Rynek

Polski Ład w podatkach. Ani progresji, ani sprawiedliwości

Polski Ład zakładał, że bogaci będą płacić więcej i proporcjonalnie w stosunku do dochodu. Miało być sprawiedliwiej. Wyszło jak zwykle. Polski Ład zakładał, że bogaci będą płacić więcej i proporcjonalnie w stosunku do dochodu. Miało być sprawiedliwiej. Wyszło jak zwykle. jarmoluk / Pixabay
Bogaci mieli płacić więcej niż dotychczas i proporcjonalnie w stosunku do dochodu. Miało być więc bardziej sprawiedliwie. Wyszło jak zwykle.

Pod koniec lipca Ministerstwo Finansów przekazało do konsultacji publicznych projekt ustawy wprowadzającej m.in. zmiany w podatkach zapowiadane w Polskim Ładzie jeszcze w maju. Między innymi, bo w ponaddwustustronicowym projekcie znalazły się też zmiany w podatkach dla firm, kilka nowych instrumentów uszczelnienia podatkowego, wzmocnienie Krajowej Administracji Skarbowej i garść przypadkowych ulg i wyłączeń. Używana przez samo ministerstwo etykieta „restart podatkowy” bardzo nie przystaje do tego legislacyjnego monstrum, a szanse na to, że w trakcie konsultacji i uzgodnień, a potem w pracach parlamentarnych zakradną się tam błędy lub dodatkowe wrzutki, są dosyć wysokie.

Zawiłości techniki i kultury legislacyjnej nie są jednak głównym zmartwieniem większości podatników, którzy od tygodni z jednej strony bombardowani są obietnicami pełnych portfeli, a z drugiej – ostrzeżeniami przed wzrostem podatków. Faktycznie na zmianach większość podatników zyska, choć tezę, że zwiększą one sprawiedliwość systemu podatkowo-składkowego, trudno obronić. Stracą przedsiębiorcy – i to nie tylko płacąc wyższe składki za siebie, ale przede wszystkim na niepewności – ostateczny kształt przepisów poznamy najwcześniej w październiku, a możliwe, że dopiero w listopadzie, trudno więc planować budżety na kolejny rok. W jeszcze gorszej sytuacji są samorządy, które najpewniej zubożeją o ok. 14 mld zł rocznie, ale też nie mogą być tego pewne aż do opublikowania przepisów w „Dzienniku Ustaw”.

Czytaj też: Polski Ład kwasi miny. Wyborcy PiS też niezadowoleni

Kwota wolna dla (prawie) wszystkich

Najważniejszą, zarówno ze względu na zasięg, jak i efekty finansowe, zmianą jest podwyżka kwoty wolnej od podatku do 30 tys. zł rocznie. W skrócie – dochody do 2,5 tys. zł nie będą podlegały opodatkowaniu PIT. Będzie mieć to zastosowanie dla wszystkich rozliczających się według tzw. skali podatkowej, czyli wszystkich emerytów i rencistów, pracowników najemnych i garstki prowadzących działalność gospodarczą. W sumie to ok. 26 mln podatników (dane za 2019 r.). To duży wzrost – obecnie kwota wolna wynosi maksymalnie 8 tys. zł rocznie, a to i tak tylko dla najmniej zamożnych podatników. Ustawa zakłada też waloryzację drugiego progu podatkowego. Wyższą, 32-proc. stawkę PIT zapłacimy od przyszłego roku dopiero od dochodów powyżej 120 tys. zł rocznie (obecnie 85 tys.).

Czytaj też: Kto zyska, a kto straci na Polskim Ładzie

System naczyń połączonych

Ponieważ jednak taka zmiana to znaczące koszty dla sektora finansów publicznych (ok. 22 mld zł rocznie, czyli z grubsza połowa wydatków na 500 plus), trzeba znaleźć równoważące źródło dochodów. Ministerstwo wpisało w akt szereg różnego rodzaju przepisów uszczelniających: czy to szarą strefę w zatrudnieniu, czy obchodzenie przepisów i zaniżanie podatku z najmu mieszkań przez osoby fizyczne. Prawdopodobnie przyniesie to fiskusowi kilkaset milionów złotych, ale nie na tyle, aby zrekompensować ulgi. Dlatego drugim elementem reformy jest likwidacja możliwości odliczenia składki zdrowotnej od podatku.

Dziś składka zdrowotna wynosi 9 proc., ale 7,75 proc. możemy odliczyć od podatku, co zmniejsza całościowe obciążenia. Nie jest to zbyt proste ani logiczne, ale korzystne dla podatnika. Po wejściu w życie nowych przepisów podatnicy stracą tę możliwość – ich łączne obciążenia podatkowo-składkowe wzrosną. Dla części osób korzyść wynikająca ze zwiększenia kwoty wolnej będzie przeważać nad kosztem związanym z brakiem odliczenia składki. Według wyliczeń ministerstwa próg, w którym koszty przewyższają korzyści, wynosi ok. 5,7 tys. zł miesięcznie (brutto), czyli w okolicach średniej płacy.

Żeby nie drażnić tych, co zarabiają więcej, rząd zaproponował tzw. ulgę dla klasy średniej. Wyliczana według dosyć skomplikowanego wzoru ma sprawić, że osoby o dochodach od 5,7 tys. zł miesięcznie do ok. 11,1 tys. zł zapłacą w sumie tyle samo podatku co obecnie. Straci na zmianach tylko część osób o najwyższych dochodach, jakieś mniej niż 5 proc. rozliczających się według skali. Dzięki znaczącej obniżce obciążeń podatkowych dla osób o najniższych dochodach i pewnej podwyżce dla najzamożniejszych wzrośnie progresja podatkowa w Polsce.

Czytaj też: Pracującym zabiorą, emerytom dołożą, bogaci uciekną

Przedsiębiorca przedsiębiorcy nierówny

Zmiany uderzą w tych, którzy prowadzą działalność gospodarczą i rozliczają się za pomocą podatku liniowego lub ryczałtu. Dla nich nie ma kwoty wolnej, nie mają więc żadnych korzyści. Wzrośnie za to obowiązująca ich składka zdrowotna – dziś niezależnie od dochodów odprowadzają ją od 75 proc. przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw za IV kw. poprzedniego roku. Po zmianach będą płacić 9 proc. od dochodu, bez żadnego progu maksymalnego i bez możliwości odliczenia tego jako kosztu. W żadnym miesiącu, niezależnie od wysokości dochodów, nie będą mogli zapłacić mniej niż od minimalnego wynagrodzenia (w przyszłym roku to 3 tys. zł). NFZ ma na tym zyskać nawet 11–12 mld zł rocznie.

W warstwie propagandowej zmiana ta wymierzona jest w wysoko wykwalifikowanych specjalistów, którzy unikają płacenia wysokich podatków i składek, rozliczając się jako działalność gospodarcza, podczas gdy faktycznie pracują dla jednego pracodawcy na zasadach zbliżonych do tych wyznaczanych przez umowę o pracę. To już drugie podejście rządu do przykręcenia śruby tej grupie (po nieudanej próbie wprowadzenia tzw. testu przedsiębiorcy w 2019 r.). Niestety, pod presją czy to społeczną, czy to biznesu, czy koalicyjnego Porozumienia Jarosława Gowina rząd cofnął się i zaproponował dużej części tej grupy, czyli specjalistom z sektora IT, przejście na ryczałt – ustawa zakłada obniżkę stawki podatku ryczałtowego dla nich z 14 do 12 proc. 14 zamiast 17 proc. ryczałtu zapłacą przedstawiciele zawodów medycznych i m.in. architekci. To de facto zachęta, aby zachować działalność gospodarczą, płacąc wciąż niski ZUS, nową wysoką składkę zdrowotną i niższy PIT.

Z podatnikami ryczałtowymi (w 2017 r. takich osób było trzykrotnie więcej niż płacących podatek liniowy, choć osiągały znacznie, prawie dwudziestokrotnie niższe przychody – część z nich mogła jednak rozliczać ryczałtem wyłącznie przychody z najmu, składki na ubezpieczenia płacąc od innej podstawy) jest w kontekście składki zdrowotnej pewien problem. Otóż nie wiadomo, jaki mają dochód, bo podatek płacą od przychodów. Różne wysokości stawek ryczałtu dla różnych zawodów mają więc przybliżać różny udział dochodów w przychodach – z natury rzeczy w handlu jest on niższy niż np. w usługach architektonicznych czy programowaniu. Nowe przepisy zakładają, że ryczałtowcy zapłacą składkę zdrowotną w wysokości 1/3 ich podatku: w przypadku wspominanych już informatyków oznacza to, że zamiast 12 proc. zapłacą 16.

Czytaj też: Pisowskie 3D. Dług, danina, drożyzna

Jeszcze można bronić przedsiębiorców

Zasadnicze pytanie brzmi, czy to jest progresja podatkowa, o jaką chodziło autorom projektu, gdy twierdzili, że zwiększa on sprawiedliwość obecnego systemu? O ile zmiany w zakresie podatku według skali są względnie spójne, choć stopień skomplikowana systemu podatkowego (nowa ulga) raczej nie spada, a część emerytów i rencistów skarży się, że wcale nie skorzysta, bo straci prawo do obecnych ulg, o tyle zmiany w opodatkowaniu działalności gospodarczej się nie bronią.

Wyższe składki zapłacą nie tylko dobrze wynagradzani specjaliści, członkowie zarządów, w uproszczeniu klasa średnia i wyższa, ale też drobni przedsiębiorcy zmagający się nie tylko z normalnym ryzykiem biznesowym (czego rekompensatą miały być dla nich niższe niż w przypadku etatowców podatki), ale dodatkowo jeszcze od roku potęgującą niepewność pandemią. Dotyczy to i ryczałtowców, i opodatkowanych liniowo. Nie ma tu ani progresji, ani sprawiedliwości, ani resetu. Ograniczanie arbitrażu podatkowo-składkowego nie może się sprowadzać do podnoszenia obciążeń wszystkim przedsiębiorcom do poziomu obciążeń dla etatowców. I to ich interesów należy w tej reformie bronić, póki jeszcze jest czas (konsultacje trwają do końca sierpnia).

Czytaj też: Na Polskim Ładzie wielu straci, nie tylko osoby o dużych dochodach

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną