Rynek

Państwo walczy z przedsiębiorcami, zamiast im pomagać

Policjanci pod otwartym klubem nocnym w Rybniku Policjanci pod otwartym klubem nocnym w Rybniku Jakub Morkowski / Forum
Księgarnie mogą być otwarte, ale do jubilera wejść nie wolno. Tak jakby zależało to od rzutu kostką, a nie od sensownych kryteriów – mówi Piotr Seroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

JOANNA SOLSKA: Coraz więcej małych firm decyduje się na złamanie zasad lockdownu, od poniedziałku otworzyło się już 1,6 tys. klubów fitness, klientów przyjmuje coraz więcej restauracji i barów, ruszyły nawet wyciągi. Wojna z państwem?
PIOTR SEROCZYŃSKI: Akt rozpaczy, mali przedsiębiorcy przejedli już oszczędności, jeśli je mieli, w oczy naprawdę zagląda im głód. Ich pracownicy od dawna nie mają co do garnka włożyć, więc ludzie są zdesperowani. Nie mają wyjścia, muszą zdobyć jakieś pieniądze na życie. Poza tym widzą, że padli ofiarą obostrzeń, które są absurdalne, nie przyczyniają się do opanowania pandemii. Jeżdżę do pracy autobusem, w którym na 20 m kw. może przebywać 30 osób, i to jest zgodne z aktualnymi przepisami sanitarnymi. Ale w restauracji na 50 m nie mogą przebywać nawet cztery osoby, podobnie w siłowniach. W tym nie ma logiki.

Czytaj też: Przedsiębiorcy się buntują. Doczekają wsparcia?

Tak jak nie było jej wtedy, gdy mogły być otwarte kasyna i drogerie, w których ustawiały się kolejki po płyny dezynfekcyjne, a zamknięto sklepy meblowe. Teraz je, dla odmiany, otwarto.
Księgarnie mogą być otwarte, ale do jubilera wejść nie wolno. Tak jakby zależało to od rzutu kostką, a nie od sensownych kryteriów, które mają wyraźny cel i przyczynę. Widać, że autorzy obostrzeń nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje decyzje, ale dla przedsiębiorców, których dotyczą, ich ciężar stał się nie do udźwignięcia. Ludzie mają wrażenie, że rząd usiłuje wprowadzić wszystkie obostrzenia, jakie obowiązują w innych krajach, ignorując przy tym fakt, że inne rządy rekompensują przedsiębiorcom straty. U nas ich ofiarą są tylko ci, w których restrykcje są wymierzone.

W teren ruszyły kontrole sanepidu i policji. Niesubordynowanym grożą wysokie kary – do tej samej siłowni mogą przychodzić codziennie i wystawiać mandaty do 30 tys. zł. Złamanie zasad lockdownu oznacza też pozbawienie pomocy państwa.
Ludzie są na skraju przepaści, bo widzą, że państwo, zamiast im pomóc, wytoczyło wojnę. Sanepid i policja, zamiast walczyć z wirusem, walczą ze zrozpaczonymi restauratorami czy właścicielami wyciągów. Nie można ich straszyć odebraniem pomocy, skoro jej kryteria sformułowano tak, żeby niewielu się należała. Wystarczy mieć nieodpowiedni wiodący kod PKD (Polskiej Klasyfikacji Działalności).

Polska Federacja Fitness twierdzi, że pomoc państwa nie należy się ponad 80 proc. siłowni, kryteriów nie spełniają też prawie żadni restauratorzy. O tych nieszczęsnych kodach PKD mówi się już od kilku miesięcy, zmian domaga się rzecznik małych i średnich przedsiębiorstw. Wywalczył niewiele, rząd jest uparty.
Pomoc państwa powinna przysługiwać firmom, którym wyraźnie spadły przychody i zyski, a to jest łatwe do sprawdzenia. Wprowadzenie warunku, że decyduje o tym także wiodący kod PKD, służy tylko temu, by ograniczyć zakres pomocy. Hotele mogą starać się o pomoc, ale pralnia, której były najważniejszymi klientami – już nie. Dostawcy mięsa czy pieczywa do zamkniętych restauracji też żadna rekompensata się nie należy, chociaż zamknięcie hoteli położyło na łopatki wielu małych dostawców. Podobnie jeśli w jednej firmie, która prowadzi działalność handlową, gastronomię i pensjonat, wiodącym PKD jest handel spożywczy. To nic, że w gastronomii i pensjonacie nie ma na pensje dla pracowników, a większe obroty strat nie zrekompensują. Najważniejsze jest PKD.

Czytaj też: Śmierć artysty zawodowego

Kiedy wiosną wprowadzano pierwszy lockdown i ruszyły tarcze mające pomóc przetrwać przedsiębiorcom, o żadnych kodach PKD nie było mowy.
Wiosną pomoc z tarcz popłynęła szerokim strumieniem, kryteria wiodącego kodu PKD nie obowiązywały. Rząd bał się masowego wzrostu bezrobocia, zwłaszcza w przemyśle. W ramach kolejnych tarcz popłynęło do gospodarki sto kilkadziesiąt miliardów złotych.

Na portalu branżowym Dlahandlu.pl przeczytałam, że z pomocy publicznej skorzystała też m.in. potężna sieć marketów spożywczych Dino. Zdziwiło mnie to, bo jej przychody w pandemii mocno wzrosły, zyski zresztą też. W tym gronie znalazło się kilka innych sieci marketów spożywczych, a nawet hurtowni. Wydawałoby się, że takie firmy powinny być ostatnie w kolejce po pomoc państwa.
Być może wtedy pomoc została przestrzelona. Teraz jesteśmy w zupełnie innej sytuacji, wsparcie państwa jest o wiele mniejsze, wyniesie nie więcej niż 20 mld zł. Stąd kryteria, których celem jest jak największe ograniczenie liczby potencjalnych beneficjentów. Przedsiębiorcy doskonale zdają sobie z tego sprawę, stąd ta determinacja.

GUS wyliczył, że w ubiegłym roku recesja wyniosła 2,8 proc., czyli była niższa, niż się spodziewano. Rząd uznał więc, że jest świetnie. Po co wydawać dużo pieniędzy na pomoc dla małych przedsiębiorstw, skoro ich sytuacja nie przekłada się na duży spadek PKB.
Ale ma wielki wpływ na zaufanie tych małych firm do państwa i na lokalne rynki pracy, to małe firmy usługowe dają ludziom zatrudnienie. Ci, których reprezentantem jawił się PiS, widzą, że oni już tej partii nie obchodzą, mają sobie radzić sami. To sobie radzą. Jedni w szarej strefie, inni łamiąc obostrzenia, muszą z czegoś żyć. To nie jest tak, jak się być może wydaje urzędnikom, że lockdown po prostu pozbawi ich przychodów. Oni coraz bardziej pogrążają się w długach.

Kiedy jesienią rząd ustalał kryteria wprowadzania kolejnych obostrzeń, przedsiębiorcy starali się do nich dostosować. Hotele zainwestowały w środki odkażające, ale też w całe systemy lamp dezynfekujących pomieszczenia. Właściciele stacji narciarskich kupili, przeważnie w leasingu, sprzęt naśnieżający, dostosowując się do kryteriów przedstawionych przez rząd. Gdyby rząd szanował własne ustalenia, wyciągi by teraz chodziły. Ale okazało się, że te kryteria już nie obowiązują, rządowi się odwidziało, nie wiadomo dlaczego.

Czytaj też: Gastronomia nie gotuje

Padają zarzuty, że wiele firm, które otrzymały pomoc, nie podzieliły się nią z pracownikami. Obniżają nieformalnie etaty, żeby tylko płacić mniej. Zmuszają do zawierania nieformalnych umów, w których pracownicy godzą się na gorsze warunki pracy i płacy.
Uważam ten zarzut za chybiony. Przy spadku tempa rozwoju gospodarki o 2,8 proc. pracę powinno stracić blisko 1 mln osób. Tak się nie stało, czyli pracodawcy tych ludzi jednak trzymają, chociaż logika ekonomiczna nakazywałaby ich zwolnić.

Małe firmy objęte lockdownem pracowników na etatach mają niewielu, zatrudniają na zlecenie albo – w najlepszym razie – samozatrudnionych. Fakt, że to oni stracili źródła utrzymania, nie odbija się na statystykach bezrobocia. Także dlatego rząd może ich lekceważyć.
Na ich sytuacji lockdown odbija się najbardziej. Dla wielu brak możliwości zarabiania trwa już ponad rok. Nasilające się kontrole i mandaty niczyjej sytuacji nie poprawią, a doprowadzają ludzi do granicy wytrzymałości.

Ale lekceważenie obostrzeń może ją pogorszyć, pandemia będzie się rozlewać.
Sanepid zamiast kontrolami powinien zająć się zbadaniem, ilu Polaków tak naprawdę przeszło covid-19 i ma już przeciwciała. Po to, by przy braku szczepionek jak najszybciej zaszczepić tych, którzy narażeni są najbardziej. Tymczasem moja grupa wiekowa może liczyć na szczepienie dopiero za kilka lat, a sanepid zamiast z pandemią walczy z przedsiębiorcami.

Czytaj też: Będą odszkodowania za lockdown? PiS już się zabezpiecza

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną