byłem ich udziałowcem, odprowadziły do budżetu 3 mld zł podatków.

Sądzi pan, że dziś pokazowo zamykanych byłych szefów spółek Skarbu Państwa czeka podobny los jak pana?
Tego nie wiem, ale obserwując to, co się z nimi dzieje, jestem pełen najgorszych obaw. Taka nagonka na menedżerów, szczucie przeciwko nim opinii publicznej to czysty populizm. To polskiej gospodarce tylko szkodzi, także wizerunkowo. Wiem coś o tym, bo prowadzę biznes w Niemczech i moi niemieccy partnerzy nie mogli się nadziwić temu, co mnie spotkało. Dlatego uważam, że organizacje biznesowe powinny wspólnie głośno protestować.

Trochę protestują.
Na razie chyba nikt ich nie słucha.

ROZMAWIAŁ ADAM GRZESZAK

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną