Rynek

Firmy się buntują. Nieudolne państwo budzi agresję

Firmy mają dość. Firmy mają dość. Wojciech Kryński / Forum
Rozmowa z prof. Krzysztofem Obłojem, specjalistą od zarządzania strategicznego z Akademii Leona Koźmińskiego, o tym, dlaczego po roku pandemii w biznesie narasta agresja i sprzeciw wobec poczynań rządu.
Prof. Krzysztof ObłójJakub Włodek/Agencja Gazeta Prof. Krzysztof Obłój

JOANNA SOLSKA: Najpierw był szok, teraz w biznesie rodzi się agresja.
PROF. KRZYSZTOF OBŁÓJ: Reakcje przedsiębiorców i menedżerów na pandemię zaczęliśmy badać od jej początku, obecny raport jest już piąty. Pierwszy rzeczywiście pokazał szok i zaprzeczenie przy wstępnych sygnałach o zagrożeniu. Do firm, którymi kierują badani, dotarły one wcześniej, ponieważ są one silniej powiązane z gospodarką globalną. Zaczęły się zakłócenia w dostawach z Azji. Pierwsza reakcja – nieprawda, to niemożliwe. Ten okres trwał jednak krótko.

Czytaj też: Zmęczenie, stres, narcyzm zbiorowy. Wirus nas ogrywa

Do pierwszego lockdownu.
Wtedy nastąpiła pełna mobilizacja, w działaniu widać adrenalinę, jaką wyzwoliło wielkie wyzwanie i duże poczucie odpowiedzialności. Działali w przekonaniu, że dadzą radę, dostosują się do drastycznie zmienionych warunków. Cały nacisk położono na bezpieczeństwo, firmy zamknęły się na świat zewnętrzny. Nasi menedżerowie wiedzieli, co mają robić. Wielkie kryzysy, a do takich należy pandemia, są opisane zarówno w teorii zarządzania, jak i w psychologii, w pewnym stopniu można się do nich przygotować.

Rządzący tych książek nie przeczytali.
Nie tylko w Polsce.

Wasza próba badawcza nie jest reprezentatywna.
W sytuacjach krytycznych próby reprezentatywne mają małe znaczenie, one się sprawdzają w warunkach normalnych. Pandemia dotyka różne grupy w niejednakowym stopniu. Chcieliśmy spojrzeć na tę, która – teoretycznie – powinna sobie poradzić w nowej, dramatycznej sytuacji najlepiej. Bolączki, które ją dotkną, staną się jeszcze większym udziałem firm mniejszych, słabszych, kierowanych przez nieco gorzej przygotowanych menedżerów.

W grupie badanej są wyłącznie absolwenci programów Executive MBA prowadzonych w Akademii Leona Koźmińskiego.
Do nich mieliśmy natychmiastowy dostęp, ale dobre wykształcenie nie jest jedynym kryterium. Oni kierują czempionami naszej gospodarki – firmami średnimi i dużymi, położonymi w dużych miastach, bardziej powiązanymi z gospodarką międzynarodową i większymi niż średnia krajowa obrotami w internecie. Mają ogromne doświadczenie i silną motywację, także finansową. Wiedzą, że ich firm nie można po prostu zawiesić na czas pandemii albo nawet zamknąć. Dla nich ta opcja nie istnieje. Muszą sobie poradzić. Można nawet powiedzieć, że czekali na wielkie wyzwanie, które pozwoli im pokazać możliwości, sprawdzić się. Trochę tak jak wojskowi na wojnę.

I jak im poszło?
Działali dokładnie tak jak ich koledzy w zachodnim biznesie. Znaleźli się bowiem w sytuacji, która była podobna dla wszystkich, z identycznymi zagrożeniami. Po pierwszym szoku działali bez paniki i stuporu, w który popadali słabsi. Nauczyli się funkcjonować w warunkach pandemii, oswoili ją. W fabrykach trzeba było tak zorganizować pracę, żeby było bezpiecznie, ale też przygotować się na sytuacje awaryjne. Zorganizowano zespoły, aby w razie konieczności kwarantanny objęła tylko część załogi, nie dezorganizując pracy firmy. W przedsiębiorstwach, w których nie da się pracować zdalnie, pracownicy są regularnie testowani, co daje im jednak pewne poczucie bezpieczeństwa. Większe, niż mieli nauczyciele. Od strony technicznej pandemia została opanowana.

Czytaj też: Rozbrajamy fake newsy o szczepionce

Można działać bez kontaktów zewnętrznych? Bez spotkań z kontrahentami, klientami? Bez wystaw i targów?
To dotknęło wszystkich na całym świecie. W tym względzie polskie firmy działają w podobnych warunkach. Dramatycznie odczuwają natomiast różnicę jakości otoczenia, w którym funkcjonują. Na początku pandemii biznes nie miał pretensji do rządu o to, że działa chaotycznie, ponieważ inne rządy też się gubiły, o polityce nie rozmawialiśmy. Teraz ma coraz większe. Widać to w pogłębionych wywiadach z menedżerami, w których niepytani sami coraz więcej mówią, że rosnącym obciążeniem dla nich jest kontekst polityczny, nieudolność rządzących, która od lata staje się coraz dotkliwsza. To wywołuje w nich złość i bunt.

Stąd ta agresja?
Rządy innych krajów ostro wzięły się za przygotowania do drugiej, jesiennej fali pandemii, nasz premier zapewniał, że wirus jest w odwrocie. Zapanowało więc rozluźnienie, poczucie, że koszmar się kończy. Potem był zimny prysznic. Morale badanych przez nas menedżerów osłabło, a obecnie już nie widzą światełka w tunelu. Przestali czekać, że pandemia się skończy.

Dramatyzuje pan. Twarde dane pokazują, że nasza gospodarka przechodzi przez pandemię lepiej niż wiele innych. PKB spadł w ubiegłym roku zaledwie o 2,8 proc.
Bo udział usług najbardziej dotkniętych pandemią jest w naszej gospodarce mniejszy niż w krajach rozwiniętych. Natomiast w produkcji i dystrybucji pandemia często wpłynęła na wyniki przedsiębiorstw bardzo pozytywnie, to był dla nich dobry rok. Nie tylko w branży e-commerce, ale także w branżach związanych z wyposażeniem czy remontami, w farmacji – tu sprzedaż wyraźnie wzrosła. Co ciekawsze, sytuacja finansowa poprawiła się również w wielu przedsiębiorstwach, którym sprzedaż mocno spadła. Bo koszty skurczyły się jeszcze bardziej.

Część kosztów przerzuciły na pracowników, wysyłając ich na pracę zdalną.
Tak, niekiedy też obcinając etaty. Na początku pandemii staniały surowce i materiały, a to jest główny koszt. Na drugim miejscu są płace, na których także wielu zaoszczędziło – częściowo dzięki tarczom. Ale najbardziej skurczyła się trzecia, wcale niebagatelna pozycja. To koszty funkcjonowania firmy: delegacji służbowych, w tym diet, rachunków za hotele i bilety, czy utrzymania floty samochodowej.

Te oszczędności właściciele będą chcieli zachować, ponieważ w wielu przypadkach powrót do wielkości sprzedaży sprzed pandemii może okazać się trudny. A ostatnio błyskawicznie rosną też na rynku światowym ceny surowców i transportu. Za kontener z Chin, którego transport drogą morską kosztował 1,2 tys. dol., dziś trzeba zapłacić 12 tys. Podrożał także fracht kolejowy. Na początku wydawało się, że głównym problemem będą przerwy w dostawach z Azji, potem okazało się, że jeszcze bardziej doskwierają inne kwestie. Potężny wzrost cen destabilizuje światową gospodarkę. Problemów przybywa.

Czytaj też: Wojna mydlana

Polscy menedżerowie mówią też o szybko rosnących kosztach psychicznych. Własnych, ale i swoich pracowników. Zaczynają doceniać ich zaangażowanie i lojalność, bo przestraszyli się, że „materiał ludzki zaczyna pękać”.
Częściowo jest to związane z pracą zdalną, do której na początku wielu z nas podeszło z entuzjazmem. Już nam ten entuzjazm przeszedł, przemieszanie życia prywatnego z zawodowym na dłuższą metę okazało się nie do zniesienia. Dla menedżerów, którzy dawniej mieli czas na poczytanie dzieciom bajek na dobranoc, a teraz już go nie mają, gdyż pracują dłużej, ale także dla ich pracowników. To jeden z powodów rosnącej frustracji.

To dlatego, choć trzecia fala pandemii grozi kolejnymi obostrzeniami, coraz więcej ludzi wraca do biur i nie można im tego zabronić? Do realu zaczynają nawet wracać kontakty biznesowe.
Oswajamy się z modelem pracy hybrydowej, częściowo tylko zdalnej, z możliwością zamknięcia za sobą drzwi biura i prawdziwym powrotem do domu. To sposób jakiegoś ratunku przed narastającą frustracją pracowników.

Frustrację pracowników można próbować łagodzić, ale z rosnącą własną agresją wielu menedżerów już sobie nie radzi. Widać to szczególnie w ostatnim raporcie.
Boleśnie zderzają się dwa zjawiska – destabilizacja gospodarki światowej i rosnące poczucie rodzimego biznesu, że na pomoc własnego rządu nie ma co liczyć, bo politycy nawet gdy chcą, nie potrafią pomóc. Są niekompetentni. Nie mają klarownego planu działania, więc mnożą nielogiczne nakazy i zakazy, wprowadzają systemy kar. I jeszcze kłócą się między sobą.

Biznes mówi o tym coraz bardziej emocjonalnie. Na przykład: „Nie zgadzam się z większością nałożonych ograniczeń, mam poczucie manipulacji na ogromną skalę i bardzo źle znoszę swoją bezsilność w tej kwestii. Narasta we mnie złość. Narasta we mnie bunt”. Prawie wszyscy nasi respondenci negatywnie oceniają funkcjonowanie administracji rządowej. „Wsparcie administracji rządowej oceniam jako chaotyczne, niekonsekwentne, świadczące o panującym bałaganie i braku strategii”. Powodów, dla których rośnie w nich agresja, podają coraz więcej.

Czytaj też: Gastronomia walczy o przetrwanie

Inne rządy mają lepsze strategie?
Polski biznes dostrzega pogłębiające się różnice w jakości rządzenia. Najbardziej denerwuje porównanie stopnia formalizacji i liczby warunków „dowiązanych” do potencjalnej pomocy w Polsce i np. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Chinach czy USA, gdzie – jak mówią nasi – „pomoc była udzielana szybciej i bez skomplikowanych warunków”, a w dodatku u nas „wszystko jest decydowane w ostatniej chwili”.

Agresja wynika z faktu, że nasza gospodarka pada nie tylko ofiarą pandemii, ale w coraz większym stopniu sposobu sprawowania władzy. Nasi menedżerowie zamierzeń rządu nie znają, mówią, że „rząd jeździ od bandy do bandy”, bez logicznego uzasadnienia. Biznes ma też poczucie stałego zagrożenia ze strony rządu i instytucji takich jak urzędy skarbowe, ZUS. Nigdy nie były przyjazne, teraz stały się wrogie. „Czuję strach przed prowadzeniem firmy w państwie nakazowo-zakazowym, w państwie represyjnym wobec przedsiębiorców i obywateli”.

Badani nie korzystają z tarcz, nawet jeśli im się należą.
Boją się. Z danych PFR wynika, że po jesiennym zamrożeniu z tarcz skorzystało zaledwie kilkaset przedsiębiorstw i nawet nie bardzo można się dowiedzieć, jakie. Dopóki firmy nie zaczną tonąć, ręki po pomoc nie wyciągną. Uważają, że państwo nie pomaga, mają nieustające poczucie zagrożenia. Popełnienie błędu oznacza teraz nie tylko odpowiedzialność skarbową, ale także karną. Jednostronną, ponieważ instytucje państwowe mogą prawa nie przestrzegać. Głośny przykład – ZUS zawiesił na trzy miesiące składki firmom dotkniętym lockdownem. Jeśli jednak ktoś miał na koncie pieniądze, zakład bezprawnie je zabierał na poczet tych składek, z których zwolnił. Zwrócił, jak zrobiła się afera.

Czytaj też: Covidowy bunt przedsiębiorców

Administracja jest złośliwa jak wirus.
Biznes nie oczekuje od niej cudów, często już nawet nie wsparcia. Ale spokoju i budowania przewidywalności. Frustracja menedżerów przeistacza się w agresję, ponieważ widzą, że w obecnej sytuacji tylko państwo może okazać się ratownikiem, ale tym samym zdobywa nad nimi coraz większą władzę i w coraz gorszy sposób z niej korzysta. Mają świadomość, że obecność państwa w gospodarce światowej będzie jednak rosła, to nieuniknione. Państwa – ratownika, ale też państwa – właściciela.

Weźmy linie lotnicze: mają miliardy euro długów. Prywatny kapitał nie ma takich pieniędzy, żeby je uratować, może to zrobić tylko państwo, drukując pieniądze. A przecież mówimy nie tylko o liniach, państwo jako właściciel pojawi się w wielu różnych branżach: hotelarstwie, bankach, prywatnych uczelniach. Nie będziemy protestować, gdyż alternatywą będzie bankructwo. Przyszłością świata stanie się nie tylko praca hybrydowa, ale też hybrydowa własność przedsiębiorstw. Państwo jako właściciel zagości na długo w przedsiębiorstwach prywatnych.

Po światowym kryzysie finansowym też tak było, z czasem jednak rządy sprzedawały udziały i banki z powrotem stały się prywatne. W Polsce nacjonalizacja jest celem. Politycy nie chcą firm prywatnych ratować, chcą je przejmować.
Ja nie mówię, że te hybrydowe firmy będą działać efektywnie. Raczej pogłębi się rozjazd, o którym już mówiliśmy. W krajach, w których rządy i ich agendy wspierają biznes, hybrydowe przedsiębiorstwa mogą działać sprawnie. Państwowy udziałowiec nie jest bezkarny, bo szanowane jest prawo, a niezależne sądy, urzędy antymonopolowe pilnują przestrzegania zasad uczciwej konkurencji.

W Polsce te instytucje zostały zwasalizowane, państwo jest silne wyłącznie swoją bezkarnością. O sprawności nie ma mowy. Kryzys spowodowany przez pandemię dotknął wszystkich sfer życia: politycznego, społecznego, gospodarczego. To musi mieć fatalne skutki. Lepiej poradzą sobie rządy, które działają sprawnie i przewidywalnie, niż te, które jeżdżą od bandy do bandy, nie wiedząc, co powinny zrobić.

Czytaj też: Poirytowani zakazami, znudzeni epidemią

Chcemy państwa w roli ratownika, więc się na to wszystko godzimy?
Państwo drukuje pieniądze, więc niekompetentni politycy żądają akceptacji dla wzrostu swojej roli. W ciągu ostatniego roku dług publiczny w krajach europejskich wzrósł przeciętnie o 60 proc., państwo w jakiś sposób musi te pieniądze odebrać i to zrobi. W społeczeństwie rośnie strach, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czym się to wszystko skończy. Inflacją? Stagflacją? A może jakimś cudem rozejdzie się po kościach? Przy tym państwo, które wszędzie staje się coraz potężniejszym graczem w biznesie, wprowadza coraz więcej regulacji ograniczających ten biznes. Zaczyna też inaczej myśleć o prawie, co widać przy wprowadzaniu godziny policyjnej bez umocowania prawnego.

Nasze państwo prawo lekceważyło już wcześniej.
Jeśli pandemia potrwa dłużej, jeszcze dwa–trzy lata, to będzie oczywiste, że interwencje państwa w życie społeczne i gospodarcze cały czas będą konieczne. We wszystkich krajach.

Sprawny rząd może robić to nieco lepiej, nieudolny zgotuje nam piekło.
Jesteśmy na dobrej drodze do nowego rodzaju totalitaryzmów. Strach myśleć o takim państwie.

Czytaj też: Kogo dusi lockdown

Autorami badania prowadzonymi pod kierunkiem prof. Krzysztofa Obłoja są dr hab. Mariola Ciszewska-Mlinaric, Tadeusz Milancej i dr Piotr Wójcik z Akademii Leona Koźmińskiego oraz dr hab. Aleksandra Wąsowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną