Nowy szał w sieci: okalizatory internetowe

Myszką po mapie
Koniec ze ślęczeniem nad mapami. Koniec z rozmyślaniem, gdzie to jest i jak tam dojechać. Teraz drogę wskaże lokalizator internetowy. W polskiej sieci rozpoczyna się wielka wojna małych map. O niemałe pieniądze.

Takiej premiery, jaką miał Zumi, polski Internet jeszcze nie widział. Najpierw uroczysta prezentacja, potem wielotygodniowa kampania reklamowa we wszystkich mediach. Można ulec złudzeniu, że na rynek wchodzi nowa sieć telefonii komórkowej. Tymczasem Zumi to lokalizator internetowy, czyli serwis oferujący interaktywną mapę Polski. Użytkownik jednym ruchem myszki może płynnie przejść od mapy drogowej całego kraju do szczegółowego planu interesującej go miejscowości. Jeśli nie wie, gdzie jej szukać, może wpisać adres, a serwis sam mu wskaże poszukiwane miejsce. Podpowie, jaką wybrać trasę, by tam dojechać, a nawet pokaże konkretny dom, bo obok klasycznych map graficznych Zumi dysponuje też fotomapą, czyli satelitarnymi zdjęciami Polski. Spora ich część jest wysokiej rozdzielczości, dzięki czemu zbliżając wybrany fragment można dojrzeć drobne szczegóły topograficzne – domy, drzewa, ulice.

Co umie Zumi?

Zumi to jeden z największych projektów internetowych Grupy Onet.pl wchodzącej w skład koncernu medialnego ITI. I bardzo kosztowny, bo wymagający specjalnych rozwiązań informatycznych oraz dostępu do stale aktualizowanych baz danych. Serwis zawiera bowiem nie tylko mapy, ale także adresy instytucji użyteczności publicznej i blisko milion wizytówek firm działających na terenie kraju – od tych największych po najmniejsze zakłady rzemieślnicze, restauracje czy sklepy. Tu właśnie kryje się biznesowe jądro pomysłu, dzięki któremu już w przyszłym roku inwestycja ma stać się rentowna.

– Liczymy, że Zumi – pierwszy polski lokalizator internetowy – stanie się platformą dającą możliwość reklamy małym i średnim przedsiębiorstwom. Będą mogły prezentować swoje wizytówki zawierające dodatkowe informacje. Hotel pokaże na przykład zdjęcia pokoi, restauracja aktualne menu – wyjaśnia Łukasz Mentel, dyrektor ds. rozwoju Grupy Onet.pl.

Szefowie Onetu konsekwentnie przekonują o pionierskim charakterze swego przedsięwzięcia. W rzeczywistości nie są pierwsi. Biznesowy potencjał map odkryli wcześniej inni. W polskim Internecie działa już kilka podobnych do Zumiego serwisów. W Onecie twierdzą jednak, że ich jest najbardziej wszechstronny, a poza tym nikt z konkurentów wcześniej nie użył określenia „lokalizator”, więc z czystym sumieniem mogą mówić, że są pierwsi. Sprawa wbrew pozorom nie ma charakteru wyłącznie ambicjonalnego. Wszyscy mają świadomość, że zwycięży ten, kto do swych usług przekona większą liczbę użytkowników. Dlatego trzeba powtarzać, że jest się pierwszym, wyjątkowym, jedynym wartym uwagi. I pilnować, by wszystko się zgadzało – mapy i dane firm były aktualne, a serwis pokazywał to, czego użytkownik rzeczywiście potrzebuje. Sprawa nie jest prosta, zważywszy na dynamikę naszego życia gospodarczego – małe sklepy, punkty usługowe, restauracje pojawiają się i znikają, wędrują z miejsca na miejsce w błyskawicznym tempie. Trudno za nimi nadążyć. A nie ma nic gorszego niż internauta wyprowadzony w pole. Nie wróci do serwisu, a co gorsza – może jeszcze obsmarować na forum internetowym.

Serwisy mapowe dostępne są w sieci za darmo, choć ich prowadzenie wiąże się z poważnymi kosztami. Działa tu mechanizm podobny jak w prasie bezpłatnej: im więcej osób korzysta z serwisu, tym atrakcyjniejszym staje się on medium reklamowym. Dodatkowym atutem jest też dwukierunkowe działanie Internetu. Użytkownicy mogą nie tylko korzystać z serwisu, ale też wpływać na jego zawartość – wskazywać pomyłki, dodawać nowe punkty na mapie, co zwiększa jego użyteczność i przyciąga kolejnych zainteresowanych wędrówką po cyfrowych mapach. Ilość przechodzi więc w jakość.

Rafał Mikołajczak, prezes spółki Indigo, z uwagą obserwuje poczynania Onetu. Indigo, wspólnie z dwoma partnerami, Aquratem i Geosystemem Polska, stworzyły Targeo – technologię udostępniania map cyfrowych przez Internet. Prowadzą także serwis targeo.pl. To kolejny serwis mapowy o skromniejszym zestawie usług niż Zumi, ale, jak zapewnia prezes Mikołajczyk, z wyjątkowo dokładną kartografią. Serwis wykorzystuje bowiem cyfrowe mapy znane z popularnego samochodowego systemu nawigacji AutoMapa. Dysponuje więc nie tylko planami dróg i ulic, ale nawet obrysami domów.

Serwis służy głównie jako wizytówka i prezentacja możliwości Targeo. Na podobnej zasadzie funkcjonują kartograficzne serwisy spółek Emapa (emapa.pl) i Imagis (mapGo.pl). Firmy koncentrują się przede wszystkim na usługach dla biznesu, który coraz intensywniej korzysta z systemów nawigacji i z cyfrowych map. Dotyczy to zwłaszcza firm transportowych i kurierskich, które dzięki nowym technologiom mogą na ekranie komputera śledzić, gdzie w każdym momencie znajdują się ich pojazdy.

Rośnie też popyt na mapy w Internecie. Coraz więcej firm chce je wykorzystywać jako element swoich serwisów. To drugi obok reklamy lokalnej sposób zarabiania na sieciowej kartografii. Firmy prowadzące wszelkiego rodzaju wyszukiwarki, informatory, bazy danych nie muszą tworzyć własnych skomplikowanych map, ale mogą importować specjalnie dla nich przygotowywane serwisy kartograficzne. Tak jak robi to spółka Netmedia na swojej stronie hotele.pl. Osoba poszukująca zakwaterowania, wybierając hotel, może od razu sprawdzić na planie miasta, gdzie to jest i jak tam dotrzeć.

Widzieć i wiedzieć

Także popularna polska wyszukiwarka szukacz.pl, stworzona przez znanego wydawcę Mieczysława Prószyńskiego, wzbogaciła swój serwis o mapy Targeo (mapa. szukacz.pl). Przed wejściem Zumiego był to najczęściej odwiedzany polski lokalizator internetowy. Szukacz wykorzystał bowiem kolejny biznesowy pomysł i zintegrował typową wyszukiwarkę z lokalizatorem. Chodzi o to, by użytkownik, jeśli natrafi w wynikach wyszukiwania na nieznany mu adres, nie musiał szukać mapy w innych serwisach. W ten sposób buduje się przywiązanie internautów – klucz do sukcesu w sieci.

Na podobnych zasadach funkcjonuje Zumi w portalu Onet.pl. Choć to odrębny serwis, z własnym adresem i znakiem towarowym (efekt profesjonalnych przygotowań marketingowych), jednocześnie jest dostępny także w wersji portalowej (onet.mapy.pl). Stanowi też bazę dla planowanej przyszłej gamy usług i uatrakcyjniania zawartości portalu. Nie próżnuje też konkurent Onetu, Interia.pl, który w ubiegłym roku podpisał umowę o współpracy z niemiecką firmą Mapsolution, dużym graczem na rynku internetowej kartografii. Tak powstała podobna do Zumiego polska wersja międzynarodowego serwisu Map24 (map24.interia.pl.). Pod względem jakości i funkcjonalności ustępuje serwisowi Onetu, ale ma tę przewagę, że nie ogranicza się wyłącznie do Polski, więc umożliwia projektowanie podróży po całym kontynencie.

Swoich pozycji bez walki nie zamierzają też oddać firmy, które dotychczas specjalizowały się w wydawaniu książek teleadresowych i informatorów biznesowych. Choć nie porzuciły jeszcze tradycyjnych papierowych wydawnictw, to od dawna równolegle działają w sieci. I one poznały potęgę cyfrowej kartografii. Firma Eniro Polska, wydawca Panoramy Firm, dokonała kilka tygodni temu radykalnych zmian w swoim serwisie internetowym. Szczególny nacisk położono na rozwój serwisu mapowego. Lokalizatory wymuszają zmiany. – Efektem jest rosnąca popularność naszej wyszukiwarki. Panorama Firm to najczęściej odwiedzany polski serwis typu „yellow pages” – podkreśla Piotr Dębski z firmy Eniro Polska.

Firmy takie jak Eniro czy Polskie Centrum Marketingowe, tworzące biznesowe bazy teleadresowe, wiedzą, że wciąż są niezastąpione. Gromadzenie i aktualizowanie danych to ogromna praca, której nie da się zastąpić nawet najbardziej wyrafinowanym programem komputerowym. Każdy punkt, zanim pojawi się na wirtualnej mapie, musi być wcześniej sprawdzony „na piechotę” w realu. Rozwój lokalizatorów nakręca więc nowy typ popytu na ich usługi, bo każdy serwis internetowy, jeśli chce być użyteczny, musi kupić bazy teleadresowe.

Sieciowa gorączka

Kartograficzna gorączka, jaka ogarnęła polski Internet, to w dużym stopniu efekt lęku przed Google. Wszyscy spodziewają się, że wcześniej czy później amerykański gigant zainteresuje się naszym rynkiem reklamy lokalnej i wejdzie na serio ze swoimi usługami kartograficznymi. Jeśli zintegruje je ze swoją wyszukiwarką (najpopularniejszą w polskiej sieci), może być gorąco. Nikt nie będzie już szukał lokalizatorów, bo mapy będą się pokazywały jednocześnie ze zwykłymi wynikami wyszukiwania.

Google stał się członkiem klubu największych koncernów świata nie tylko dzięki zaawansowanym technologiom, ale przede wszystkim za sprawą oryginalnych pomysłów biznesowych. W 2006 r. jego obroty wyniosły 10,6 mld dol., a zyski ponad 3 mld dol. Praktycznie w całości pieniądze te pochodziły z reklamy internetowej. I to nie z jakichś wielkich światowych kampanii, ale z milionów transakcji liczonych w pojedynczych dolarach, euro czy złotówkach. Google wymyślił światową republikę reklamową, w której do wspólnego zarabiania zaangażował miliony ludzi na całym świecie. Wszystko za sprawą reklamy w wyszukiwarkach – internauci są tu nie tylko ich odbiorcami, ale mogą na nich zarabiać, bo Google dzięki pomysłowemu systemowi lokuje reklamy na stronach budzących zainteresowanie w sieci, niezależnie czy jest to poważny serwis, czy amatorska strona hobbysty lub blogera. Wszyscy są zadowoleni – reklamodawcy, bo tanim kosztem mogą precyzyjnie trafić do potencjalnych klientów, właściciele stron, bo mają dodatkowy dochód, użytkownicy, bo reklamy są nienatrętne, a czasem nawet przydatne.

Najbardziej zadowolny jest Google, bo zyski rosną w imponującym tempie. Dlatego amerykański koncern stać na kolejne inwestycje i nowe zabawki dla internautów. Do dyspozycji daje im już nie tylko wyszukiwarkę, ale m.in. pojemną skrzynkę poczty elektronicznej, komunikator, arkusz kalkulacyjny, program do obróbki i archiwizowania zdjęć, wirtualny globus z satelitarnymi zdjęciami całej kuli ziemskiej.

Wszystko oczywiście za darmo. Bo każda usługa może okazać się znakomitym wehikułem reklamowym. Tak jak są nimi mapy. Serwis google.maps stał się w USA i Wielkiej Brytanii podstawowym źródłem lokalnej informacji i wielką platformą lokalnej reklamy. To na nim wzorowane są inne lokalizatory, takie jak polski Zumi.

– Strategia Google przewiduje, że wszystkie usługi mają być dostępne w Polsce i chcę, aby stało się to jak najszybciej. Z zasady jednak nie informujemy o naszych planach, dlatego nie mogę podać terminu uruchomienia polskiego serwisu google.maps – deklaruje Artur Waliszewski z Google Polska.

Przyjdzie Google i wyrówna

Na razie pojawiła się polskojęzyczna wersja programu Google Earth (Ziemia), niezwykle atrakcyjnego, bo pozwalającego na oglądanie zdjęć satelitarnych rozmaitych zakątków kuli ziemskiej, w tym także i naszego kraju. Niektóre fragmenty krajobrazu – zwłaszcza rejony górskie – można obejrzeć w wersji trójwymiarowej. Dla polskich internautów program ma na razie walor rozrywkowo-edukacyjny, jednak w przyszłości będzie można za jego pomocą znaleźć warsztat samochodowy, hotel lub pizzerię. Świadczy o tym okienko opatrzone instrukcją „znajdź firmę”. W tej chwili usługa sprawdza się w przypadku San Francisco albo Nowego Jorku, ale nie Warszawy czy Krakowa.

Mimo to już dziś program znalazł biznesowe zastosowanie. Jako pierwsza od niedawna wykorzystuje go polska spółka giełdowa Travelplanet, prowadząca internetowe biuro podróży (travelplanet.pl). Internauta odwiedzając jej portal może ściągnąć specjalny plik z turystyczną ofertą, którą potem może oglądać na wirtualnym globusie Google Earth.

– Cieszymy się z tej współpracy, bo program Google znacznie ułatwia poznanie naszej oferty. Klient może sam sprawdzić, jak usytuowany jest hotel, czy leży przy ruchliwej ulicy albo jak daleko jest do plaży. Oferując zimowe wakacje, dzięki funkcji trójwymiarowej będziemy mogli pokazać narciarzom plastycznie stoki – zapewnia Dawid Sadulski ze spółki Travelplanet. Dlatego firma wyposaża swoje biura, które prowadzi w kilkunastu galeriach handlowych na terenie kraju, w sprzęt pozwalający na prezentowanie klientom swojej googlowskiej oferty.

Tomasz Frontczak, ekspert w dziedzinie marketingu internetowego, jest przekonany, że pojawienie się w pełni funkcjonalnego polskiego serwisu google.maps to kwestia niedługiego czasu. – Jeśli się pojawi, to dla konkurentów już wiele miejsca nie zostanie. Reklama lokalna to atrakcyjny rynek, a Google udowodnił, że po tym terenie potrafi poruszać się wyjątkowo sprawnie – twierdzi Frontczak.

Nic więc dziwnego, że wszyscy w pośpiechu szykują się do inwazji. Trzeba uchwycić przyczółki na mapie, by potem mieć czego bronić.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną