Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Rynek

Banki „dobre” i „złe”? Absurdalna odsiecz Kaczyńskiego

PiS rozpoczął już kampanię wyborczą. Jarosław Kaczyński w Kielcach, 3 lipca 2022 r. PiS rozpoczął już kampanię wyborczą. Jarosław Kaczyński w Kielcach, 3 lipca 2022 r. PiS / Twitter
Jarosław Kaczyński grozi bankom: podniesiecie oprocentowanie depozytów albo zapłacicie jeszcze wyższe podatki. Czy to uratuje oszczędzających?

Kampania wyborcza trwa w najlepsze, więc i obietnic nie brakuje. Jarosław Kaczyński odszedł z rządu, a zatem ma znacznie więcej czasu na analizę bieżącej sytuacji. W ostatnich dniach wziął na cel deweloperów i bankowców. Tym drugim postawił ultimatum. Mają wreszcie poprawić ofertę oszczędnościową dla klientów. I to „radykalnie”, jak raczył to ująć najważniejszy polityk w Polsce. Jeśli tego nie zrobią, zapłacą wyższe niż dotąd podatki. Wiceminister finansów Artur Soboń wyjaśnił, że chodzi o daninę od tzw. nadmiarowego zysku. Giełda zareagowała szybko – indeks WIG-Banki traci dziś ok. 3 proc.

Świetne wyniki sektora bankowego

Tymczasem wyniki finansowe banków rzeczywiście wyglądają ostatnio świetnie. Od stycznia do maja zysk całego sektora wyniósł prawie 13 mld zł netto, czyli już po zapłaceniu podatków. Dla porównania rok wcześniej w tym samym okresie banki zarobiły „tylko” niespełna 6 mld. Wzrost jest zatem imponujący. Główny jego powód to oczywiście szybko rosnące stopy procentowe – razem z nimi równie szybko drożeją kredyty, a oprocentowanie depozytów podnoszone jest znacznie wolniej. Przede wszystkim dlatego, że banki w większości nie potrzebują więcej pieniędzy klientów. I tak mają nadpłynność, czyli wartość kredytów znacznie mniejszą niż wartość depozytów.

Czytaj także: Kredyt mieszkaniowy dobrem luksusowym. Niektórzy ukrywają dzieci, żeby go dostać

Które banki „dobre”, a które „złe”?

Oczywiście trudno powiedzieć, jak miałoby wyglądać sprawdzenie, czy banki realizują wytyczne prezesa Kaczyńskiego. Wiele z nich może wskazać, że w ich ofercie pojawiły się ostatnio lokaty z odsetkami rzędu 5, 6, a nawet 7 proc. rocznie. To oczywiście dużo mniej niż stopa inflacji (w tej chwili już 15,6 proc. rocznie), ale na poziomie porównywalnym ze stopami procentowymi.

Kłopot w tym, że najlepsze oferty są często dostępne tylko dla części klientów – np. wyłącznie dla tych przelewających środki z innych banków albo zakładających lokaty w aplikacjach mobilnych. Ograniczeń bywa więcej – niewielki maksymalny poziom wpłat albo krótki okres trwania takiej promocji. W rzeczywistości większość środków oszczędzających znajduje się wciąż albo na zupełnie nieoprocentowanych rachunkach bieżących, albo na lokatach standardowych, czyli najmniej atrakcyjnych.

Czytaj także: Glapinflacja. Jedziemy już bez hamulców i po bandzie

A może „państwowa lokata”?

Niełatwo zatem będzie podzielić banki na „dobre”, które uniknęłyby dodatkowej daniny od tych nadmiarowych zysków, oraz te „złe”, które mimo apeli premiera Morawieckiego i gróźb jego faktycznego zwierzchnika na tyle gnębią ciułaczy, że za karę do zwykłego podatku od zysków i wprowadzonego przez PiS w 2016 r. podatku od aktywów zapłacą jeszcze podatek od obecnego nadmiernego wzbogacenia kosztem klientów. Dużo prostsze byłoby inne rozwiązanie – stworzenie standardowego produktu oszczędnościowego, który można by otworzyć w każdym banku, ale z którego część środków byłaby przelewana np. do Banku Gospodarstwa Krajowego. Oprocentowanie takiej lokaty byłoby ustalane przez państwo, a odsetki zostałyby zwolnione z podatku Belki. Podobne rozwiązanie z powodzeniem funkcjonuje od dawna we Francji.

Czytaj także: Są politycy, którzy chcą ulżyć kredytobiorcom. Mają szanse?

Taka „państwowa lokata”, oprocentowana np. na poziomie aktualnej stopy referencyjnej NBP (6 proc.), podziałałaby na banki podobnie jak rabat wprowadzony przez Orlen na większość sieci paliwowych. Zmusiłaby je po prostu do zaproponowania konkurencyjnej oferty, bez żadnych gwiazdek, wyłączeń i pułapek. Tymczasem wszelkie dodatkowe daniny nakładane na banki będą mieć ten sam efekt co poprzednie – zostaną przerzucone na konsumentów.

Bankowcy już teraz wskazują, że jeden z powodów marnej oferty depozytowej to przygotowywanie się przez sektor na wakacje kredytowe zaproponowane przez rząd. Skoro mogą one kosztować ok. 20 mld zł (szacunki Narodowego Banku Polskiego), a może i więcej, bo pewnie skorzysta z nich większość spłacających kredyty hipoteczne (szkoda zmarnować taką okazję), ktoś musi zapłacić za prezenty PiS. Tym kimś są właśnie oszczędzający, których ten sam PiS chce ponoć chronić. Absurdalne? Być może, ale nie w Polsce.

Ręczne sterowanie vs groźby

Jeśli prezes Kaczyński chce skutecznie wesprzeć drobnych ciułaczy, niech po prostu poda bankowcom konkretną cyfrę – ile ma wynosić oprocentowanie depozytów, by banki mogły spać spokojnie? Lepsze już takie ręczne sterowanie niż prośby i groźby. Bo problem rzeczywiście staje się bardzo poważny. Siła nabywcza oszczędności – często odkładanych przez lata kosztem wielu wyrzeczeń z nadzieją na lepszą przyszłość własną lub dzieci, a nawet wnuków – maleje w zastraszającym tempie.

Czytaj także: Teraz 700 plus. PiS jak strażak piroman, podpala, by gasić

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną